Browsed by
Tag: święta

image_pdfimage_print
Świąteczny niezbędnik

Świąteczny niezbędnik

final1

 

Iza_kucharz

Nie wiem jak jest u Was, ale w mojej rodzinie Wigilia bez śledzia oraz Boże Narodzenie bez chrzanu się po prostu nie liczą, tak więc niniejszym uchylę rąbka rodzinnej tajemnicy :)

No i jeszcze buraczany zakwas. Bez niego też nie da rady.

A zatem chrzan.

Niby czym może zaskoczyć nasz chrzan? Ano może. Wszyscy go uwielbiamy, acz daleka od własnoręcznego tarcia pozostawiam tę katorżniczą czynność innym i wybieram sprawdzoną wersję ze słoika. Ale nie może być jakiś byle jaki. W grę wchodzi wyłącznie Polonaise. Tu, przy zakupach, zalecam wzmożoną czujność saperską, bowiem od niedawna również i Krakus ma granatową zakrętkę i łudząco przypomina mojego „poloneza”, a to nie to samo. Zwykle nie podaję nazw producentów, ale tutaj akurat ma to kolosalne znaczenie :)

produkty chrzan

Wracając do rzeczy. Kupujemy dowolną ilość chrzanu. Proporcje również są kwestią gustu, ale na zdjęciu dobrze widać, ile czego przypada na jeden słoik.

Przekładamy chrzan na gęste sitko i pozostawiamy do czasu aż płyn całkowicie wycieknie. Trwa to długo, więc pomagam, regularnie dociskając łyżką. Następnie przekładam odciśnięty chrzan do miski i dodaję sporą ilość drobniutko posiekanych jaj na twardo. Ugotowane jajka obieram zatem ze skorupek, stawiam garnek na podłodze i bezlitośnie traktuję jajca tłuczkiem do ziemniaków. Następnie dodaję do smaku odrobinę soli i cukru, a na sam koniec trochę tłustej, słodkiej śmietany. Tu ilość wedle uznania, bowiem śmietanę dodajemy w zależności od oczekiwanej konsystencji. Chrzan przekładamy do słoików i gotowe. W lodówce wytrzymuje nawet do Wielkanocy :)

chrzan

A teraz nasz rodzinny śledzik.

Składniki podaję na oko, proporcje dobrze widać na zdjęciu.

– śledzie marynowane

– jajka na twardo

– cebula/szalotka

– jabłko

– kiszony ogórek

– śmietana

– musztarda do smaku

– sól/ pieprz do smaku.

produkty 2

Obieram śledzie ze skóry i kroję je na kawałki. Najlepiej takie na „jeden kęs”. Zazwyczaj wybieram śledzie łagodne w smaku, ale jak wiadomo, różnie z tym bywa, zatem jeśli czasem zdarzy mi się trafić na wersję ostrzejszą, moczę śledzie w mleku prze kilka godzin. Ogórek, jabłko, jajka i cebulę kroję w całkiem spore kawałki, ponieważ lubię jak wszystko chrupie :) Na koniec dodaję przyprawy, śmietanę i odrobinę musztardy do smaku, i wstawiam na noc do lodówki, żeby się wszystko porządnie przegryzło do rana.  Połączenie różnych struktur i smaków w jednym. Niebo w gębie! Przysięgam!

sledzie

No i na koniec jeszcze zakwas z buraków. Przygotowuję go od niedawna, ale w mojej kuchni ostatnio słój ma już stałe miejsce. Dobry zakwas potrzebuje trochę czasu, więc warto pomyśleć o nim trochę wcześniej. Zwykle potrzebuje około pięciu dni, ale bywa, że trwa to trochę dłużej. Spryciarze, chcący przyspieszyć proces kiszenia, dodają czasem nieco soku z kiszonej kapusty. Też dobrze :)

Składniki:

– 2 -2,5 kg buraków

– 6-8 ząbków czosnku

– kawałek korzenia chrzanu ok. 7 cm

– kilka listków laurowych lub łyżeczka liści zmielonych

– kilkanaście ziaren jałowca lub łyżeczka ziaren zmielonych

– kilka ziaren ziela angielskiego lub ½ łyżeczki ziaren zmielonych

– kilka lekko rozgniecionych ziarenek pieprzu

– 3-4 litry solanki

produkty3

 

Buraki obrać i pokroić w cienkie plastry, czosnek i chrzan pokroić na kawałki, dodać przyprawy.  Te których nie macie z łatwością znajdziecie w ofercie sklepu internetowego Swojski Wyrób.

Całość przemieszać i na koniec zalać całkowicie wystudzoną solanką. No i poczekać 5 dni, aż w słoju ukażą się lecące do góry bąbelki, a na wierzchu utworzy się biała pianka. Gotowe.

zakwas

WESOŁYCH ŚWIĄT!

 

szlaczek

 

BIGOS

 

Jagna_kucharz

 

W Święta może zabraknąć różnych rzeczy, ale na pewno nie bigosu. Przynajmniej u mnie. Musi być i koniec. Jak kraj długi i szeroki w każdym domu bigos smakuje nieco inaczej. Pozwólcie, że zdradzę Wam przepis na mój wariant uwielbiany przez całą rodzinę. Oczywiście z kaloriami będzie na bogato. W końcu jak kraść to miliony a jak grzeszyć to bigosem 😀

Składniki:

1,5 kg kapusty kiszonej

1 cebula

1 kg wołowiny

4 garście suszonych podgrzybków

30 dkg wędzonego boczku

0,5 kg wiejskiej kiełbasy

0,2 kg wędzonej szynki

2 łyżki miodu

200 ml jasnego piwa

200 ml czerwonego wytrawnego wina

2 łyżki sosu sojowego

2 łyżeczki koncentratu pomidorowego

20 g masła

2 ząbki czosnku

sól

Przyprawy (po łyżeczce): mielona kolendra, mielony kminek, suszony lubczyk, mielony pieprz, majeranek, kurkuma.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No dobra. Mamy kapustę i resztę składników, więc zaczynamy od zalania 3 garści grzybów wodą (1,5 litra max) w garnku. Resztę grzybów na razie odłóżcie na bok. Garnek na gaz, lekko osolić i gotować do miękkości grzybów. Broń boże nie odcedzać ani nie pozbywać się wywaru bo właściwie to o niego nam tu głównie chodzi.

W międzyczasie szykujemy spory garnek do którego wrzucamy kapustę. Można ją trochę pokroić, ale nie trzeba. Można nieco odcisnąć, ale co kto lubi. Ja lubię bigos o wyraźnym smaku, więc nie odciskam wcale.

Kapustę zalewamy wywarem grzybowym z zawartością. Grzybów nie kroimy, bo i po co? :) Dolewamy wino i piwo i wstawiamy garnek na mały gaz. Żadnej wody w bigosie!

Boczek, szynkę i cebulę kroimy w kostkę. Smażymy i dorzucamy do garnka z kapustą.

Mięso wołowe kroimy w dość dużą kostkę i smażymy prawie do spalenia. Ma być bardzo ciemne. Odda potem dzięki temu kolor kapuście.

Kiełbasę kroimy w plasterki i również podsmażamy. Wrzucamy do kapusty.

Teraz czas na całą resztę przypraw i składników. Wszystko dokładamy do bigosu i niespiesznie gotujemy na małym ogniu pod przykryciem. To jest ten moment, w którym dorzucamy resztę suszonych grzybów. Spiją nadmiar płynu i dodadzą jeszcze więcej aromatu.

Dobry bigos gotuje się trzy dni. Pierwszego dnia około 5 godzin a potem wystawiamy garnek na noc na zewnątrz. Ma się sama dość szybko schłodzić. Idealnie by było, gdyby był lekki mróz 😀

Następnego dnia wyciągamy garnek i ponownie przez minimum 5 godzin gotujemy na małym ogniu pod przykryciem.

Potem ponownie procedura chłodzenia na zewnątrz i jak się zapewne domyślacie następnego dnia ponowne gotowanie :)

Teraz bigos jest już właściwie gotowy. Można go nieco odparować z nadmiaru sosu gotując jeszcze trochę już bez przykrycia.

Niektórzy mówią, że dobry bigos musi się przypalić. Moim zdaniem – nie musi. Ale to rzecz jasna opinia subiektywna 😀

Wesołych Świąt i smacznego bigosu!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Święta, święta…

Święta, święta…

 

Iza: Wiesz co? Właśnie włączył mi się przedświąteczny stres. Zawsze tak mam, że na kilka dni przed świętami zaczynam odczuwać niepokój.

Jagna: Z czym konkretnie?

Iza: Że nie zdążę, w sensie, że przy gotowaniu mi coś nie wyjdzie, że czegoś zapomnę, choć się to nigdy nie zdarzyło, że coś jeszcze w międzyczasie zawalę i że komuś prezent nie siądzie. Starczy?

Jagna: Wcześnie Cię z tym stresem naszło w tym roku :)

Iza: To wszystko przez faceta z warzywniaka, w którym zawsze robię zakupy. Sprezentował mi dziś susz na wigilijny kompot. Wiesz jak ja nie cierpię tego kompotu?! Taki mętny i ciepły…, i te sflaczałe owoce. A fuj!  Aż mnie potelepało na samą myśl.

Jagna: To po co go robisz?

Iza: Bo Zbysiu uwielbia :) A ja uwielbiam zapach tego suszu. To mój ulubiony świąteczny zapach. A ty masz jakiś ulubiony? Z czym najbardziej kojarzą Ci się święta?

Jagna: Z czym najbardziej kojarzą mi się święta? Ha! Trudne pytanie, ale podejrzewam, że nie będę oryginalna, jeśli powiem, że ze świątecznym jedzeniem. Od najmłodszych lat miałam tak, że gdy tylko napłynęły pierwsze zapachy bigosu, to pchałam się do kuchni i nie dawałam się mamie ścierą przepędzić. Kulminacyjnym punktem kuchennej okupacji było oczywiście wylizywanie łopatek od miksera z kremu, który mama szykowała do wigilijnego tortu makowego. Czasy były, jakie były, słodyczy jak na lekarstwo, więc trudno się specjalnie dziwić 😀

Jednak nie to było najważniejsze. Najważniejsze na świecie były wigilijne pierogi z kapustą. Kiedyś z kuzynem (a mieliśmy może po 10 lat) zrobiliśmy zawody, które z nas zje ich więcej. Gdzieś po piętnastym straciliśmy rachubę, po czym ja opadłam na krzesło i myślałam, że zaraz pęknę, a on spokojnie zaatakował śledzie. Konsumował dłuższy czas, po czym nagle zzieleniał i poleciał truchtem do łazienki. W pewnym sensie można powiedzieć, że wygrałam, bo kuzyna z konkursu wykluczył niedozwolony doping w postaci śledzi 😀

Iza: Nie no, takich jazd to u mnie nie było :) Ale generalnie pierwsze skojarzenie to karp po żydowsku. Mniej więcej w co drugiej mojej książce bohaterka przyrządza go na Wigilię. No i oczywiście barszcz z uszkami, choć barszcz sam w sobie na naszym stole gości dość często, ale komu by się chciało lepić uszka w lipcu? Choć jestem osobą zapobiegliwą i już w wakacje obmyślam, co komu kupić pod choinkę  :) A tak na marginesie, kiedy przestałaś wierzyć w Mikołaja?

Jagna: Ty wiesz? Dokładnie nie pamiętam, więc to musiało być wcześnie. Mam w głowie jedynie taką migawkę, że tuż przed Wigilią zadzwonił telefon. Pamiętam go. Taki żółciutki i oczywiście z tarczą :) Mama mnie zawołała mówiąc, że Mikołaj dzwoni. I w telefonie rozległ się tubalny głos, którego się tak przestraszyłam, że mało w gatki ze strachu nie narobiłam. W ten sposób sąsiad (o czym dowiedziałam się długi czas po tej rozmowie) zapisał mi się w głowie traumą telefoniczną 😀

A jak było u Ciebie? Ej, a tak mi się skojarzyło, w Krakowie to pod choinkę Aniołek prezenty przynosi?

Iza: Ja zawsze zaliczałam się do tych łatwowiernych i naiwnych, więc wierzyłam dość długo. Nie pomogły nawet sensacyjne doniesienia od koleżanek, przedwcześnie uświadomionych przez starsze rodzeństwo. Ja wiedziałam swoje i z wypiekami na twarzy co roku układałam na parapecie list i grzecznie czekałam na prezenty. Do myślenia dało mi dopiero pewne zdarzenie u mojego kolegi, którego pewnej nocy z piątego na szóstego grudnia obudziły przekleństwa i hałas. Jak się okazało, przed snem nie odstawił tornistra na miejsce, a jego ojciec idąc po omacku z prezentami, potknął się o tornister i jak długi runął na podłogę. Przy okazji facet złamał sobie rękę i zmiażdżył część prezentów. Tak więc następnego roku postanowiłam sprawdzić, co jest grane z tym Mikołajem i nic nikomu nie mówiąc napisałam list i jak zwykle położyłam go na parapecie. Zazwyczaj znikał po kilku godzinach, tym razem leżał kilka dni. Znikł dopiero wtedy, gdy mama wyraziła swoje „zaniepokojenie” i zapytała czy napisałam już list. Powiedziałam, że list leży i czeka od tygodnia. No i cała   sprawa się rypła, bo list wyparował w pół godziny :) Później wystarczyło już tylko sprawdzić szafki.

A w temacie Aniołka, to niby kto ma przynosić prezenty pod choinkę? Mikołaj przychodzi 6 grudnia, więc to nie może być w kółko jeden i ten sam gość.  Choć z dwojga złego zawsze to lepsze niż jakiś Gwiazdor :)

Skoro już jesteśmy przy świątecznych regionalizmach, to jaką w Warszawie jada się zupę w Wigilię? Dasz krótki przepis?

Jagna: W Warszawie trwa odwieczna walka czerwonego barszczu i grzybowej :) U nas w domu rozwiązało się sprawę tak, że w Wigilię podajemy jedno i drugie. Czerwony barszcz oczywiście z uszkami a grzybową z makaronem. Barszcz jak barszcz, ale grzybowa musi być esencjonalna i czarna jak smoła. Już od sezonu grzybowego zbieramy na nią tzw. „smak”. Oznacza to po prostu tyle, że po każdych gotowanych grzybach koncentruje się pozostały wywar i mrozi. W przeddzień Wigilii się te wszystkie zapasy wyciąga, wrzuca do gara, dolewa wody, dodaje przemysłowe ilości suszonych grzybów oraz cebulę i dość długo gotuje. I to właściwie, po pierogach, jest moją ulubioną potrawą. Co nie znaczy, że gardzę barszczem z uszkami 😀

Chociaż i tak najważniejsze są prezenty i w cywilizowanych miejscach przynosi je Mikołaj, a nie żaden Aniołek 😀

A pamiętasz swój prezent marzeń? Taki, że aż Cię zatkało wrażenia? U mnie to był chomik, konspiracyjnie przechowywany u sąsiadów. Myślałam, że się posikam z radości jak znalazłam go pod choinką. Autentycznie zatkało mnie z radości. Mojego kota też 😀

Iza: To były narty, ale przy tej okazji zatkało mnie na dłużej z innego powodu… Miałam wtedy może 3-4 lata, gdy przyszedł do mnie św. Mikołaj z obstawą w postaci diabła i anioła. Mikołaj był prawdziwy. Biskup jak trzeba, nie jakiś pajac z koncernu. Anioł był cudowny, miał prawdziwe skrzydła i blond włosy, ale najlepszy z tej trójki był diabeł.  Na rogach miał mrugające czerwone lampki. Cały czas chodził po przedpokoju. Jedną ręką kręcił młynki ogonem, drugą potrząsał brzęczącym łańcuchem.  Dałabym głowę, że miał nawet kopyta! Tak mnie zamurowało z wrażenia, że wypuściłam powietrze dopiero jak wyszli. Po latach dowiedziałam się, że byli to aktorzy z teatru Bagatela, zatem pełna profeska.  Dorosły by się nabrał :) Pamiętam tego diabła, wymarzone narty, które wtedy dostałam i konsternację Mikołaja, jak na jego standardowe pytanie, czy byłam grzeczna, uczciwie powiedziałam, że nie za bardzo, i że nadal obgryzam paznokcie :)

Drugim, niestety już nie tak miłym, wspomnieniem pozostaje w mej pamięci widok prezentów pod choinką w Wigilię, w stanie wojennym. Mama stanęła wtedy na głowie i skądś wytrzasnęła prezenty, ale nie miała ich w co zapakować, więc zapakowała wszystko w wymięty szary papier i w gazety.  Może właśnie dlatego teraz godzinami ślęczę przy pakowaniu prezentów, choć dziś najlepiej kupić ozdobne torby i załatwić sprawę w kilka minut.  Ciekawe, jak u Was? Papier czy ozdobna torebka? Łatwizna, czy męka dla bliżej nieokreślonej idei? 😀

P.S. Jakoś strawię tę aluzję, w tym słabo zawoalowaną dyskredytację Krakowa oraz Aniołka. W końcu idą Święta i należy być dobrym dla bliźnich. Na szczęście nie przychodzi do nas Dziadek Mróz i z tego należy się cieszyć 😀

Jagna: Tu się zgadzam. Dziadek Mróz niech w Rosji siedzi 😉 A z tym pakowaniem prezentów to różnie u mnie bywa.  Z natury jestem estetką i lubię rzeczy ładne, ale przed świętami jest tyle do roboty, że czasami ratuję się torbami. Gazet w każdym razie, jak żywo, nie pamiętam 😀

Poza tym wyznaję zasadę, że wstążeczka zawsze ratuje sytuację. W zeszłym roku się zawzięłam na piękne pakowanie. Spędziłam nad tym parę godzin, ale efekt był imponujący: ładny papier, piękne wstążki i nawet gałązki choinkowe. Normalnie żałuję, że zdjęć nie porobiłam :)

A jak już tak temat choinki wypłynął, to muszę Ci powiedzieć, że absolutnie nie uznaję sztucznej. I nawet nie o wygląd chodzi, tylko o ten zapach. Jeśli w domu nie pachnie choinką, to tak, jakby świąt nie było. I pewnie sobie naiwnie teraz pomyślałaś, że skoro jestem zamiłowaną estetką, to i moja choinka się elegancko prezentuje. Otóż nic bardziej błędnego. Moja choinka to totalny bazar obwieszony bagażem sentymentalnym 😀

Czego tu nie ma! Koślawe łańcuchy z kolorowego papieru produkowane przez kolejne pokolenia dzieci, zabawki choinkowe rodem z PRL-u i nawet papierowy paw, którego z pomocą mamy skleiłam, gdy miałam z pięć lat. Jest tak obleśny, że przez całe święta toczymy z mężem wojnę. Ja pawia montuję na samym froncie a Piotrek po cichu go wrzuca na tył choinki. No to ja go znów na widok wystawiam. I tak przez całe święta aż do dnia rozebrania choinki, gdy ów koszmarny paw ląduje na kolejny rok w kartonie z bombkami 😀

Niech zgadnę! U Ciebie jest elegancko i choinka posiada konkretny zestaw kolorystyczny, zgadłam? :)

Iza: Niezupełnie. Posiada kilka zestawów kolorystycznych :) Co roku kto inny decyduje w jakim kolorze lub zestawie kolorystycznym ubrana będzie choinka, więc co roku jest inaczej. Odnośnie samej choinki, to niestety ostatnimi laty mamy sztuczną. Po pierwsze, od wielu lat wyjeżdżamy na narty już w pierwszym dniu świąt, więc zawsze po powrocie do domu już w styczniu, zastawaliśmy zasuszonego drapaka. Swoje dołożyły również zwierzęta. Psu tak pachniało ogrodem i lasem, że nieraz potrafił się zapomnieć i centralnie choinkę obsikać, ale to jeszcze pół biedy. Najbardziej w kość dają koty. Szajbie kilka razy zdarzyło się choinkę przewrócić, bo się na nią wdrapała. Wprawdzie ostatnio na zimę tyje i przybiera formę kulistą, więc już nie za bardzo jej się chce latać po drzewach, ale kto ją tam wie. Natomiast Kapsel, na widok choinki i ozdób, dostaje kompletnego świra. Przy nim żadna choinka by nie przeżyła, gdyby moja córka nie doznała olśnienia, że koty nie lubią zapachu cytrusów. Ususzyłam zatem w piekarniku plastry pomarańczy i udekorowaliśmy nimi choinkę. Patent zadziałał, bo koty obraziły się na amen i nawet do niej nie podeszły, więc w tym roku znów będzie u nas cytrusowe drzewko :)

Pomału będę już kończyć, bo kuchnia mnie wzywa i trzeba ruszyć do garów, ale mam nadzieję, że nie każesz się prosić i wrzucisz fotkę tego pawia :) Ciekawość mnie zżera, o co z Piotrkiem tak zawzięcie walczycie, a korzystając z okazji chciałabym Wam oraz wszystkim naszym wspaniałym czytelnikom i sympatykom złożyć życzenia zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia.

Jagna: Wesołych Świąt Kochani :)

Ps. Skoro tak ładnie prosisz, to poniżej masz zdjęcie pawia. Tylko pamiętaj! Co się zobaczy tego się nie da odzobaczyć 😀

 

Szybki piernik z orzechami pekan

Szybki piernik z orzechami pekan

 

Dawno temu, gdy byłam młodą stażem kucharką domową, myślałam sobie naiwnie, że jakość dań jest zależna od czasu spędzonego w kuchni. Innymi słowy mówiąc, królewska uczta musi być poprzedzona kuchennym, wielogodzinnym poświęceniem. Płynąc bezmyślnie na fali tego absurdu produkowałam piernik staropolski dojrzewający i potem jak dziecinę kapryśną doglądałam przez dwa tygodnie, a to czy mu nie za zimno, nie za ciepło. A może za sucho albo zbyt wilgotno?

Paranoja jakaś, zwłaszcza, że piernik dojrzewający od zwyczajnego wcale lepszy nie jest 😀

My sobie dzisiaj zrobimy ekspresową wersję piernika, który jest aromatyczny, wilgotny i moim zdaniem zdecydowanie lepszy od dojrzewającego. Na przygotowanie potrzebujemy 15 minut a potem około 50 minut pieczenia. I koniec. Po robocie. Żadnego planowania na dwa tygodnie wcześniej i sprawdzania z drżącym sercem, czy nam wypiek na przykład nie spleśniał :)

Lista składników:

– 2 szklanki pszennej mąki

– 3 jajka

– 3 łyżki miodu

– szklanka cukru

-200 g masła

– słoik powideł (290 g)

– 3 łyżki przyprawy do piernika

– 3 łyżki niesłodzonego kakao

– płaska łyżeczka proszku do pieczenia

– garść orzechów pekan (albo włoskich)

– czekolada deserowa (na polewę)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przystępujemy do działania :)

Do garnuszka wrzucamy masło, powidła, kakao, przyprawę do piernika i miód. Podgrzewamy do rozpuszczenia się masła i mieszamy na gładką masę. Odstawiamy, żeby ostygło a w tym czasie ucieramy jajka z cukrem (mikserem najszybciej). W misce łączymy mąkę z proszkiem do pieczenia z jajkami, cukrem i ostygniętym masłem z powidłami. Wyrabiamy łyżką na gładką masę, dosypujemy orzechy i już :)

Ciasto przelewamy do standardowej wielkości keksówki wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy przez 50 minut w temperaturze 170 stopni. Po upieczeniu i ostygnięciu smarujemy wierzch ciasta rozpuszczoną w kąpieli wodnej czekoladą deserową.

Piernik, dzięki temu, że powidła są wdane w ciasto jest wilgotny i ma cudowny smak. Oczywiście można go dodatkowo przeciąć wzdłuż i przesmarować dodatkową porcją powideł. Bo dlaczego by nie? :)

Smacznego!