Browsed by
Tag: szeptucha

image_pdfimage_print
Święta Szeptuchy

Święta Szeptuchy

 

Ogień wesoło trzaskał w kozie, a Szeptucha siedziała wygodnie w fotelu. Obok, na wersalce, leżał z łapami wyciągniętymi do góry Mruczek. Wyglądał groteskowo. Najpierw był łeb z nosem skierowanym w drewniany sufit, dalej łapki, potem gruby brzuch przypominający balonik, a jeszcze dalej… A jeszcze dalej to nie wiadomo, bo zza brzucha nic więcej nie było widać. Kot się przeciągnął i smacznie ziewnął pokazując komplet kłów.

– Odchudziłbyś się spaślaku – zarechotała stara. – Wyglądasz jakby cię nadmuchali.

Kot parsknął z oburzeniem i usiadł. Zaczął od niechcenia myć łapkę, potem przeszedł do wydętego brzucha by w końcu podjąć karkołomną próbę toalety okolic ogona.

– No wiesz – żachnęła się Szeptucha. – Czy ja przy tobie…

Kot przerwał wylizywanie futerka i zatopił w babce badawcze spojrzenie zielonych oczu. Wyglądał na urażonego, a z pewnością porażonego wizją Szeptuchy dokonującej publicznie mycia okolic ogona. Babka nie miała ogona, więc wizja była tyleż obsceniczna, co bezsensowna. Mruczek wstał i ostentacyjnie odwrócił się od babki. Wyprężył ogon pokazując starej, gdzie ją ma i spiął się do skoku.

Zamierzał majestatycznie zeskoczyć z wersalki, ale w chałupie nagle rozległ się huk. Wytrącony z równowagi kot stracił płynność skoku i rozpłaszczył się bezradnie na niewielkim dywaniku.

– Prawie jak antylopa! – zarechotała babka i ze stęknięciem wstała z fotela. – Coś mi się kocie widzi, że chyba znowu gościa mamy. Zbieraj się z podłogi i idziem.

Mruczek podniósł się niechętnie i podreptał za babką. Stan niechęci pogłębił się, gdy zobaczył aurę za drzwiami. Lało jak z cebra. Deszcz, kompletnie nieprzejęty faktem, że za tydzień zaczynały się święta, lał równo dzień i noc, z zapamiętaniem tworząc zwałowiska błota na podwórku. Dodatkowo zawodził wiatr. Pędził z zawrotną prędkością i ze złowieszczym świstem poganiał za sobą krople deszczu. Mruczek nigdy wcześniej nie widział deszczu, który pada poziomo.

– Miau! – zaprotestował gorąco, widząc, że babka dziarsko zakłada gumofilce i płaszcz przeciwdeszczowy.

– Chodź leniu!

Mruczek wystawił ostrożnie łapki za próg i z obrzydzeniem się wycofał. Stara zrobiła dwa kroki. Błoto zassało kalosze z głośnym cmoknięciem. Szeptucha przez chwilę bezskutecznie siłowała się z żywiołem.

– Diabli nadali! – mruknęła pod nosem i pstryknęła palcami.

W jednej chwili błoto stężało a wielkie krople deszczu opadały na nie ciężko i zamiast wsiąkać w kolejne bajora, tworzyły wielkie bańki jak na asfalcie, a potem spływały w stronę lasu.

– No! – sapnęła triumfalnie stara i żywo pomaszerowała w stronę stodoły.

Kierunek wybrała nieprzypadkowo. Nawet przy tak ograniczonej widoczności, łuna nad drewnianym budynkiem była doskonale widoczna.

– Pali się? – zapytała retorycznie, pamiętając doskonale czasy, gdy podczas każdej burzy parę chałup szło z dymem. – Niemożliwe – dodała po chwili. – Zima jest. Zimą piorunów nie ma. Musi być, łuna, z innego powodu nad stodołą się objawiła.

– Miau! – potwierdził Mruczek stąpając niepewnie po stężałym przez zaklęcie błocie.

– Jak nie sprawdzimy, to się nie dowiemy. Idziemy Mruczek!

Drzwi stodoły były zamknięte. Nie dziwota. Babka osobiście zaryglowała wrota, żeby Lucynie było ciepło. Słoń dzielnie znosił polską niepogodę, ale minimum komfortu zdecydowanie mu się należało. Babka odryglowała drzwi tknięta nagłym impulsem troski o indyjską słonicę. Lelka z Rajatem wyjechali do Indii i opieka nad zwierzęciem spadła na Szeptuchę.

– Lucyna! – szepnęła babka. – Lucyna, wszystko w porządku?

Tajemnicza łuna najwyraźniej miała swoje źródło za belami siana pod przeciwległą ścianą stodoły. Nieźle oświetlała boks Lucyny, która widząc babkę zatrąbiła na powitanie.

– Ciszej, gadzino! – syknęła babka, nerwowo spoglądając w stronę czerwonej poświaty.

Mruczek oszacował sytuację i w kilku susach dopadł do Lucyny. Wdrapał się na słoniowy grzbiet i schował za ogromnym uchem.

– Dekownik! – parsknęła babka.

Szeptucha ostrożnie wspięła się na bele siana i powoli wychyliła głowę. Widok był zgoła tragiczny. W rogu stodoły leżała kupka potrzaskanego drewna a obok kilka szarych zwierzaków. Wyglądały jak łosie.

– Diabli nadali! Kłusownik jakiś magazyn sobie u mnie założył? – zapytała retorycznie i po cichu.

Odpowiedzi nie uzyskała i wcale się jej nie spodziewała. Tym większe było zdziwienie, gdy jedno ze zwierząt poruszyło się niemrawo, a czerwona łuna oświetliła Szeptuchę i na moment ją oślepiła.

– Co tu się do cholery wyprawia?

– Pomóż – odezwał się głos z czeluści siana.

– A ktoś ty?

– Joulupukki.

– Jo… co? – zacukała się Szeptucha.

– Mów mi po polsku, po prostu Mikołaj – dobiegł stłumiony głos. – Pomożesz mi w końcu? Utknąłem pod saniami. Trzeba renifery wyprzęgnąć najpierw.

Stara zamrugała oczami i dokładniej przyjrzała się pobojowisku. Szare renifery zlewały się w masę poprzetykaną gdzieniegdzie rogami i kopytami. W czerwonym świetle wyglądało to nieco upiornie. Idąc tropem czerwonej łuny, Szeptucha napotkała wielki i świecący nos jednego z reniferów.

– Rudolf – mruknęła do siebie i przykucnęła.

Wyglądało na to, że wszystkie zwierzaki przeżyły, ale niektóre kopyta zwisały pod dziwnym kątem. Połamane, w najlepszym przypadku zwichnięte.

– Poświeć no tym nosem tutaj, kochaneczku – poleciła stara. – Zobaczymy, jak was rozplątać.

Rudolf posłuchał i nie bez trudu, bo przecież był unieruchomiony, wykręcił łeb w stronę połamanego dyszla.

– Niedobrze – zacmokała Szeptucha. – Jakby tak zastosować…

– Co tam tak szepczesz? – odezwał się spod sań zniecierpliwiony Mikołaj.

– Szeptuchą jestem, to szepczę – odcięła się babka. – Jak chcesz spod tych zwierzaków wyleźć, to się zamknij i daj się skupić.

Mikołaj posłusznie umilkł, choć nie odmówił sobie niecierpliwego prychnięcia. Stara nic sobie z tego nie robiąc podjęła poprzednią myśl.

– Jakby tak dać zaklęcie na supły w sznurówkach. Tu kaliber trochę większy, ale w sumie co szkodzi spróbować? – zapytała retorycznie.  – Na polu ziemniaki, a w lesie borówki, przybądźcie myszy rozwiązać sznurówki! – wydeklamowała po chwili.

Nic się nie wydarzyło. No może z wyjątkiem tego, że spod sań rozległo się kolejne prychnięcie. Tym razem zdecydowanie lekceważące. Szeptucha zignorowała je z godnością.

– Znaczy się, trza kaliber zwiększyć – powiedziała pod nosem. – Te, Rudolf, weź no poświeć jeszcze raz. Muszę się lepiej tej plątaninie przyjrzeć. No dobra, to może tak: Na polu krowy, a obok pegieery, przybądźcie skrzaty uwolnić renifery!

Spod sań tym razem nie dobiegł żaden dźwięk. Za to w kilku miejscach stodoły zaczęło szeleścić siano. Spomiędzy bel powysuwały się ostrożnie szpiczaste uszy, a za nimi głowy z rozczochranymi włosami.

– No! – powiedziała z satysfakcją Szeptucha. – Weźcie no kochaniutkie rozplączcie te bydlęta.

Skrzaty, od zawsze dobrze traktowane w obejściu Szeptuchy, skwapliwie ruszyły na pomoc reniferom. Po paru chwilach wszystkie zwierzaki zostały wyprzężone. Wstały wszystkie, ale trzy wyraźnie utykały a jeden trzymał podkurczoną lewą, tylną nogę. Musiała być złamana. Skrzaty zaparły się w tym czasie z całej siły i podniosły sanie pod którymi leżał, nonszalancko wsparty na łokciu Mikołaj. Miał wyraźnie znudzoną minę.

– W końcu! – oznajmił i dość dziarsko podniósł się z ziemi.

Babka, w obliczu takiej bezczelności, po raz pierwszy w życiu zapomniała języka w gębie.

Mikołaj siedział na wersalce i z lubością pożerał drugi talerz żuru. Wcześniej ściągnął czerwoną kurtkę i przewiesił przez oparcie krzesła. Teraz lekko popuścił czarnego pasa i z zadowoleniem poklepał się po wydatnym brzuchu. Flanelowa koszula wyglądała, jakby miały jej zaraz trzasnąć wszystkie guziki.

– Doskonały żur – pochwalił.

– Wiesz co to żur? – zdziwiła się babka. – To by znaczyło, że wy tam w tej Laponii wcale tacy dzicy nie jesteście jakby się wydawało.

– Droga koleżanko! – zaczął Mikołaj protekcjonalnie – Zapomniałaś chyba, kim jestem. To przecież oczywiste, że wiem wszystko. Przecież od lat podróżuję po całym świecie!

– Taaa…. Przez jeden dzień w roku – mruknęła pod nosem stara.

Mikołaj wyraźnie się obraził, ale potem spojrzał tęsknym wzrokiem w pusty talerz i chytrze przekalkulował, że foch w jego położeniu zupełnie się nie opłaca.

– A nie miałabyś jeszcze trochę tych pyszności? – zagaił z nadzieją w głosie.

Szeptucha westchnęła i wstała.

– Na kuchni stoi, nalej sobie – odparła. – Ja idę zobaczyć, jak się mają renifery.

Zostawiła faceta w stanie kompletnego oszołomienia. Wyglądało na to, że nigdy wcześniej nie musiał sam sobie zupy serwować. Użaliła się pod nosem na biedną Mikołajową, która najwyraźniej nie miała łatwego życia z takim gwiazdorem i narcyzem, i podreptała do stodoły. Wcześniej nakarmione i opatrzone zwierzęta stały grzecznie, zbite w ciche stadko. Rudolfowi całkiem wysiadło światło. A może działało wyłącznie po podłączeniu do sań? Szeptucha odruchowo spojrzała na nie. Były częściowo połamane, ale nawet na laickie oko starej, z pewnością da się je naprawić. Potrzeba tylko wysłać kogoś po sprytnego stolarza. Kogoś dyskretnego, kto przy okazji nie rozpowie po całych Kierzbudach i Wieprzewie, że Mikołaj miał katastrofę lotniczą właśnie tutaj.

– Mruczek! – powiedziała półgłosem Szeptucha. – Wyłaź, zakało jedna! Wszystko na mojej głowie ma być?

Kot niechętnie wylazł zza ucha Lucyny i ziewnął przeciągle.

– Pójdziesz mi zaraz do sołtysa Alojzego i go tu przyprowadzisz. Sprawy się mają tak, że cudzoziemiec nam się rozbił, więc to sprawa naruszenia granic państwa i władza się tym zająć powinna.

Kot popatrzył ze zdumieniem na babkę, którą zawsze miał za anarchistkę i która władzę, zwłaszcza w osobie sołtysa Alojzego, miała głęboko w nosie.

– No dobra, żartowałam. Potrzebny jest, żeby po stolarza pojechać – zarechotała babka i wyszła ze stodoły.

Mruczek coś tam pomamrotał pod nosem, ale posłusznie wyszedł w nocny świat i skoczył pomiędzy jałowce. Szeptucha, nie zawracając nim sobie dłużej głowy, poszła do chałupy. Trzeba w końcu wypytać szanownego gwiazdora, skąd właściwie się tu wziął i co dalej zamierza robić.

Na tydzień przed świętami Kierzbudy były całkowicie pogrążone w ciemnościach i błocie. Latarnie, jak zwykle wysiadły, chociaż jakby tak przeanalizować godną podziwu cykliczność ich odłączania, to w logicznie myślącym stworzeniu mogła powstać myśl, że to gmina robi sobie oszczędności. Lampek ani innych ozdób, też rzecz jasna władza nie ufundowała, a mieszkańcy ubierali choinki i wieszali lampki dopiero przed Wigilią. I przy okazji sporadycznych wizyt w mieście pukali się w głowę na tę bizantyjską iluminację w supermarketach, która zohydzała miastowym atmosferę świąteczną już w pierwszej połowie listopada. Jeszcze ludzie zniczy do koszyków nie powkładali a już im nad głowami trąbią kolędy w wersji disco polo. Nie to, żeby mieszkańcy Kierzbudów gardzili disco polo, ale kolędy to się śpiewa w kościele na Pasterce, a nie w Biedrze przy chłodni z promocyjną karkówką na grilla, i do taktu kościelnych organów, a nie w rytmie pikania sklepowych kas.

Co nie zmienia faktu, że pogoda w tym roku świątecznie nie rozpieszczała. Główną drogą płynęły strumienie wody, a podsiąkająca błotem ścieżka prowadząca do sklepu gwarantowała prawdziwy survival. Sklepowa Jadźka położyła w bajorach parę cegieł, ale gimnastyka związana z ich pokonywaniem stanowiła prawdziwe wyzwanie. Zwłaszcza dla Zenka Kapelusznego, który umówił się na wieczorne piwko z Jackiem Wrębnym. Raz, że nie sposób bez zamoczenia butów przeskoczyć po cegłach, jak człowiek trochę zawiany, a dwa, ławka kompletnie mokra. Dramat.

Mruczek natomiast przeskoczył z gracją po cegłach, kompletnie nie zwracając uwagi na tragedię Zenka. Wszedł na schodki prowadzące do sklepu i nie bez wysiłku wskoczył na płot oddzielający królestwo sklepowej Jadźki od posesji sołtysa. To była jedyna sposobność, by ominąć psy, które z ogromnym zaangażowaniem patrolowały podwórko.

Mały spacer po płocie i już można było zeskoczyć po kratce, służącej latem za podporę dla ogórków. Wprost na werandę. Głupie psy ujadały tymczasem przy bramie. Widać Zenek narobił hałasu. Kot wygiął sfatygowany kręgosłup i zaczepił pazury na ramie okiennej. Drzwi tarasowe były zamknięte na głucho. W końcu zima, koks kosztuje, strach otwierać. Niemniej niewielkie okno tuż obok było lekko uchylone. I tam właśnie Mruczek rozpoczął włam. Szło mu dość mozolnie i przez myśl przemknęło mu nawet, że może faktycznie powinien się odchudzić, ale udało mu się podważyć łapką haczyk blokujący okno, więc szybko porzucił ową myśl jako niedorzeczną.

Zeskoczył z gracją do łazienki i momentalnie się zorientował, dlaczego pomimo sezonu grzewczego ktoś zadbał o wietrzenie pomieszczenia. Krzywiąc nos od fetoru podbiegł do drzwi i nie bez wysiłku skoczył na klamkę. Wybiegł ze środka jak oparzony.

– Alojzy, cholera jasna, ile razy można mówić, żebyś zamykał te drzwi? Czy koniecznie cały dom musi czuć, że byłeś w klopie? – wydarła się z kuchni sołtysowa.

– A co ty znowu chcesz ode mnie kobieto? – odkrzyknął z salonu jej mąż.

Kot, nawet ucieszony, że tak szybko udało mu się zlokalizować sołtysa, poszedł w stronę źródła głosu i po chwili wskoczył na stojący przed kanapą niski stolik. Na kanapie leżał odziany w pasiastą piżamę sołtys i oglądał telewizję. Mruczek, z właściwą kotom złośliwością, usiadł dokładnie tak, żeby zasłonić mu ekran.

– Spadaj sierściuchu!  Jolka! Zabieraj mi stąd to bydlę. Ile razy mówiłem, żeby do domu nie wpuszczać! Co to za kot?

– Dobry wieczór – odparł lodowatym tonem Mruczek. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

W sołtysa jakby piorun strzelił. Usiadł prosto na kanapie z wytrzeszczonymi oczami i energicznym ruchem dłoni odprawił małżonkę, która zwabiona krzykami stanęła w progu salonu.

– O pppan kot! Jakże mi miło! Co słychać u czcigodnej Szeptuchy?

– Sprawę ma. Niecierpiącą zwłoki. – odparł Mruczek i zamierzał odejść z godnością tą samą drogą, jaką przyszedł, ale przypomniały mu się ciężkie warunki atmosferyczne panujące w łazience. – Proszę mi drzwi otworzyć, tylko najpierw coś z tymi psami zrobić.

– Jolka! – krzyknął do małżonki sołtys – Leć uwiąż Burka i Azora. Tylko migiem!

A potem ojciec wsi założył na piżamę waciak, a na stopy wzuł gumofilce. Pospiesznie ruszył w deszczową noc.

Szeptucha nie wierzyła własnym oczom. Mikołaj najwyraźniej rozprawił się z całym garnkiem żuru, bo na dnie nie było nawet kropelki. Przy okazji buszowania w okolicach pieca, namierzył także flaszkę pigwówki i obecnie raczył się nią siedząc na ulubionym fotelu Szeptuchy i bawiąc się jej osobistym pilotem do telewizora.

Starej mało szlag na miejscu nie trafił, a gorące pragnienie, żeby jak najszybciej wykurować renifery i ściągnąć stolarza do sań nieomal wypaliło rumieńce gniewu na jej policzkach.

– Mam nadzieję, że ci smakowało – powiedziała z drwiną w głosie.

Mikołaj nie wyczuł ironii. Beknął donośnie i uśmiechnął się promiennie do Szeptuchy.

– Doskonały żur i jeszcze lepsza naleweczka. Poczęstujesz się? – zapytał uprzejmie, wyciągając w jej stronę potężną dłoń z flaszką.

– Dziękuję – babka odparła sztywno. – Słuchaj, jak to się właściwie stało, żeś się rozbił? I to na dokładkę w naszych Kierzbudach? – zapytała, uznając w duchu, że każdy okruch wiedzy pomoże jej ułożyć plan pozbycia się Mikołaja.

– Sam nie wiem. Leciałem sobie spokojnie, zniżałem się już do lądowania, a tu nagle huknęło coś znienacka. Renifery spanikowały, powpadały na siebie i kraksa gotowa.

– Niefortunnie – mruknęła stara. – A dlaczego żeś chciał tu lądować? Jaki interes ma, w tej naszej dziurze, światowego formatu celebryta?

Mikołaj pociągnął potężnie z flaszki, wyraźnie zadowolony z komplementu. Ponownie nie wyczuł drwiny w słowach babki.

– No to w sumie sprawa rodzinna, ale mam dług wobec ciebie kobieto, więc opowiem. Przyleciałem po starą. – wyznał.

– Jaką starą? Czyją starą? – nie zrozumiała Szeptucha. – Weź ty już może nie pij tej nalewki, co?

– No jaką starą i jaką starą! – zaczął ją przedrzeźniać Mikołaj, ale po chwili zmarkotniał. – Teściowa! Matka pani Mikołajowej! Na święta, do Laponii, przyjechałem ją zabrać, bo mi kobieta łeb suszyła.

Szeptucha wyglądała, jakby ją piorun strzelił. Nie dość wilkołaków, dusioła, zębnych, duchów, pijaków i innych lokalnych oryginałów w Kierzbudach? Jeszcze i Mikołaj się musiał ze wsią skoligacić? Czuła jednak, że prawda jest straszniejsza, niż by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać.

– A która to ta twoja teściowa? – zapytała ostrożnie.

– Zofia Stachańska. Z jej córką Pelagią się ochajtałem.

– O słodki Jezu! – wyszeptała z trwogą w głosie Szeptucha.

Nagle stało się jasne, dlaczego Mikołaj niespecjalnie się martwił rozbitymi saniami i bez umiaru jadł i pił jak się z łańcucha zerwał. Stachańska i jej córki to były takie hetery, że chłop łatwego życia na pewno nie miał. Co gorsze, wychodził do pracy tylko raz w roku i na dodatek na nocną zmianę. To oznaczało, że przez 364 dni w roku, a jak się rok przestępny trafił to i przez 365, siedział ze zrzędzącą babą w domu. Szeptucha wstała z wersalki i ze współczuciem spojrzała na Mikołaja.

– Zjesz no kochaniutki kiełbasy? Dobra, swojska. Jacek Wrębny mi przynosi…

Sołtys gnał przez noc swoim czerwonym Punto. Błoto bryzgało na przednie reflektory, ale Alojzy nie zaryzykował nawet chwilowego przystanku. Bał się, że jak się zatrzyma to mu się wóz w błocie zakopie a w środku lasu raczej pomoc drogowa go nie znajdzie. A tak naprawdę to bał się gniewu Szeptuchy, która kazała mu niezwłocznie jechać po dobrego stolarza. Wyglądała przy tym na dość zdesperowaną. Alojzy nie wykluczał, że mogło mieć to związek z grubym, w sztok pijanym facetem, który plądrował jej lodówkę.

Najlepszym fachurą od drewna był Józek z Zamiedzewa i tam właśnie pędził, co mechaniczny koń wyskoczy, nasz dzielny sołtys Alojzy.

Wkrótce wracał z triumfalnym uśmiechem na twarzy i trofeum w postaci zaspanego stolarza Józka. Ten, po obejrzeniu sań fachowym okiem, powiedział, że naprawa potrwa co najmniej kilka dni.

Szeptucha spojrzała na niego z trwogą w oczach.

Zenek grzał dłonie przy palenisku, niespiesznie popijając piwko. Pełni rozkoszy dopełniał fakt, że portki już mu wyschły, a przed nim, na wyszczerbionym talerzu z napisem Społem, leżały pęta wyśmienitej kiełbasy z dzika. I była jeszcze wisienka na torcie, czyli wspaniali kumple. Naprzeciwko niego siedział jego druh, kłusownik Jacek Wrębny, a z lewej strony kiwał się nad stołem poznany pod sklepem kompan.

– Mikuś! – zabełkotał Jacek trącając sympatycznego grubasa ubranego we flanelową koszulę. – Mikuś, nie śpij! Piwko by się przydało!

– No to list napisz! – wymamrotał Mikołaj. – I dla kolegów też poproś.

Jacek ochoczo przysunął do siebie kartkę papieru, na której parę godzin wcześniej zaczął pisać:

Kochany Mikołaju!

Bardzo Cię proszę, przynieś mi, Zenkowi i sobie: piwo, piwo, piwo, piwo, piwo, piwo, piwo, piwo…

Jacek dopisał koślawo, choć z zachowaniem interpunkcji, bo po przecinku, kolejne trzy piwa, które zmaterializowały się na stole z cichym pyknięciem. Każde z osobna zapakowane w świąteczny papier i przewiązane ozdobną wstążeczką.

– Królu złoty! – powiedział z podziwem Zenek i nabożnie złożył dłonie.

Z takim kompanem wizja świąt przedstawiała się więcej niż zachęcająco.

Mikołaj przepadł pięć dni temu i Szeptucha zaczynała się coraz bardziej niepokoić. Ostatni raz widziała go, gdy poszedł na spacer po wsi, oczywiście starannie i szerokim łukiem omijając chałupę Stachańskiej. Skoro z planu zawiezienia teściowej do Laponii, póki co były nici, to nie było sensu nawiązywać z nią, z pewnością gwałtownego w skutkach, kontaktu.

Stolarz Józek dostarczył sanie dzisiaj rano, a tego gamonia Mikołaja dalej nie było. Kładąc się spać Szeptucha pomyślała, że jutro musi koniecznie ruszyć na poszukiwania. Obleciała wszystkie kamery w Kierzbudach i co chwilę sprawdzała ruch na swojej ścianie pełnej monitorów, ale absolutnie nigdzie nie było nawet śladu Mikołaja. Prawie usypiając, stara zorientowała się, że umknęło jej coś istotnego. Zenek! Jego od kilku dni też nigdzie nie było. Nawet pod sklepem, a przecież niezależnie od pogody bywał pod nim zawsze. W domu też się nie pokazał. Oba zniknięcia miały ze sobą związek.

– No to już wiem, gdzie jesteście i co robicie! – mruknęła babka.

Jedynym miejscem, gdzie nie miała ukrytych kamer była leśna chata kłusownika Jacka Wrębnego.

Mikołaj siedział na wersalce w domu Szeptuchy i pojękiwał cicho. Nos miał tak czerwony, że wyglądał nieomal jak Rudolf.

– I na co ci to było, durniu jeden? Żonie ze smyczy się urwałeś i małpiego rozumu dostajesz? – szydziła babka.

– Cicho! Nie krzycz tak. – odparł z błaganiem w głosie skacowany jak siedem nieszczęść Mikołaj.

– Wiesz, że jutro Wigilia? Sanie naprawione. Uważasz, że prezenty same się rozwiozą? A Mikołajowa? Zapomniałeś?

– Chcę umrzeć! – jęknął Mikołaj i położył się na wersalce.

Babka wzruszyła ramionami. Nie miała serca mu mówić, że to nie koniec problemów. Większość reniferów jeszcze nie doszła do siebie i z pewnością nie będą mogły jutro nigdzie polecieć.

W Wigilię, koło południa, Mikołaj wstał rześki. Założył swoją czerwoną kurtkę, zapiął czarny pas ze złota klamrą i wyszedł przed chałupę. Lało jak z cebra i nie zamierzało przestać. Zupełnie, jakby trwał biblijny potop. Poszedł do stodoły i z uznaniem obejrzał sanie. Stolarz wykonał pierwszorzędną robotę. Znacznie gorzej rzecz się miała z reniferami. Zatroskany Mikołaj podszedł do nich a one zaczęły się do niego łasić, ale szybko odskoczyły porażone alkoholowym wyziewem z jego paszczy.

– Oj biedaki wy moje! Jak my teraz polecimy?

– Coś wymyśliłam – rzekła na to Szeptucha stając w drzwiach stodoły. – A teraz chodź, żuru ugotowałam, to se na kaca zjesz.

Szeptucha dopięła korale i przygładziła fałdy staromodnej garsonki. Po odprawieniu Mikołaja w świat wybierała się na uroczystą kolację do swojego wnuka Bogusia i jego żony Jaśki.

– No, komu w drogę, temu czas! – oświadczył Mikołaj, mocując na głowie czapkę z pomponem.

Ramię w ramię wyszli na podwórze, gdzie ociekając deszczem stały sanie. Do nich zaprzęgnięta była Lucyna. Nie wyglądała na zachwyconą.

– Tak, jak się umawialiśmy! Za tydzień oddajesz słonia i zabierasz renifery – przypomniała babka.

– I tak będę przylatywał po teściową. Pelagia kazała przywieźć matkę na Sylwestra. – odparł ponuro Mikołaj.

Szeptucha zaśmiała się złośliwie.

Wkrótce sanie wystartowały, a nad Kierzbudami rozległo się donośne trąbienie.

Korzystając z tego, że deszcz chwilowo osłabł, dwaj kompani, Zenek i Jacek rozściełali siatki z Biedronki i przysiedli na ławeczce pod sklepem. Otworzyli po piwku i zapatrzyli się w niebo. Nad ich głowami poszybowały majestatycznie sanie zaprzężone w słonia.

– Patrz Zenuś! Ja te sanie niedawno nad lasem widziałem. – ucieszył się Jacek.

W tej samej chwili pod ich stopami zmaterializowały się dwa kartony piwa przewiązane tasiemkami z ozdobnymi kokardami.

– Patrz, kompan nie zapomniał o nas – powiedział z zadumą kłusownik Jacek. – A ja mu cholera ostatnio te sanie zestrzeliłem – dodał ze wstydem.

– Jak to, Jacuś? A po coś to zrobił? – zdziwił się Zenek.

– Nie w sanie, a w renifery celowałem.

– A po co?

– A jakoś tak z przyzwyczajenia, Zenuś. Mięso jest mięso…

Z ganku domu wnuka, Szeptucha obserwowała lot sań nad lasem. Ledwo je było widać w gęstniejącej z każdą chwilą ulewie. Nagle pod jej stopami pojawił się wielki gar przewiązany czerwoną wstążką. Żur.

Babka ryknęła homeryckim śmiechem i pokiwała głową.

– Aleś wymyślił! – parsknęła. – A mogłeś, bubku jeden, wspólny prezent dla całych Kierzbudów wymyślić. Ale to na chłopski rozum za dużo, co? – zarechotała.

A potem pomamrotała coś pod nosem, pstryknęła palcami i całe błoto zmieniło się w śnieg. Zamiast ciężkich kropel, na ziemię zaczęły miękko opadać duże płatki śniegu.

– Wesołych Świąt, ludziska! – obwieściła stara bielusieńkiej wsi i weszła do domu wnuka.

O jej nogi ocierał się Mruczek.

:)

Szeptucha 15

Szeptucha 15

Świat przedsionka szpitalnego, czyli recepcji, nie uległ żadnej zmianie po klątwie Szeptuchy. Po hallu nadal snuły się rzesze przyszłych pacjentów, a bezduszna recepcjonistka Jadwiga, tkwiąc w szponach zawodowej znieczulicy, nie reagowała nawet rozszerzeniem źrenicy na wycieki krwi tętniczej, żeby o patologicznych akcjach porodowych nawet nie wspomnieć. Rajat wybałuszył migdałowe oczęta, ale wziął się w garść, i ciągnąc za sobą Lelkę i kierowcę, przedarł się do kontuaru.

– Umówieni jesteśmy – wyjaśnił władczo.

Jadwiga parsknęła złośliwym śmiechem i gestem polakierowanych paznokci odegnała intruza na koniec kolejki.

– Daj spokój, nie znasz realiów – warknęła ostrzegawczo Lelka.

Kierowca pokiwał gorliwie głową, zgadzając się z opinią dziewczyny.

Próby ponownego dodzwonienia się do Szeptuchy spełzły na niczym. Telefon milczał jak zaklęty.

– Przepraszam – zagaiła grzecznie Aurelia, gdy nadeszła jej kolej. – Szukam kogoś.

– A kogo?

– Mojej krewnej. – Lela zacukała się w jednej chwili, bo nagle sobie uświadomiła, że w sercu stolicy, w ogromnym szpitalu, pytanie o Szeptuchę nie ma najmniejszego sensu. – … Olesi.

– Oleńki? – W recepcjonistkę jakby piorun strzelił.

– Oleńki, Olesi, bez różnicy – potwierdził zmęczonym głosem Rajat.

A dusioł w skórze kierowcy obślinił się na wspomnienie kruchego dziewczęcia, które mu zwiało przy pomocy sił nieczystych podczas okupacji. Może teraz żylasta jest, może stara, ale nadal odpowiada za upokorzenie prastarego stworzenia.

– Profesor wydał dyspozycję, by gości Oleńki niezwłocznie skierować na oddział – wyjaśniła sztywno recepcjonistka. – Bardzo proszę, sala numer 7, drugie piętro.

Nie tracąc czasu na dalsze dyskusje, Aurelia, gnana niepokojem o prababkę, popędziła w stronę schodów. Rajat pobiegł za nią. W kompletnym zamieszaniu nie zauważyli sadzącego za nimi kierowcy i starej Stachańskiej, ciągnącej za sobą opierającego się faceta w kaszkiecie.

– Rajat – rozbeczała się w windzie Lelka. – Prababcia chyba chora poważnie, bo ta recepcjonistka taka poważna i opryskliwa była.

– Niech panienka się nie przejmuje tak bardzo! Recepcjonistki takie niesympatyczne z urodzenia chyba… – wciął się taryfiarz.

– Pan to kto? – wyszlochała Aurelia.

– Ja tutaj z klientką przyjechałem za wami.

Aurelia powiodła nieco bardziej przytomnym spojrzeniem po reszcie zgromadzonych w windzie osób.

– A co szanowna pani Stachańska tu w tej windzie robi? – oburzył się Rajat.

– Ty mnie tu, chłopcze, nie szykanuj! – parsknęła stara sąsiadka. – Ja tu świadków mam! – Szturchnęła taksiarza kościstym paluchem. – I on poświadczy, że tu się jakieś zbrodnie odbywają.

– Ale my nic złego nie robimy – zaprotestowała Lela.

– Wy nie, ale on! – wrzasnęła Stachańska, celując żółtym szponem w przebranego za kierowcę dusioła.

W tej samej chwili zgasło światło, a winda z niemiłosiernym zgrzytem stanęła między piętrami.

– Co się dzieje? – wrzasnął Rajat.

– Zbrodniarz nas uwięził i właśnie umknął, by wprowadzić swój zabójczy plan w czyn! – nakreśliła ponuro sytuację sąsiadka.

– Kurde, ja tu tylko po złote świnki… – jęknął taksiarz.

– Zapracować trzeba! Po pomoc dzwoń, baranie!

– Pani Zofio – Lelka starała się zachować rozsądek – o czym pani właściwie mówi? Prababci coś grozi?

– A wszystkim grozi – sapnęła sąsiadka. – Ten wasz kierowca zjadł waszego prawdziwego kierowcę i się w niego zamienił, i teraz coś kombinuje.

– Dusioł! – wrzasnęli chórem Rajat i Lela, i w panice naparli na drzwi windy.

– Chwilunia! – powstrzymał ich taksiarz. – Mam śrubokręcik, który zaraz rozwiąże nasze problemy.

– A w dupie mam pana śrubokręcik! – wrzasnęła arogancko Aurelia i wygenerowała z siebie błękitne światło.

Rajat natychmiast podszedł do niej i położył jej ręce na ramionach. Winda jęknęła i ruszyła w stronę drugiego piętra. Po chwili drzwi wypuściły z siebie pasażerów.

– Do sali numer siedem! Biegiem! – wrzasnął Rajat i puścił się sprintem po archaicznym linoleum.

Lelka nie zważała na Stachańską i jej taryfiarza. Gnała za Hindusem, modląc się w duchu, by babce nic się nie stało.

Szeptucha pogłaskała Oleńkę po buzi i odwróciła się w stronę Waldka.

– Dość masz na dzisiaj – orzekła.

– Daj, Oleśka, spokój – burknął stary. – Na co mi siły oszczędzać?

– Ot, choćby na to! – wrzasnęła prababka, odsuwając gwałtownie wózek inwalidzki pod okno i rzucając się całym ciałem na łóżko Oleńki.

Waldek kątem oka zauważył blondyna, który wtargnął do sali i bez ostrzeżenia skoczył na łóżko dziecka.

– Na pomoc! – wrzasnął Waldek, wciskając przycisk alarmowy.

– Waldek! Po Jaśka leć, niech moją wnuczkę znajdzie! – wrzasnęła Szeptucha. – To nie żarty!

Waldek wykrzesał z siebie wszelkie siły i w olimpijskim tempie wytoczył wózek na korytarz. W połowie nieomal zderzył się z grupą zziajanych ludzi.

– Oleńka! Jaśko! – zdołał wyksztusić i wskazał ręką kierunek, a potem zemdlał z wysiłku.

Lelka przebiegła sprintem obok inwalidy i z hukiem otworzyła drzwi pokoju numer siedem.

– Rajat! – wrzasnęła z mocą.

Chłopak podbiegł do niej i w ciągu kilku sekund ocenił sytuację. Istniały zaledwie dwie istoty zdolne ochronić babkę i tę dziewczynę leżącą na łóżku.

– Prababko?

– Róbcie, co trza! – sapnęła stara, próbując utrzymać rozwścieczonego dusioła w zaklęciu ochronnym.

Lelka chwyciła Rajata za rękę, posypały się iskry i młodzi zniknęli w mroku dziejów.

– Rusz się, do cholery! – wrzasnęła Stachańska do taksiarza. – Pomóc trzeba!

Biedny taksiarz w stanie kompletnego szoku stał jak kukła.

– Daj mu, Zośka, spokój! – wydyszała Szeptucha.– Pomóc chcesz, to leć do dyżurki po Jaśka, wnuka swojego przyszywanego. Waldka, swojego szwagra, do pokoju każ odwieźć. A tu się nie mieszaj. Na razie trzymam kurwiego syna w szachu, ale nie wiem, czy sił mi stanie na długo.

– Jezu, rodzina mi się znalazła – przeżegnała się sąsiadka i wybiegła na korytarz. Taksiarz ocknął się nagle i pobiegł za nią.

Jaśka ukołysała właśnie bliźniaki i poszła do kuchni szykować wigilijne pierogi. Dzieciaki dawały jej mnóstwo szczęścia i jeszcze więcej zajęć, a święta miały to do siebie, że nadchodziły rotacyjnie bez pytania, czy są mile widziane. A robota, jak zwykle, sama się zrobić nie chciała.

– Mamo! – wrzasnął upiorny głos za plecami gniotącej ciasto Janiny.

Kobieta odwróciła się błyskawicznie od stolnicy i stanęła naprzeciwko swojej najstarszej córki Aurelii.

– Jezusie, aleś mnie, córuś, przestraszyła!

– Mamo! – Lela była bardzo poważna. Trzymała kurczowo za rękę Rajata i z napięciem wpatrywała się w Jasię. – Prababcia ma kłopoty. Dusioł…

– Dawno trzeba było pozwolić, żeby bliźniaki skończyły z ta gadziną – syknęła mściwie matka Aurelii, bezwiednie obnażając ostre siekacze.

– Teraz muszą z nim skończyć! – wtrącił nerwowym głosem Rajat.

– Mamo – dodała Lela. – Musisz nam pożyczyć bliźniaki! Bez tego prababcia i inni…

– A w życiu nie dam dzieciątek! – żachnęła się Jasia.

– Mamo! – jęknęła Aurelka. – A prababcia?

– Dobra, idę z wami. Pierogi poczekają. Ale jeśli myślicie, że narażę maleństwa na jakiekolwiek niebezpieczeństwo…

– Dobra, mamuś, to one narażą cały szpital na niebezpieczeństwo, więc im samym raczej zbyt wiele nie grozi. Przygotuj się, bo skoczymy wprost do szpitala i wylądujemy przy łóżku bardzo chorej dziewczyny. A na niej będą siedzieć prababcia i dusioł.

Jaśka o nic więcej nie pytała. Pobiegła do sąsiedniego pokoju, chwyciła bliźniaki na ręce i skinęła głową. Para nastolatków podeszła do niej i położyła jej dłonie na ramionach. Niemowlęta spały jak susły. Skoczyli z głośnym syknięciem.

Jaśko stał kompletnie zdezorientowany w progu sali, a wszystko to, co rozgrywało się przed jego oczami, kompletnie nie poddawało się racjonalnym opisom. Oleńka, bledziutka jak nigdy dotąd, leżała nieruchomo z otwartymi szeroko oczami. Tuż nad nią lewitowała Szeptucha, najwyraźniej generując jakieś połyskliwe pole ochronne, i starając się odepchnąć potężnego blondyna atakującego łóżko. Mężczyzna szamotał się chaotycznie, a spod jego skóry przebijały refleksy zielonych łusek. Całość była kompletnie surrealistyczna, ale niewątpliwe groźna. Profesor próbował podejść bliżej, ale jakaś bariera osadzała go ponownie w progu.

– Nic nie rób! – miauknął Mruczek, bohatersko skacząc na pomoc Szeptusze.

Powietrze zgęstniało. Z niespodziewanym hukiem przy łóżku Olesi zmaterializowali się Lela z Rajatem i Jaśka z bliźniętami.

– Dzieci! – wrzasnęła Jasia. – Bierzcie dusioła!

Nie sprecyzowała, które konkretnie dzieci z przywiedzionej czwórki mają się brać za prehistorycznego gada, więc atak, nieco chaotyczny, nosił znamiona pospolitego ruszenia. W jednej chwili pościel Oleńki zakotłowała się, tracąc szpitalną biel.

– Połóżcie go na podłodze! – zadysponowała prababka, podnosząc się ciężko z łóżka.

Dusioł rozkrzyżowany na linoleum łypał złowrogo i co chwilę zmieniał wygląd.

– Czas na was, dzieciątka – wyszeptała Jasia w stronę śmiercionośnych bliźniąt.

Krwiożercze niemowlaki tylko na to czekały. Posadzone na podłodze, poraczkowały w stronę potwora, i radośnie gaworząc, zaczęły mu metodycznie zrywać zielone łuski.

– Jezu – mruknął Rajat. – Jakby się klockami Lego bawiły.

– No dalej, dzieci! – zachęciła maluchy Jasia. – Nie ma czasu.

Prababka odetchnęła z ulgą i spojrzała na tkwiącego w stuporze lekarza.

– Jaśko – powiedziała łagodnie. – Idź no do Oleńki.

To podziałało. Chirurg ocknął się gwałtownie i przypadł do łóżka córki, mierząc jej puls i sprawdzając źrenice. Wyglądało na to, że nic jej się nie stało.

W tym czasie dusioł wrzasnął przeraźliwie i znieruchomiał. Gadzi kształt zaczął powoli znikać i po chwili na podłodze leżał przeraźliwie blady i zdecydowanie martwy chłopak odziany w skórzaną przepaskę. W pokoju zapadła kompletna cisza, przerywana pojedynczymi i raczej upiornymi, zważywszy na okoliczności, perlistymi wybuchami śmiechu niemowląt.

– Jaśko – cmoknęła z zadowoleniem Szeptucha. – Coś mi się zdaje, żeś serce dla Oleńki właśnie dostał.

– Żartujecie chyba? To jakiś potwór z dna piekła albo inne zło wcielone!

– To i lepiej, Jaśko. To i lepiej! – zachichotała upiornie stara.

– A dlaczego niby?

– Boć on tego serca nie używał nigdy, więc trafił ci się zamiennik w doskonałym stanie.

Śnieg sypał bezgłośnie, ale wyjątkowo obficie. Las wyglądał zjawiskowo. Mruczek z furią w oczach przedzierał się przez sosnowy zagajnik, zżymając się na białe paskudztwo. Przez chwilę pomyślał nawet bluźnierczo, że hordy krwiożerczych komarów byłyby bardziej znośne. Tuż za nim szła dziarsko Szeptucha, a obok niej Jaśko, ten lekarz z warszawskiego szpitala.

– Jak Oleńka? – zapytała babka z troską.

– Stan stabilny, przeszczep powinien się przyjąć. Trzymamy ją w śpiączce farmakologicznej.

– Jaśko, jak ojca, a nie jak lekarza cię wypytuję!

– Bledziutka, aż przezroczysta, ale widać w niej wolę walki. Jest z nią teraz mój ojciec i całe plemię Stachańskich, razem z tym taksówkarzem, co się do Zofii, no wiecie, wdowy po moim wuju, przymieszkał, więc dlatego wyrwałem się na kilka godzin, ale zaraz muszę wracać.

– Wiem, wiem. To już niedaleko – uspokoiła go.

– Ona taka młodziutka jeszcze…

– No właśnie, aż nie pasuje do takiego starego konia jak ty.

– Późno się dochowałem. Pięćdziesiątkę przeszło miałem, a żona  ponad czterdzieści. To pewnie przez to mała jest taka słaba. Byliśmy już za starzy na rodziców, zresztą natura zatriumfowała nad nauką. Żona przy porodzie zmarła i to moja wina.

– Nie pleć, synek, głupstw! – ofuknęła go Szeptucha. – Co komu los pisał, tego uniknąć się nie da, a ty za cienki w uszach jesteś, żeby o tym decydować.

Choiny rozstąpiły się nagle i prababka poczłapała w stronę brzozowego młodniaka. Ruin leśniczówki nie było widać spod śniegu, ale zjeżona kocia sierść była najlepszym dowodem, że trafili dobrze.

– Andzia! Wyłaź! – krzyknęła Szeptucha. – Gościa ci przyprowadziłam.

Młodniak zaszumiał tajemniczo i pierzchnął na boki. Na polanie została tylko niewielka choineczka, na której nagle wyrosły świeczki. Jaśko przetarł ze zdumienia oczy i stanął jak wryty.

– No idź, z matulą się przywitaj. Zawsze miała teatralne wejścia… Auć!

Na głowę Szeptuchy spadła okazała pecyna śniegu. Stara otrząsnęła się jak kot i potulnie zamilkła. Stała i obserwowała, jak Jaśko powoli podchodzi do drzewka, nagle lśniącego setką mrugających światełek. Mruczek otarł się o jaśkowe kolana i wskoczył mężczyźnie prosto w ramiona.

– Jesteś! Tyle lat minęło – zaszumiała Andzia.

– Mamo – szepnął Jaśko. – Pamiętam. Teraz pamiętam. Choinkę ubierałem. Jakaś kobieta dała mi malowane orzechy.

– To była twoja babka.

– I ciebie pamiętam. Śmiałaś się do mnie. Taka młoda…

– Szczęśliwy jesteś, synku, w tym życiu?

– Bardzo. Mam rodzinę, córkę… Waldek Stachański mnie adoptował.

Choinka nagle rozżarzyła się czerwonym światłem, ale Andzia najwyraźniej miała już dość tej zemsty, bo po chwili wszystko przygasło.

– To dobrze, synu. Widzę, że Waldek winy swoje odkupił. Jakiś ty przystojny! Jak twój ojciec całkiem.­

– Opowiesz mi o nim? – poprosił Jaśko i przysiadł na pniu.

– Dawno temu, jeszcze przed wojną to było…

– Kocie! – szepnęła prababka. – Ostań tu z nimi. Ja do doma idę. Nic tu po mnie.

Tymczasem Andzia jeszcze długo snuła wspomnienia jakby opowiadała bajkę swojemu dwuletniemu synkowi. A Jaśko siedział jak zaczarowany. Po policzkach ciekły mu łzy.

Przed chałupą czekała na Szeptuchę Lelka.

– I co? I co? – podskoczyła niecierpliwie.

– Wszystko się dobrze ułożyło. Andzia zachwycona, i coś mi się zdaje, że jej dusza w końcu spokoju nieco zazna – odparła prababka, gładząc dziewczynę po włosach.

– Prababciu, ja się boję trochę.

– Czegóż znów się boisz?

– Bo matka Rajata ma tu przyjechać na Wigilię… i ona jest taka…

– Jaka?

– No, inna niż my.

– Musi być inna, skoro w Indiach dalekich wychowana.

– Ale oni są tacy nadziani…

– Czym nadziani? – nie zrozumiała prababka.

– Oj prababciu, no! Bogaci są.

– A my to nie?

– No, oni pałace mają…

– A my ten dom po ojcach, i las, który się nas słucha.

– Złoto, samoloty, hotele najdroższe wynajmują…

– A my rodzinę mamy, emeryturę niczego sobie, a ty całkiem fajne kiecki.

– Z lumpeksu – wtrąciła z goryczą Lela.

– Dziecko! Nie w kosztownościach tkwi bogactwo, toż ci już mówiłam.

– Oj, prababciu… – przewróciła oczami Aurelia. – Życia nie znasz.

Szeptucha zachichotała z głębi prawie dziewięćdziesięcioletnich płuc i cmoknęła szesnastolatkę w czoło.

– Tak jak mówiłam – powiedziała z powagą w głosie, choć w jej oczach tańczyły diabelskie ogniki – nie w kosztownościach tkwi bogactwo, a w totalizatorze sportowym. Tak jakoś po tych dożynkach trafiłam niechcący do kolektury i sprawdziłam numery, a potem, jak się cofnęliśmy w czasie i pojechałaś do sklepu po psią karmę dla słonia, to…

– Prababciu! Jesteś genialna! – wrzasnęła Lelka i puściła się pędem do chałupy na poszukiwanie zwycięskiego kuponu.

– Ha! – mruknęła pod nosem Szeptucha. – Ale się zdziwisz, jak zobaczysz kumulację.

A potem podreptała jak gdyby nigdy nic do domu, barszcz z uszkami szykować. Jaśka miała przynieść pierogi, Lelka upiekła makowce, a Boguś, szeptuchowy wnuk, szykował swoje popisowe śledzie. Zapowiadały się bardzo ciekawe święta. A jak się rajatowej matuli w Kierzbudach nie spodoba, to droga wolna! Rajat i tak nie wyjedzie. Indie, choć piękne, to cierpią na deficyt dwóch dóbr podstawowych: Aurelii i żurku. O!

Salon wyglądał zjawiskowo. Ściana z monitorami, szczelnie otulona kotarą, ginęła za dorodną choinką ustrojoną zabawkami wyprodukowanymi przez kolejne pokolenia dzieci. Mruczek, powsinoga jeden, wrócił w końcu z lasu, zaraportował, że odprowadził Jaśka na PKS, a teraz leżał na piecu i przeciągał się leniwie. Długi stół nakryty białym obrusem dźwigał półmiski z niezliczonymi potrawami.

– Lela! – krzyknęła Szeptucha.

– Co?

– No wychodźże z tej łazienki, zaraz goście się zjadą!

– No już! Kiecki dopiąć nie mogę!

– No to chodź tu, to ci pomogę.

Aurelia wynurzyła się z łazienki i podtrzymując nad biustem sukienkę, podeszła do prababci. Wyglądała zjawiskowo. Sukienka może i z lumpeksu, ale wyśmienicie uwypuklała jej smukłą figurę.

– Mam coś dla ciebie! – mruknęła prababka. – Wprawdzie młodość zdobi cię najlepiej, ale jak już o tych kamieniach tak żeśmy gadały…

Szeptucha pogrzebała w kieszeni i wyciągnęła małe pudełeczko, a z niego łańcuszek z medalionem.

– Co to?

– Medalion mojej matki. Posrebrzany ledwie, ale cenniejszy niż wszystkie skarby.

– Dlaczego? – zaciekawiła się Aurelia.

– Szeptucha, jak znajdzie godną następczynię, to jej ten medalion przekazuje.

– Och! Prababciu! Dziękuję! – westchnęła Lela i rzuciła się starej na szyję. – Masz rację, to cenniejsze niż te głupie kamienie!

– No ja myślę! Kazałam w środek wprawić trzy dwukaratowe brylanty! – zarżała jak koń Szeptucha i wskazała prawnuczce drzwi. – Goście idą, otwórz. Dzisiaj ty jesteś panią domu.

A potem chałupa rozbrzmiała głosami, śmiechem i pieśniami intonowanymi przez upojonego czerwonym winem Bogusia, który nieco złym okiem łypał na córkę tulącą się do Rajata. Klan Hindusów nad wyraz gładko odnajdywał się w tej świątecznej polskiej tradycji. Starsze siostry Rajata umiały nawet odśpiewać kilka kolęd całkiem znośną polszczyzną.

– Dobrze ich tam nasz Józuś przećwiczył – szepnęła prababka do Jaśki, kołyszącej na kolanach bliźnięta.

– Ano, prawie jak nasi – zgodziła się zębna, która sama z Niemiec do wioski przyszła.

– Ech, żal, że mój Józek tego nie doczekał – westchnęła Szeptucha.

– Bo śnieg taki, to dlatego! – wciął się w rozmowę wypchany pierogami Rajat.

– Co tam, synek, prawisz?

– Nie zdążył, bo korki przez ten śnieg…

– Józek żyje? – wrzasnęła prababcia. – Czemuś nic nie gadał?

– A… bo nikt nie pytał – odparł rozbrajająco Rajat.

I naraz rozległo się łomotanie w drzwi. Szeptucha poderwała się na równe nogi i pobiegła do przedsionka. A tam stał Józek, otupując ze śniegu buty, i uśmiechał się od ucha do ucha.

KONIEC

Szeptucha 14

Szeptucha 14

Aurelia przysiadła na atłasowej narzucie łóżka i zdumiona powiodła wzrokiem po wnętrzu apartamentu. Sama sypialnia była chyba większa od całej chałupy prababki. Na stolikach stały zapalone świece, a podłogę wyściełał gruby, biały dywan. Z okna najwyżej położonego hotelowego apartamentu widać było całe ogromne miasto. Z mroku wyłaniały się miliony kolorowych światełek, które skojarzyły się dziewczynie z odkrytą kiedyś w lesie kolonią świetlików kręcących się w czarnym mchu. Lela zwiedziła cały apartament i postanowiła wejść do łazienki. Tam na wieszaku wisiała najpiękniejsza sukienka, jaką kiedykolwiek widziała. Zwiewna, biała koronka spięta w fantazyjne marszczenia. Tuż obok stały białe pantofelki dokładnie w jej rozmiarze. Lela przykucnęła i pogłaskała ich miękką skórkę. Właśnie zmierzała pod prysznic, gdy usłyszała dyskretne pukanie do drzwi. Owinęła się pospiesznie hotelowym szlafrokiem i pobiegła do salonu.

– Proszę wejść! – zezwoliła łaskawie.

Do pokoju wszedł Hindus w turbanie, i gnąc się w ukłonach, wręczył jej niewielką kopertę, po czym zniknął bezszelestnie.

Śri Rajat Abhijay Jóźwa ma zaszczyt zaprosić pannę Aurelię na uroczystą kolację do hotelowej restauracji na godzinę 20.00 i będzie wdzięczny za przybycie.

Lelka podskoczyła i pisnęła z radości. Szybko się umyła i przebrała w prześliczną sukienkę. Założyła delikatne pantofelki i wybiegła z pokoju prosto do windy. Tu stanęła, nieco zdezorientowana, nie wiedząc, dokąd się udać, ale usłużny boy hotelowy (O kurczę! Tu jest nawet boy!) odprowadził ją do samych drzwi restauracji i otworzył je przed nią. W progu stał kelner, który ukłonił się dziewczynie z pełną powagą i gestem zaprosił w głąb sali. Lela oglądała się na wszystkie strony, ale jedynym, co była w stanie dojrzeć, były setki zapalonych świec porozstawianych na pustych stolikach. Jej nowe pantofelki stukały po marmurowej posadzce, gdy posłusznie podążała za kelnerem przez kolejne sale restauracyjne. I wreszcie na samym końcu wypatrzyła skąpany w blasku świec stolik z nakryciami dla dwóch osób. Przy krześle stał ubrany w smoking Rajat i uśmiechał się do Leli ciepło. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i dygnęła jak pensjonarka.

Rajat podszedł do niej i skłonił się nisko.

– Zechcesz zjeść ze mną kolację? – zapytał.

– Z przyjemnością – odparła i pozwoliła się poprowadzić do stolika. Nieopodal grał kwartet smyczkowy.

– Rajat? – zapytała, gdy już zajęli miejsca przy stoliku.

– Słucham?

– Po co to wszystko? – uśmiechnęła się Lela.

– Dla mojej księżniczki wszystko co najlepsze! Poczekaj, aż spróbujesz niespodzianki.

– Nie mogę się doczekać wobec tego.

Dwóch kelnerów podeszło do stolika i równocześnie postawili przed nimi dania nakryte srebrnymi pokrywami. Podnieśli je w tej samej chwili i ukłonili się, po czym zniknęli jak dym.

– To jest … – powąchała Lela.

– Żurek, oczywiście – odparł pogodnie Rajat. – Żebyś mi więcej nie mówiła, że się prababce nie dokładam!

Lela spojrzała w twarz Hindusa i przez chwilę analizował jego uśmiech. Nie znalazła ani grama fałszu i złośliwości. Rajat był dokładnie taki, jaki był, a do Leli właśnie dotarło, że akceptuje jego wszystkie dziwactwa i nawet chyba je kocha.

– Wiesz co? – odparła krztusząc się śmiechu.

– No?

– To jest najlepszy żurek, jaki jadłam w życiu!

Rajat uśmiechnął się do niej promiennie i ochoczo chwycił za srebrną łyżkę. Już po chwili jego entuzjastyczne siorbanie zagłuszyło rzewną melodię kwartetu smyczkowego.

Jaśko uchylił drzwi do oddziału geriatrii i przytrzymał je szarmancko przed Szeptuchą. Przez chwilę szli ramię w ramię korytarzem, mijając kolejne sale. Przed drzwiami oznaczonymi numerem siedem lekarz zatrzymał się nagle i zapukał dwukrotnie.

– Wejść – rozległo się żołnierskie polecenie.

Jaśko otworzył drzwi i zachęcił babkę gestem do wejścia. Tam jej oczom ukazało się pojedyncze łóżko izolatki, a w nim podparty poduszkami siwiuteńki starzec z rurką w nosie.

– Waldek? – Przeżegnała się ze zgrozą babka.

– A ktoś ty?

– Olesia z Kierzbudów.

– A skąd…. – spanikowany Waldek poszukał odpowiedzi w oczach adoptowanego syna.

– Spokojnie, tato! Szeptucha przybyła tu w dobrych zamiarach – wyjaśnił łagodnie Jaśko.

– Szeptucha? Na ciebie po matuli dar przeszedł? – zainteresował się starzec.

– Tak wyszło – odparła krótko

– A jakżeś mnie tu znalazła? – zdziwił się Waldek.

– Nie ciebie, Waldek, szukałam, ino Jaśka.

– A po co?

– Andzi obiecałam – wyjaśniła spokojnie Szeptucha.

Waldek szarpnął się, jakby chciał dać susa w stronę drzwi, ale powtykane tu i ówdzie rurki z góry skazały tę próbę na niepowodzenie.

– Nie bój się – parsknęła złośliwe stara. – W tej materii nic się nie zmieniło. Andzia nadal jest martwa, jako i jej ojce, i brat twojej żony, Michał także.

– Skąd wiesz, że się z jego siostrą ożeniłem? – wyszeptał pobielałymi wargami Waldek.

– Wiem – ucięła babka. – Ale ja nie po to tu jestem, żeby o waszych rodzinnych rzeczach rozprawiać. Po Jaśka ino przyjechałam. Tam Andzia na wypełnienie przysięgi czeka. I nawet nie oponuj, Stachański! Bo to przez ciebie cały ten ambaras. Tyś se nogę ze wsi dał, a tam wnuki twojego brata do dziś piętno zdrajców noszą.

– Przepraszam – spróbował wciąć się w dialog starców niewiele od nich młodszy lekarz. – Czy ja tu nic nie mam do powiedzenia?

–Nie! – krzyknęli chórem babka i Waldek.

Jaśko przysiadł więc na zydlu, i masując skronie przez kolejne minuty, wysłuchiwał wzajemnych oskarżeń, jakimi przerzucała się energicznie para staruszków. Co ciekawe, jego ciężko choremu ojcu spotkanie z Szeptuchą najwyraźniej zrobiło nieźle. Siedział zarumieniony, prawie nie kasłał i gorączkowo gestykulował. Po pewnym czasie zacietrzewiona dwójka dotarła do późnych lat osiemdziesiątych i najwyraźniej opadła z sił. I na taką sposobność czekał Jaśko.

– Pojadę! – oznajmił stanowczo.

– Tak! – uradowało się babka.

– Nie! – zaprotestował Waldek.

A Jaśko westchnął i słuchając, jak awantura rozkręca się na nowo, wstał po cichu i poszedł na obchód.

Biały autokar marki Mercedes stał sobie spokojnie na hotelowym parkingu. Kierowca, wiedząc, że do jutra nie będzie już potrzebny, udał się do swojego pokoju wynajętego dla niego w hotelu przez panicza Rajata, od którego otrzymał jednoznaczne wytyczne. Jutro po śniadaniu będą jeździć po okolicy i szukać zaginionej prababci. Kierowca nie wnikał, jak ta dziwna dwójka dzieciaków zamierza znaleźć igłę w stogu siana, i już zacierał ręce na kilometrówkę, jaką uda mu się wypracować dla firmy. Może premia jakaś będzie? Rozmarzył się, kładąc się z ulgą do łóżka. Właśnie odpływał w przepiękny sen o długiej i prostej jak w mordę strzelił autostradzie, gdy zza okna napłynął niepokojący dźwięk autoalarmu.

– Ki diabeł? – wrzasnął szofer i poderwał się na równe nogi.

Przelotne spojrzenie w okno upewniło go w podejrzeniu, że ktoś próbuje się dobrać do jego autobusu, i najwyraźniej ten ktoś był na tyle zdecydowany na obrobienie bryki, że nie przeszkadzał mu monitoring hotelowego parkingu. Kierowca zarzucił na siebie szlafrok i w kapciach pobiegł do windy. Przez moment dźgał nerwowo przycisk przywołujący kabinę, by po chwili machnąć na nią ręką i pogalopować z rozwianymi połami szlafroka w stronę klatki schodowej. Wypadł na parking, wzbudzając niemałe zdziwienie odźwiernego w liberii, i pognał w stronę pojazdu.

A ten zachowywał się jak opętany. Migał wszystkimi światłami, darł się przeraźliwymi dźwiękami autoalarmu i do tego kołysał się na boki. Co jak co, ale takiej opcji płoszenia niechcianych gości to kierowca jeszcze w życiu nie widział. A już dzikich odgłosów, dochodzących z wnętrza, tym bardziej. Skradając się na palcach, okrążył autobus i odkrył źródło hałasu. Z wnętrza prawego przedniego luku bagażowego ktoś srodze złorzeczył, ale solidna blacha skutecznie tłumiła szczegóły. Kierowca podszedł bliżej i otworzył klapę, odskakując na bezpieczną odległość. Ku jego zdumieniu ze środka wyskoczyła starowinka otulona waciakiem i zmierzyła go wściekłym spojrzeniem.

– Nie zamyka się na klucz pasażerów! – wrzasnęła.

– Ale ja nie wiedziałem – zająknął się z wrażenia kierowca. – Bo pani na gapę…

– Cóż z tego? Prawa godnego poszanowania się przynależą każdemu! – obwieściła baba i puściła się biegiem w stronę bramy wyjazdowej.

Kierowca podrapał się w głowę i wzruszył ramionami. Stwierdził, że incydent nie ma znaczenia, i naprędce umówił się sam ze sobą, że nie będzie go raportował. Zamknął starannie bagażnik i odwrócił się na pięcie z zamiarem udania się na zasłużony odpoczynek. Zdołał wykonać kilka kroków, gdy zza pleców dobiegł go najgorszy z możliwych dla kierowcy dźwięk jękliwego darcia delikatnej karoserii ostrym przedmiotem.

– Co jest, kurwa… – zdołał powiedzieć, i była to ostatnia filozoficzna sentencja, jaką dane mu było wygłosić w życiu doczesnym.

Blacha tylnego luku wypadła z łoskotem na asfalt, a z mrocznej czeluści śmignął w jego stronę zielony stwór podobny do jaszczura i przydusił kierowcę do ziemi. Wąchał zdobycz i nawet polizał ją po karku.

– Nie lubię szoferów – mruknął. – Benzyną jadą.

Po czym dość ostrożnie rozprawił się z zawartością, a potem wpełzł w skórę jasnowłosego kierowcy. Namacał w kieszeni szlafroka kluczyk z numerem pokoju i spokojnie udał się do wnętrza hotelu.

Aurelia przeciągnęła się jak kotka i z uśmiechem powitała nowy dzień. Baldachim błyskał do niej filuternie bielą zasłonek, a zza szyb mrugało zimowe słońce. Podeszła do okna i ujrzała ciężkie chmury śniegowe kłębiące się zaledwie kilka pięter niżej, ale chwilowo postanowiła nie zaprzątać sobie tym głowy. Wieczór był cudowny. Rajat odprowadził ją do drzwi apartamentu i ukłoniwszy się głęboko, życzył dobrych snów. Myślałby kto! U prababki spali obok siebie na polówkach i Hindus nigdy nie był tak szarmancki. No, ale tutaj widocznie inne prawa obowiązywały. Lela wbiegła lekko do łazienki i usiadła zamaszyście na sedesie. Każdy, kto nadużył żurku, wie w czym rzecz. Nie każdy jednak, oddając się porannej posiadówce na kibelku, napotyka wzrokiem orszak śniadych dziewcząt szykujących kąpiel w pianie w akwenie równym połowie basenu u babki w piwnicy, na pożytek hotelu zwanego wanną.

– Czego tu? – wrzasnęła niezbyt uprzejmie Lela, pospiesznie umykając z sedesu.

– Szlachetna Aurelio, zapraszamy twoje znużone członki do relaksującej kąpieli – wyjaśniła jedna z dziewcząt, kłaniając się nisko.

– Matko! – jęknęła Lela, marząc o chwili samotności.

– Prosimy! – zajęczał chór śniadych dziewcząt, a Aurelia poddała się z rezygnacją.

Po chwili odarto ją z ubrań i powleczono do kąpieli. Dwie dziewczyny zajęły się namydlaniem jej pleców, a reszta zbiła się w gromadkę i szeptała sobie coś do uszu. Między nimi widać było nieco starszą dziewczynę o linii bogini, która najwyraźniej kierowała całym babińcem.

– Przepraszam! – próbowała się wtrącić Lela, krztusząc się pianą, ale na żadnej z bab nie zrobiło to wrażenia.

Żadna z nich nawet nie odwróciła wzroku, za to kilka zaczęło bić ukłony przed tą najstarszą.

– Halo! – wrzasnęła Lelka. – Ktoś mnie to słucha?

Najstarsza z kobiet zwróciła oblicze ku dziewczynie, majestatycznie zadzierając podbródek.

– Słuchamy cię! – ogłosiła.

– No, to może w końcu faktycznie posłuchajcie! – rozsierdziła się Aurelia. – To jest moja łazienka, w której miałam zamiar zrobić kupę, ale nie! Wchodzę do prywatnej łazienki, a tu tłum kobiet czegoś ode mnie chce, i właśnie proszę o wyjaśnienie, o co chodzi?

– Bo narzeczona Śri… – zaczęła bąkać pod nosem jedna ze zgromadzonych.

– Milcz! – zmyła jej łeb najstarsza z dziewcząt.

– A dlaczego ma milczeć? – zapytała Lela.

– Jest poślednią córką, to i odzywać jej się nie wypada. A jak pytania masz, to do mnie je, synowo, kieruj.

– Pani jest mamą Rajata? – zdumiała się Lelka.

– Jam ci! – potwierdziła kobieta.

– A jak siostra pani wygląda!

– Dziękuję! – odparła z godnością Hinduska.

– Niech pani posłucha – podjęła stanowczo Aurelia. – Ja nie wiem, jakie tam u was zwyczaje panują, ale u nas, jeśli się nastolatek zakocha w dziewczynie, to nikt im nie organizuje kąpieli integracyjnych. Bo to nie jest nikomu potrzebne.

– Nie? – zdziwiła się teściowa in spe, która śmiało mogłaby konkurować urodą z większością dziewczyn z klasy Lelki.

– No właśnie nie – potwierdziła nastolatka. – I dlatego prosiłabym, żebyście sobie stąd poszły.

– Nie możemy! – pisnęła kolejna z poślednich córek.

– A to dlaczego?

– Tradycja! – wysyczała rodzicielka Rajata i gestem nakazała dziewczynom podjęcie dalszych zabiegów upiększających.

Aurelia miała tego serdecznie dość. Najpierw wywołała małe tsunami w wannie, potem pozwoliła rybikom, srebrnym robaczkom łazienkowym, na inwazję fryzur nieproszonych gości, na koniec skręciła niezwykłe tornado z poduszek w sypialni. Później usiadła na łóżku i przez dobre kilka minut klęła. A potem przyszedł Rajat z ogłupiałą miną. Nie nawiązywał do ponadnaturalnych zjawisk, które wygnały jego matkę i siostry z apartamentów dziewczyny.

– Autokar się zepsuł, ale kierowca wynajął samochód. Czas ruszać na poszukiwanie prababki – oznajmił i pogłaskał Lelkę po czerwonym ze złości policzku.

Zośka Stachańska otuliła się szczelnie waciakiem i przekradła się w stronę postoju taksówek, nie spuszczając z oczu z dwójki gówniarzy wsiadających do białego mercedesa. Kierowca ukłonił im się z szacunkiem i zatrzasnął drzwi samochodu.

– Tuś mi, bratku! – szepnęła do siebie stara sąsiadka. – Kierowcę żeś zeżarł i dzieciaków ci się tera zachciało. A Szeptuchy nie ma, jak potrzebna – nie odmówiła sobie drobnej złośliwości baba.

Mercedes właśnie toczył się wolno w stronę Alej Jerozolimskich. Stachańska dopadła do taksówki i szarpnęła tylne drzwi.

– Za tym mercedesem! – wrzasnęła z mocą, licząc na filmowy pisk opon.

Taryfiarza w środku nie było. Siedzenie kierowcy okazało się kompletnie puste, więc babka wyskoczyła ze środka jak oparzona i podbiegła do drugiego w rzędzie samochodu. Powtórzyła manewr z gwałtownym wsiadaniem.

– Za białym mercedesem! – zadysponowała ponownie.

– A to do kolegi z przodu musi się szanowna pani przesiąść – zauważył flegmatycznie taksiarz. – U nas tak po koleżeńsku solidarność zawodowa, i jak kto pierwszy w kolejce, to mu się reszta koleżeństwa do interesu nie miesza.

– Ale tam nie ma kierowcy, a mi spieszno! – wydarła się Stachańska.

– Kolega na chwilkę tylko poleciał na Centralny, zaraz pewnie będzie – wyjaśnił pogodnie taksiarz i wrócił do czytania gazety.

Stachańska zaklęła szpetnie i wysiadła. Stanęła przy pierwszej taksówce, potupując nerwowo, i obserwowała mercedesa. Ustawił się właśnie przy skrzyżowaniu i najwyraźniej zamierzał skręcić w lewo. Chwilowo powstrzymywało go czerwone światło. Okrążając maskę, do taksówki podszedł facet, trzymając w każdej z dłoni po dwa hot-dogi.

– Panie! – Nie wytrzymała nerwowo Stachańska. – Ile można czekać, do cholery?

– A co się szanowna pani tak nerwuje? Spieszy się gdzieś?

– Właśnie spieszy, żebyś pan wiedział! – warknęło babsko i wskazało sękatym paluchem na mercedesa. – Za tym autem jedziemy, bystro!

Kierowca przełknął kęs buły z parówą i popatrzył na Stachańską, jakby ufoludka zobaczył.

– Filmów amerykańskich się naoglądała? – Parsknął śmiechem. – I myśli, że ja tu paliwo nieekonomicznie będę palił i sprzęgło zarzynał szybką jazdą?

– Dobrze zapłacę – wycedziła stara, wyciągając zza pazuchy złotą pięciorublówkę.

– Pani wsiada! – wrzasnął taksiarz, wtykając babie w ręce pozostałe trzy hot-dogi. – I pasy niech dobrze zapnie!

Mercedes tymczasem doczekał się zielonego światła i skręcił w Chałubińskiego. Taryfiarz wcisnął gaz i z hollywoodzkim piskiem opon wpasował się w zatłoczoną arterię Jerozolimskich. Zanim dojechał do skrzyżowania, cholerne światło zmieniło się ponownie.

– Jedź pan, do cholery! – wymamrotała stara, przeżuwając bułkę z parówką.

– Czerwone jest! – zaprotestował kierowca.

– Mam więcej złotych świnek, jedź pan, do cholery!

Taksówkarz dodał gazu i przeskoczył wąskim przesmykiem pomiędzy dwoma jadącymi na niego czołowo tramwajami. Przyhamował, zredukował bieg i ciągnąc za sobą smugę dymu z palonych opon ruszył w pościg za białym mercedesem.

– Kochanek pani ucieka? – odważył się zażartować.

– Milcz pan i drogi pilnuj, to sprawa pozaziemska i przekracza pańskie rozumowanie!

Taksówkarz na wszelki wypadek nie podjął tematu i skupił się na śledzeniu białego samochodu.

Jaśko siedział w sali oczekującej na przeszczep Oleńki i bez słowa wpatrywał się w jej pogrążoną we śnie twarz. Nagle o jego nogi otarł się kot Szeptuchy. Lekarz odruchowo pogłaskał wygięty grzbiet, a zwierzak natychmiast wskoczył mu na kolana i przycisnął łebek do klatki piersiowej.

– Żebyś umiał mówić… – westchnął ciężko lekarz.

– Umiem – odparł Mruczek.

Jaśko wzdrygnął się i wpił zdumione spojrzenie w bursztynowe oczyska.

– Zamknij oczy i połóż na mnie dłonie – polecił kot.

Mężczyzna bez zbędnych dyskusji wykonał polecenie. I zobaczył.

Oleńka biegła po łące i trącała rękoma mijane dmuchawce. Nie dyszała, nie spowijały jej żadne rurki. Po prostu biegła przed siebie. W stan euforii wprowadzał ją pęd powietrza i równy oddech.

– O tym śni? – wyszeptał lekarz.

– Tak, w tej chwili – odpowiedział poważnie kot.

– Dziękuję, kocie. Jak się nazywasz?

– Mruczek.

– Dzięki tobie zobaczyłem kawałek innego świata Oleńki. Innego niż to szpitalne łóżko, które jest właściwie jej jedynym znajomym miejscem.

– A jednak dokładnie wie, jak wygląda łąka.

– Tak, dużo czyta, myślę, że to dlatego – uśmiechnął się Jaśko.

Przez dłuższą chwilę mężczyzna i kot siedzieli bez ruchu, wpatrując się w śpiącą nastolatkę. Szpitalną salę spowijała nocna cisza. Wytłumione odgłosy miasta kompletnie nie pasowały do tego, co działo się wewnątrz szpitala. Tutaj koleje losu wyznaczały dźwięk respiratora, skrzypienie metalowych łóżek i salowa roznosząca posiłki tym, którzy posiedli luksus przyjmowania pokarmów.

– Nie powiedziałeś, że Oleńka to córa twoja rodzona! – wypaliła oskarżycielsko Szeptucha, stając w progu sali z upchniętym w wózku inwalidzkim Waldkiem.

– A to coś zmienia w twojej kuracji? – zapytał złośliwie Jaśko.

– Głupiś!– żachnęła się stara. – W mojej nic, ale są pewne siły, które tylko na krewniacze powiązania reagują, trzeba jednak wiedzieć, skąd człowiek pochodzi, zanim się pomocy prosi.

– Słuchaj jej, synu – odparł zmęczonym głosem Waldek. – Wie, co gada.

– I ciebie, tato, przekabaciła? – zezłościł się lekarz.

– Aj tam, przekabaciła. Wystarczyło, że przywiozła do wnuczki. Ty nie chciałeś, żeby nie martwić mnie jej stanem, a ją moim – zniecierpliwił się Waldek. – Teraz ja tu będę siedział i wnusi książki czytał. A tobie wara!

Kot wspiął się na ramiona profesora chirurgii i polizał go szorstkim językiem po nosie.

– Nie kłóć się! – szepnął. – Starzy są, ale wiedzą, co robią.

Jaśko pogłaskał Mruczka, postawił go na kołdrze Oleńki i bez słowa przejął wózek z ojcem od Szeptuchy. Ustawił go przy wezgłowiu dziewczynki i poklepał Waldka po ramieniu. A potem łypnął na starą wzrokiem, który zdecydowanie nie zapowiadał niczego dobrego.

– Chyba pogadać musimy – wycedził.

– Możemy – zgodziła się pogodnie babka. – Kawy bym się napiła.

– To zapraszam do dyżurki – odparł sztywno lekarz i wskazał babce drzwi na korytarz.

Szeptucha przedefilowała z godnością przez średniowieczne linoleum i weszła do zapuszczonej dyżurki pielęgniarek. Jaśko trzasnął drzwiami, i starając się nie okazywać irytacji, szarmancko wskazał babce krzesło.

– Co się, synuś, tak nerwujesz? – zapytała stara.

– Nie denerwuję się, tylko się zastanawiam, po coście Waldka, ojca mojego, znaczy się, z pokoju wywieźli?

– Bo rodzina, chłopcze, to podstawa – obwieściła Szeptucha.

W pokoju zapanowała niczym niezmącona cisza, w którą po chwili wbiła się upierdliwa melodyjka przedpotopowego telefonu komórkowego. Lekarz nie zareagował.

– Wpadasz tu, wywracasz wszystko do góry nogami… – wysyczał po chwili.

– Naprawiam! – zripostowała z godnością Szeptucha.

Telefon wciąż dzwonił uparcie.

– Odbierzesz w końcu? – nie wytrzymał Jaśko.

– Ale co? – zdziwiła się stara.

– Telefon. Dzwoni, wiesz?

– Ja mam telefon?

– Najwyraźniej – westchnął profesor chirurgii.

Szeptucha pogrzebała w kieszeni i po chwili wydobyła na światło dzienne brzęczącą nokię.

– Zielony czy czerwony? – zapytała podenerwowanym głosem.

– Zielony!

– Halo? – Babka przycisnęła stosowny guzik i przytknęła słuchawkę do ucha.

Jaśko podniósł się w tym czasie z fotela i podjął nerwową wędrówkę po dyżurce.

– Halo? – wrzasnęła babka. – Rajat? A po co tu dzwonisz? Ja krzyczę? No krzyczę, żebyś mnie usłyszał wyraźnie. Ja? W szpitalu na Wołoskiej jestem, a co? Jedziesz tu? A trafisz? Lela tam jest? Dobra, to czekam. Ostrożnie jedźcie!

– O co chodzi? – zaszemrał łagodnie Jaśko.

– Moja wnuczka tu jedzie. Moc ma – przekazała szczątkowe wiadomości Szeptucha i gwałtownie poderwała się z krzesła, rzucając przedpotopowy telefon na biurko. – Muszę iść otumanić tę nieznośną smarkulę z recepcji, bo mi wnusi wpuścić nie będzie chciała.

– Mówicie o pani Jadwidze? – upewnił się Jaśko, otwierając oczy ze zdumienia. Jak świat światem nikt o sześćdziesięcioletniej pracownicy recepcji szpitalnej nie powiedział, że jest smarkulą. No ale pewnie punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, pomyślał z rozbawieniem. – Poczekajcie, no przecież nikogo otumaniać nie musicie. Ja zadzwonię do recepcji i wszystko załatwię – wyjaśnił Szeptusze.

– A… no skoro tak, to ja wracam do Oleńki i zobaczę przy okazji, co u tego nieznośnego Waldka słychać – odparła babka i z godnością opuściła dyżurkę.

– Boże! – westchnął Jaśko masując skronie. – Co to za cyrk?

– Rajat! Jesteś genialny! – Lela nabożnie złożyła dłonie. – Skąd pomysł, że prababcia odbierze telefon? Nawet go nie nosi.

– Zaraz tam genialny. – Chłopak pokraśniał z radości. – Ot, zwyczajnie, jak się z nami żegnała przed wyjazdem, to jej po cichu wsunąłem komórkę do kieszeni spódnicy.

Mercedes mknął w stronę szpitala MSW, a kierowca zgrabnie wymijał inne pojazdy.

– Panie kierowco? – zagaiła uprzejmie Aurelia. – Kiedy dojedziemy na miejsce?

– Będziemy za kilka minut. Wreszcie! – wysyczał dusioł, ledwie panując nad podnieceniem.

Lelka spojrzała na Rajata i przewróciła oczami. Warszawscy kierowcy byli najwyraźniej mocno zestresowani w związku z trudnymi warunkami pracy.

– No to dobrze, dziękujemy szanowny panie – skłonił się z szacunkiem chłopak.

W aucie zapadła cisza przerywana okazjonalnymi syknięciami szofera. Za oknami mercedesa błyskał szary krajobraz stolicy. Para nastolatków, trzymając się tak na wszelki wypadek za ręce, nie próbowała więcej zagadywać nadpobudliwego kierowcę.

– Nie zgub ich pan! – pouczyła taksiarza Stachańska.

– Bez obaw! – wczuł się w pościg taryfiarz. – Znam Mokotów jak własną kawalerkie.

Biały mercedes wyhamował gwałtownie przed szpitalem klinicznym na Wołoskiej i zaparkował w niewielkiej zatoczce autobusowej.

– Co jest? – zdziwiła się Stachańska.

– A skąd ja mam wiedzieć? – wzruszył ramionami taksówkarz.

– Patrz pan! – emocjonowała się stara sąsiadka. – Poleźli do środka, a kierowca za nimi.

– Może kto im tam zachorował?

– Nie! – wrzasnęła z mocą Stachańska. – Szeptuchy nie chorują. Chodź pan, za świadka zbrodni będziesz, bo tu jakieś wielkie bezeceństwo się szykuje!

– Pani! – zaśmiał się taksiarz. – A bo to ja mam czas łazić? Za kursy, a nie za łażenie mi płacą.

– Zapłacę lepiej niż za kurs. Chodź pan! W złotych rublach zapłacę!

Stachańska wysunęła się z taryfy, i kryjąc się za jałowcami, pokłusowała rączo w stronę szpitala.

Szeptucha 13

Szeptucha 13

– Jeszcze tylko kilka schodków – wysapała babka.

– Miau!

– Łatwo ci, kocie, powiedzieć! Nie ty mnie po schodach dźwigasz!

– Miau!

– Toć mówiłam, że jak czas stoi, to i elektronika wszelka zamiera. Gadaj se zdrów, a winda i tak nie pojedzie – zirytowała się Szeptucha. – Z kosza, leniu, wyłaź, i po schodach na łapach idź!

Kot prychnął ze złością, ale usłuchał. Zaczął wbiegać z gracją po kolejnych stopniach. Szeptucha spoglądała zazdrośnie na zwierzaka i sapiąc parła w górę.

Korytarz drugiego piętra sprawiał wrażenie przytuliska dla trędowatych w prowincjonalnej kambodżańskiej wiosce z lat pięćdziesiątych minionego stulecia. Na odrapanych, przedpotopowych łóżkach zastygli odarci z prywatności pacjenci. Środkiem migały filuternie przybrudzone płytki PCV, pamiętające zapewne pierwszą pielgrzymkę Jana Pawła II. Szeptucha sentymentalna nie była, a omijanie kolejnych łóżek wprowadziło ją wyłącznie w stan irytacji.

– Kocie! – zadysponowała. – Szukaj Jaśka.

Mruczek przystanął i spojrzał z wyrzutem na babkę. Jaśka nie znał i wywąchać zguby nie miał jak.

– Mruczek, to ten sam, co z wizji na Zrębinach. Andzię wspomnij.

Kot wzdrygnął się na wspomnienie lasu i zrębinowych duchów. Powęszył chwilę i z nagromadzenia złych zapachów wyłowił trop chłopca, który uniknął rzezi w leśniczówce. Po chwili ruszył w stronę białych drzwi. Zatrzymał się pod nimi i usiadł, zamiatając ogonem linoleum. Babka chwyciła za klamkę i weszła do środka. W sali szpitalnej stały trzy łóżka. Pewnie byłoby ich więcej, ale pomieszczenie, niewiele większe od schowka na miotły, mogłoby nie pomieścić kolejnych. W ustawionym pod oknem leżała dziewczyna, a obok niej na metalowym, szpitalnym taborecie siedział siwy i bardzo szczupły mężczyzna w kitlu lekarskim.

– To on! – zatarła z radości ręce babka. – No patrz, kocie, jakżeśmy to wszystko zgrabnie połączyli!

– Miau! – ostrzegł kocur, wskakując ponownie do kosza.

– Tak, wiem, zaklęcie się zaraz wyczerpie.

I rzeczywiście, przebywające w pokoju osoby jakby zaczęły się wybudzać z głębokiego snu. Atmosfera, wcześniej gęsta niczym smoła, rozrzedzała się z każdą chwilą. Siedzący na taborecie lekarz powiódł po intruzach obojętnym, niewidzącym spojrzeniem, by zaraz cofnąć wzrok i odnotować niespodziewaną materializację jakiejś staruszki z kotem wyglądającym z wiklinowego kosza.

– Kim pani jest? – zapytał zdumiony. – To nie jest pora odwiedzin, a na teren szpitala nie można wprowadzać żadnych zwierząt!

– Jaśko? – bardziej stwierdziła niż zapytała Szeptucha.

– Kim pani jest? – ponowił lekarz, podnosząc się gwałtownie ze stołka.

– Cichaj, synuś – cmoknęła stara z dezaprobatą. – Prawie rodzina jestem, boć twój tatulo za mną bardziej w szkole niż za twoją matką ganiał, no ale wyszło, jak wyszło.

– Szanowna pani, ja jednak nalegam, żeby pani opuściła salę i nie zakłócała spokoju pacjentek – odparł stanowczym głosem lekarz.

– Jaśko, ja tu niczyjego spokoju zakłócać nie zamierzam. A co temu dziewczątku dolega?

– Tajemnica lekarska!

– Oj tam, zaraz tajemnica – zirytowała się Szeptucha. – Jak co komu za skórę wlezie, to krygować się nie ma czasu.

Lekarz westchnął ze zrezygnowaniem, i ponieważ miał głęboką świadomość faktu, że nie znajduje się w amerykańskim serialu, tylko w polskim szpitalu, a ochrona obiektu w tym drugim przypadku składała się wyłącznie z pana Miecia, więc na wszelki wypadek postanowił nie stawiać sprawy na ostrzu noża i współpracować z wariatką.

– Oleńka czeka na przeszczep serca – wyjaśnił. – Hospitalizowana przez większość swojego szesnastoletniego życia.

– Prawnuczkę w tym wieku mam. Aurelka się zowie – zafrasowała się babka, nie zdradzając bliższych związków z imieniem tej małej.

– Dziecko jeszcze, a wycierpiała tyle, że niejeden stary by nie podołał. – Lekarz wbrew sobie poczuł sympatię do starej wariatki.

– Jaśko – powiedziała miękko Szeptucha. – Ja podług twojej matuli do ciebie przyjechałam. Bom jej obiecała, że cię znajdę, ale to poczekać może. Obaczę pierwej, czy Oleńce pomóc mogę.

– Jak to matuli? O czym pani mówi? – zdenerwował się lekarz. – Moja matka od lat na Powązkach…

– Nie adopcyjna, chłopcze, ino prawdziwa.

– Skąd pani wie?

– Wiem Jaśko, po prostu wiem. Posuń się i chorą daj obejrzeć.

Działając pod wpływem szoku i delikatnego zaklęcia oszołamiającego, siwy profesor odszedł kilka kroków od łóżka, ustępując miejsca dziwacznej staruszce. Ta podeszła do obojętnej na wydarzenia i bledziutkiej Oleńki, i zaczęła wodzić dłońmi nad jej klatką piersiową.

– Słabiutko bije – stwierdziła babka.

– I z dnia na dzień gorzej – westchnął lekarz.

– Wzmocnić ją można trochę. Zaszeptam chorobę, ale bez przeszczepu się nie obejdzie – potwierdziła lekarską diagnozę stara.

– Szeptucha? – zdziwił się profesor.

– No przecie.

– W Warszawie?

– Toż przecie mówię, żem do ciebie z daleka przyjechała.

– Powiedzcie, możecie jej pomóc?

– Oleńce? A mogę wzmocnić, jak mówiłam.

– To odprawiajcie swoje modły, jej każda pomoc wskazana. Ja idę do dyżurki. Muszę się napić kawy. – Tu profesor skinął głową i wyszedł z sali, po drodze przykładając dłoń do czoła uśpionej pacjentki z łóżka pod drugą ścianą.

– Kocie! – mruknęła półgębkiem babka. – Idź za nim. Ja tutaj chwilę z tym dzieckiem posiedzę.

Lelka wyglądała świeżo i uroczo w czerwonym swetrze i błękitnych dżinsach. Mokre pasma włosów skręcały się w kędziory. Rajat usiadł na wersalce i westchnął z zachwytem.

– Musimy pogadać! – ogłosiła uroczyście Aurelia.

– A o czym?

– O wszystkim – wyjaśniła rzeczowo dziewczyna.

Rajat, złapany w pułapkę lelczynych oczu, nie śmiał się odezwać. Zegar z kukułką wybił beznamiętnie piątą po południu. Jak okiem sięgnąć, za oknem rozciągała się rozproszona bielą śniegu zimowa noc.

– Jak to jest…? – Aurelia westchnęła głęboko i zamilkła.

– No? – zachęcił ją chłopak.

– No więc, jak to jest, że mi mówisz o podróżach, hotelach i wielkim świecie, a tu przyjeżdżasz z prababką biedę klepać?

– Biedę? – podrapał się po brodzie chłopak.

– Sam widzisz, ile prababcia Olesia ma emerytury!

– Czego? – zdumiał się Rajat.

– No, pieniędzy na żarcie, matołku!

– A to na żarcie w domu pieniądze są potrzebne? – zdębiał chłopak. – Bo w restauracji to rozumiem.

– U ciebie w domu się jedzenia nie kupowało? – prychnęła Lela.

– A nie, nie przypominam sobie, prawdę mówiąc.

– To skąd się, do cholery, brało?

– No… służba przynosiła.

Kukułka schowała odrapany dziób do postkomunistycznej budki zegara. Fajerka osunęła się z niemiłym zgrzytem z kuchni, a Aurelia wpiła szeroko otwarte ze zdumienia oczy w Hindusa. Najwyraźniej jego polonizacja była powierzchowna i przeprowadzona po łebkach.

– Rajat? – zapytała ostrożnie.

– No?

– A ty masz jakieś pieniądze?

– Mam! – odparł radośnie chłopak.

– A czemuś babce na żur nie dołożył?

– Nic nie mówiła!

– A na bilety do Warszawy masz? – zaszemrała łagodnie Lela, co najwyraźniej miało zakamuflować jej gigantyczne wkurzenie.

– Lotnicze?

– Nie, na PKS! – wycedziła dziewczyna.

– Mam, Leluś!

– No to postanowione. Za prababką jedziemy, a ty za bilety płacisz!

– No dobrze, dobrze – położył po sobie uszy Rajat i niepewnie się uśmiechnął. – Już dzwonię i załatwiam.

Mruczek utrzymywał dystans, ale nie spuszczał z lekarza bursztynowych oczu i skradał się bezszelestnie szpitalnym korytarzem. Profesor, zwany przez babkę Jaśkiem, poczłapał w stronę maleńkiego pokoiku tuż za schodami i zamknął za sobą drzwi. Kotu cudem udało się prześliznąć do wnętrza i przycupnąć w cieniu nieco pożółkłej paprotki.

Lekarz podszedł do stojącego na stoliku ekspresu i podstawił pod dyszę kubek, łapiąc do niego gęstą jak smoła kawę. Od jej zapachu Mruczkowi aż się zakręciło w nosie. Szybko wtulił pyszczek pod lewą pachę, co nieznacznie wytłumiło kichnięcie.

– Kto tu jest? – Lekarz odwrócił się gwałtownie.

Kot zamarł w bezruchu. W pokoju było słychać tylko oddech mężczyzny.

– Zdawało mi się pewnie – mruknął Jaśko. – Starzeje się człowiek i już zaświaty słyszy. O! A teraz jeszcze sam do siebie gadam! Starość nie radość.

Mężczyzna usiadł za biurkiem pielęgniarki i w zamyśleniu wodził palcem po brzegu filiżanki. Trochę trudu to Mruczka kosztowało, ale w końcu dostroił się do fal mózgowych lekarza, i przebierając ostrożnie łapkami, nastawił uszy i zamknął bursztynowe oczyska. Odbierał przekaz.

Żółte liście bezgłośnie opływały spoczywającą na ramionach sześciu mężczyzn trumnę. Kondukt szeleścił z szacunkiem setką zanurzonych w listowiu stóp. Ledwie osiemnastoletni Jaśko starał się być dzielny, ale raz za razem wstrząsał nim tłumiony szloch. Obok niego szedł ojciec i teraz, gdy mężczyźni w końcu się zatrzymali przed grobem, położył wielką i ciepłą dłoń na ramieniu syna. Ten potężny mężczyzna miał oczy zaczerwienione, ale nie pozwalał sobie na płacz. Chłopców z jego pokolenia uczono, że łzy to wyłącznie kobieca rzecz. Obaj, ojciec i syn, stali z opuszczonymi ramionami, jeden wcale niepodobny do drugiego, ale tak dziwnie sobie bliscy po tej największej z możliwych stracie. Ksiądz podjął modły, ale do Jaśka nie docierało ani jedno słowo. Stał, czując ciepło ojcowskiej dłoni, ze wzrokiem wbitym w białą tabliczkę z czarnym napisem.

Eleonora Stachańska z rodu Krzesimirskich

Urodzona 16 lipca 1919 roku, zmarła 14 października 1959 roku

Kot podskoczył w miejscu jak podpięty do prądu i pokłusował w stronę drzwi. Skakał jak szalony na klamkę, kompletnie się nie przejmując zdumionym lekarzem, który poderwał się z krzesła i runął w jego kierunku. Zanim dobiegł, Mruczkowi udało się zawisnąć na klamce. Drzwi odskoczyły ze zgrzytem nienaoliwionych zawiasów, a kot wyprysnął na korytarz i zniknął w mroku klatki schodowej. Tam wyhamował z impetem i przez chwilę nasłuchiwał. Jaśko najwyraźniej nie zamierzał go gonić. Zwierzak bezszelestnie zakradł się do sali szpitalnej, w której przy Oleńce siedziała babka, i wiedząc, że nie zostało wiele czasu do przybycia lekarza, otarł się Szeptusze o kolana i wskoczył na nie. Oparł się łapkami o jej ramię i zaczął szeptać odkryte rewelacje do ucha.

– Co ty, Mruczek, opowiadasz? – zaniepokoiła się babka. – Pewnyś? Przekaz był bez zakłóceń?

– Czysty jak łza! Waldek Stachański najwyraźniej dzieciaka do sąsiedniej wsi nie oddał, a razem z nim do Warszawy zbiegł.

– W czasie okupacji? Co ty gadasz, kocie? Kto by się wtedy do miasta bez dokumentów na siebie i dzieciaka pchał?

– Może wspólnika miał co dokumenty załatwił?

– Waldek? – prychnęła babka – ten zdrajca?

– Na trumnie matki było napisane „Eleonora Stachańska z rodu Krzesimirskich” – cmoknął zniecierpliwiony kot.

– O słodki Jezu! Waldek zbałamucił młodszą siostrę partyzanta Michała, co u leśnych poległ? No, Mruczek, to mocno zmienia nasza misję – warknęła babka.

– Zaraz zbałamucił! – prychnął kot. – Jak za niego poszła, to chyba go chciała?

– Tego to my, Mruczek, nie wiemy – wycedziła Szeptucha. – Ale na pewno się dowiemy – dodała złowieszczo po chwili zastanowienia.

Oleńka jęknęła cichutko przez sen, co babkę natychmiast przywróciło do rzeczywistości.

– Kocie, znajdź gdzieś komputer i spróbuj to wszystko sprawdzić, ja teraz ważniejsze mam sprawy na głowie.

– Rajat! – roześmiała się tysiącem srebrnych dzwoneczków Aurelia. – Zwariowałeś chyba?

Przed wejściową furtką zaparkował właśnie ogromny, dwupiętrowy autokar, a ze środka wysiadł jasnowłosy kierowca i zachęcająco otworzył luki bagażowe. Lelka złapała uszy torby, i łapiąc w locie kurtkę, wybiegła ze śmiechem z chałupy. Rajat pamiętał o kluczu leżącym nad górną futryną i zanim pospieszył za dziewczyną, starannie zaryglował drzwi wejściowe. Po chwili brnął w śniegu w stronę autokaru.

– Ależ nie! – usłyszał Lelę, która z uśmiechem tłumaczyła kierowcy, że bagażu prawie nie ma i nic do luków wkładać nie będzie. – Może inni pasażerowie zechcą…

– Nie będzie innych pasażerów, Leluś – wyjaśnił uprzejmie Rajat. – A po co nam towarzystwo?

Lelka zmarszczyła ze zdumieniem brwi, ale nie skomentowała, i posłusznie wsiadła do autobusu. Rajat ruszył za nią, a kierowca otrzepał nogi ze śniegu i poszedł zamknąć luki bagażowe. Najpierw te z lewej strony. Pewnie by zaprotestował, widząc staruszkę wskakującą ze zwinnością gazeli do przedniego prawego luku, a już na pewno podniósłby alarm, gdyby zobaczył prehistorycznego, zielonego potwora moszczącego się w prawym luku tylnym, ale szczęśliwie dla pasażerów na gapę prawą stronę drogi spowijały ciemności. We wsi znów padły latarnie.

Autokar potoczył się po wąskiej drodze, by po kilku minutach skręcić pod lasem w prawo i leniwie wytoczyć się na szosę białostocką. Lela zapadła w ogromny fotel i położyła torbę na stoliku przed sobą.

– Rajat – zapytała. – A po co tak? Na autobus z Małkinii mogliśmy przecież pójść!

– Kazałaś jechać autobusem, to zamówiłem – uśmiechnął się niepewnie chłopak, siadając naprzeciwko. – Źle coś znów zrobiłem? – spłoszył się, widząc nieodgadniony wzrok Leli.

– Nie, wszystko w porządku – odparła Aurelia i zapatrzyła się w okno autobusu. Za szybą migał ośnieżony las, a ona dumała o różnicach, które dzielą ją i chłopaka nawet w najprostszych kwestiach. Pomyślcie tylko! Lela kupiłaby dwa ulgowe bilety na autokar, a Rajat zamówił luksusowy pojazd na wyłączność.

Mowę jej odjęło, gdy z tylnej części autokaru wyłoniła się uprzejma kelnerka i zapaliła świece na stoliku. A potem wręczyła osłupiałej dziewczynie kartę dań i bezszelestnie się oddaliła. Rajat zdecydowanie nie wyglądał na zaskoczonego i z zainteresowaniem studiował menu.

– Jejku! – wyrwało się Leli po przeczytaniu kilku pierwszych pozycji.

– Co się stało? – natychmiast zainteresował się chłopak.

– Niby w wielkim świecie nie bywałam, ale te dania jakieś dziwne są!

– Poprosiłem o tradycyjne potrawy z mojej rodzinnej posiadłości w Assam. Sam podawałem przepisy, a moja czcigodna matka podpowiadała – wyjaśnił Rajat.

– Kim jest twoja matka? – zainteresowała się Lela.

– Matka pochodzi z równej nam, Józka potomkom, kasty, i posiadła wykształcenie godne księżniczek – nadął się Rajat, a Lela odnotowała podświadomie, że z przyszłą teściową łatwo nie będzie.

Przez chwilę wertowała kartę dań w milczeniu.

– Rajat? – zapytała niewinnie. – A co to jest BB? Mnie zawsze uczyli, że to pokój ze śniadaniem, ale jakoś mi to do okoliczności nie pasuje.

– BB to przywieziona przez czcigodnego pradziadka Józka potrawa z waszych stron przecież!

– Tak? – zainteresowała się Lela. – Jakoś nie kojarzę!

– Bombay Bigos! – wyjaśnił uprzejmie Rajat.

– Aha! A CR?

– Curry Rosół.

– No, ale żuru nie macie.

– No, nie mamy – potwierdził ze smutkiem Rajat. – Wychowałem się na opowieściach pradziadka o niebywałym smaku żuru, i muszę przyznać, że mój czcigodny przodek nie przesadzał.

– Żałuję, że go nie poznałam, ale mamy prababkę.

– Robi najlepszy żur na świecie!

Lela parsknęła z oburzeniem.

– A twój jest tak samo dobry! – natychmiast zareagował chłopak.

Coś tam w nim z szarmanckiego Polaka było, bo gdy po dwugodzinnej romantycznej kolacji autokar zaparkował z piskiem pod hotelem Mariott, Rajat zerwał się na równe nogi i podał Aurelii dłoń, pomagając jej wysiąść.

– Witaj w Warszawie, księżniczko! – wyszeptał zmysłowo i ukłonił się głęboko.

Lela wysiadła, potykając się o dolny stopień, i powiodła spojrzeniem po okolicznych wieżowcach. Wokół nie było nawet grama roślinności, wszędzie szary beton ciągnący się kilometrami w stronę ołowianego nieba.

– Jakoś obco tu – wyszeptała Aurelia.

W Rajata jakby piorun strzelił. Coś tam powiedział w kompletnie nieznanym Leli języku. Dziewczyna w oszołomieniu obserwowała, jak otaczają ją mężczyźni w białych turbanach, i kłaniając się nisko, prowadzą do wnętrza budynku. Wykręciła głowę i zdążyła zobaczyć, że Rajat stoi w grupie odzianych na czarno rodaków i gorączkowo gestykuluje, a otaczający go ludzie nagle padają na kolana, i tłukąc łbami o warszawski asfalt, najwyraźniej oddają mu cześć.

– Zwariowałam! – sapnęła Lelka. – Zwariowałam i mi się to śni. Po prostu.

Znaleźć komputer w państwowym szpitalu prosto nie było. Dyżurka pielęgniarek była spalona, zresztą kot nie miał pewności, czy stojący tam stary pecet miał łącze internetowe. Do recepcji nijak wrócić nie mógł. Dopomogło mu szczęście, i co tu dużo gadać, wrodzony spryt. Mijając maleńki oddział dziecięcy wsadził ciekawski nos do sali dziewczynek. Były cztery i wszystkie głęboko uśpione. A na białej szafeczce stał otwarty laptop. Mruczek bezszelestnie wśliznął się do pokoju i po chwili zmagań odpalił komputer. Z ulgą ujrzał znajome okno Google i zaczął stukać w klawiaturę. Dziwna sprawa, nie znalazł ani Waldka, ani jego rzekomej małżonki Eleonory. Nie znalazł też interesujących wyników dla Jana Stachańskiego ani dla Jana Krzesimirskiego. Zgodnie z wcześniejszą dedukcją, Szeptuchę przywiodło tutaj żmudne śledztwo zakończone zgoła banalnym wynikiem. Babka wpisała w domowym komputerze hasło Jan Zrębina i wyskoczyła strona warszawskiego szpitala MSW. Jak to się miało do wizji Jaśka? Dlaczego Waldek Stachański nie dał chłopakowi swojego nazwiska albo szlacheckiego miana małżonki? Jak udało mu się ukryć dzieciaka, nie zmieniając mu personaliów? Pytań było więcej niż odpowiedzi, i kot się w tym kompletnie zagubił. Jedno było pewne. Internet nie przyniósł żadnych informacji potwierdzających autentyczność wizji. Jednak Mruczek, jako istota obdarzona siedmioma życiami i tyloma mniej więcej zmysłami, był całkowicie przekonany o tym, że Jaśka wychowali Waldek Stachański i młodsza siostra partyzanta Michała Krzesimirskiego. Babka kiedyś gadała, że wieś przed wojną należała do hrabiostwa Krzesimirskich. Mieszkali we dworze nad Bugiem. I zdaje się, że właśnie tam należało szukać odpowiedzi. Kot szybko odnalazł linię genealogiczną Krzesimirskich. Gałąź nadbużańska kończyła się bezdzietnie. Zarówno Michał, jak i jego siostra Eleonora byli ślepymi zaułkami rodu. Reszcie familii z terenów Podlasia też się specjalnie nie poszczęściło i linia bezpowrotnie wygasła przed 1950 rokiem. Ki diabeł?

Mruczek zeskoczył bezszelestnie z szafki i pobiegł zdać babce raport. Już w progu sali Oleńki wyhamował gwałtownie. Jaśko właśnie podchodził do chorej i patrzył pytająco w oczy Szeptuchy.

– Śpi niebożę – wyjaśniła stara. – Com mogła, tom jej dała, ale tu szybki przeszczep być musi.

– Wiem, mała czeka w kolejce – lekarz pogłaskał uśpioną Oleńkę po czole.

Starej nie umknął ten czuły gest. Jaśko wyrósł na porządnego człowieka. Siwe skronie odbijały światło neonów z przeciwnej strony ulicy.

– Jaśko – powiedziała cicho babka. – A jak to z nami będzie? Matuli twojej obiecałam na grób, że cię znajdę.

– Nie pamiętam prawie nic. A ojciec nigdy nie chciał o tym opowiadać.

– Ojciec? – podsunęła chytrze Szeptucha.

– Waldemar, mój adopcyjny ojciec. Od matki wiem tyle, że mnie z rzezi hitlerowskiej wyrwał i do Warszawy przywiózł. Matka więcej mówić nie chciała, a ojciec, jak się tylko o wojnie wspomniało, to dostawał szału. Co wiecie o moich prawdziwych rodzicach? – Lekarz wpił stare, zmęczone oczy w babkę.

– Twoją matką była Andzia, córa leśniczego Wojciecha Zrębiny.

– Znaliście ją?

– Do szkoły razem chodziłyśmy. A ojciec twój to najpierw za mną latał, wiesz? – uśmiechnęła się do wspomnień Szeptucha.

– Jak się nazywał?

– Staszek Wesołowski.

– To czemu ojciec, Waldemar znaczy się, po nim mi nazwiska nie dał, tylko po matce?

– Wiesz, Jaśko, to delikatna sprawa trochę, i ja nie wiem, czy powinnam…

– Mówcie! – zirytował się lekarz.

– Waldek Stachański dziadów twoich i ojców Niemcom na zatracenie wydał – wyjawiła babka po chwili milczenia. – Ja myślę, że Andzię chciał tak uczcić i jej pamięć zachować, dając ci nazwisko Zrębinów…

– Jak wydał? – Poderwał się na równe nogi Jaśko. – Mój ojciec miałby być zdrajcą? Walczył w Powstaniu Warszawskim, na Pawiaku był! Jakby miał swoich wrogowi wydawać?

– Dawne dzieje, Jaśko. Niemce mu brata porwali i tak go zmusili. Nie frasuj się, synuś. O zmarłych mówi się przecie dobrze albo wcale. Niech Waldkowi ziemia lekką będzie. Nawet Andzia, twoja świętej pamięci matka, mu wybaczyła. I ucieszy się, jak jej powiem, że cię Stachański na ludzi wychował.

– Masz kontakt z duchami? – wyszeptał zbielałymi wargami lekarz.

– Toć nie dziwota.

– On żyje.

– Co żeś rzekł, chłopcze?

– Mój ojciec żyje.

Szeptucha 12

Szeptucha 12

Zemsta cz. 1

Szeptucha umościła się wygodnie, oczywiście na tyle wygodnie, na ile pozwalał jej na to mocno dyskusyjny komfort siedzenia w przedziale klasy drugiej pociągu PKP. Nie narzekała. W przeciwieństwie do współpasażera świetnie pamiętała przedwojenne drewniane ławki w pociągach. Siedziała tuż przy oknie, tyłem do kierunku jazdy. W jej skromnym odczuciu właśnie ten sposób chronił przed ewentualnymi nudnościami. I poniekąd miało to głębokie uzasadnienie logiczne. Z zajmowanej przez nią pozycji rejestrowany kątem oka świat nie migotał jak wściekły, a odsuwał się łagodnie, ciągle pozostając w zasięgu wzroku. A co, gdy się siedzi przodem do kierunku jazdy? Szkoda gadać. Jak kto wrażliwy, to paw murowany. Siedzący naprzeciw babki facet był tego najlepszym przykładem. Zielony na pysku, próbował odizolować się od migającego i zaśnieżonego krajobrazu płachtami gazety. Na próżno. Wyglądał, jakby za chwilę miał się porzygać.

– Kawy wam trza – zagadała do niego przyjaźnie babka. – Od jej zapachu zaraz zemdlenie odejdzie.

Facet łypnął zza gazety podejrzliwym wzrokiem i coś burknął niezrozumiale.

– Miastowy? – odgadła Szeptucha.

Facet wzruszył tylko ramionami.

– No, zaraz zgadłam! – ucieszyła się babka. – Jak się w miejskiej dżungli mieszka, to i małpiego obycia się nabiera.
– Wypraszam sobie! Niech pani się zajmie łaskawie swoimi sprawami, a nie obcych ludzi tu obraża! – fuknął zielony pasażer. – Wsiura! – szepnął pod nosem i wrócił do studiowania gazety.

Na jego nieszczęście stara miała słuch doskonały i wyłapała obelgę co do literki. Coś też sobie zaraz pod nosem pomamrotała, zakręciła kilka kółek małym palcem lewej ręki i gbur poderwał się na równe nogi. W panice przycisnął dłoń do ust i wybiegł z przedziału.

– Ciesz się, żem większym palcem nie zakręciła, bo byś do kibla nie doleciał! – zarechotała szpetnie stara i z westchnieniem ulgi ułożyła stopy na jeszcze ciepłym fotelu naprzeciw niej.

W tym komfortowym położeniu dojechała do samej Warszawy, i gdy pociąg zahamował ze zgrzytem na Dworcu Centralnym, niespiesznie wstała, sięgnęła po swój wiklinowy kosz i udała się do wyjścia. Miała do pokonania spory dystans. Przystanęła na moment przy ruchomych schodach i pociągnęła nosem z odrazą. Nawet za Niemca na Dworcu Głównym przy Alejach Jerozolimskich w okupacyjnej Warszawie aż tak nie śmierdziało. Stara cmoknęła z dezaprobatą i pozwoliła się powieźć schodom w stronę przystanku tramwajowego. W ręku dzierżyła mapkę wydrukowaną z Google Maps. Słusznie podejrzewała, że od 1942 roku miasto mogło się nieco zmienić, zresztą była tu wówczas jedynie przejazdem. Czy z Niemcami, czy bez nich miasto nie mogło być przyjaznym miejscem do życia. Wystarczy popatrzeć na tych miastowych, jak im to szkodzi. Toteż i teraz Szeptucha nie zamierzała spędzić tu więcej czasu, niż było to konieczne.
Dość sprawnie odnalazła odśnieżony przystanek tramwajowy i grzecznie poczekała na dziesiątkę. Pojazd nadjechał po kilku minutach i ze skrzypieniem powiózł ją w stronę Mokotowa.

– Miau! – rozległa się przytłumiona skarga z wiklinowego kosza, który babka ustawiła na sąsiednim siedzeniu.
– Cicho bądź, kocie! – ofuknęła koszyk. – Biletu za ciebie nie kasowałam.
– Miau!
– No wiem, za siebie też nie kasowałam, ale ja mam legitymację emeryta, a ty nie.
– Miau!
– Nie ma gdzie! Jak wysiądziemy, to się wysikasz, obiecuję!

Za oknem przesuwał się zaśnieżony krajobraz Alei Niepodległości. Mapka pokazywała, że za około dwadzieścia minut tramwaj powinien dotrzeć do celu.

Lela siedziała na brzegu basenu znajdującego się pod domem prababki i leniwie rysowała stopą kółka na wodzie.

– Rajat?
– No? – odparł chłopak, kołysząc się na wodzie.
– A jak nas matka nakryje?
– A niby jak?
– No, prababcia pewnie jej powiedziała, że jedzie do Warszawy, więc jak tu przyjdą z ojcem, żeby sprawdzić, co i jak, i nas tu razem znajdą…
– Na basenie? – parsknął Hindus. – A jak niby? Kto by się miał domyślić, że za piecem jest zejście do sekretnego spa?
– No nie wiem – szepnęła Aurelia. – Jakieś złe przeczucia mam i martwię się o prababcię. I kompletnie nie rozumiem, dlaczego nam zabroniła ze sobą jechać.
– Sama może chciała być.
– Sama, sama! – fuknęła dziewczyna. – I to jest właśnie podejrzane! Dotąd nie miała przed nami tajemnic, prawda?
– No prawda – stropił się Rajat.
– Uważam, że powinniśmy za nią pojechać.
– Ale dokąd? Nie powiedziała dokładnie, gdzie się wybiera.
– No… do Warszawy.
– A byłaś ty kiedyś w Warszawie? – parsknął Hindus. – Oczywiście to nie Bombaj, ale i tak łatwo się tam zgubić.
– A ty niby skąd o tym wiesz? – obraziła się Lela.
– Przypłynąłem do Polski statkiem. No wiesz, Lucyna raczej do samolotu by się nie zmieściła.

Fakt, słonica być może zmieściła by w sobie samolot, ale raczej nie odwrotnie.
– Pierwsze słyszę, żeby statki zawijały do Warszawy – podsumowała ironicznie dziewczyna.

– Oj, Lela, statek przybił do portu w Gdyni, ale zanim Lucyna przeszła kwarantannę, zwiedziłem to i owo. Poleciałem do Warszawy na kilka dni, więc ci mówię, jak tam jest. Z okien najwyższego hotelu nie widać końca miasta.
– Hotelu, hotelu! – nadęła się do reszty Aurelia. – Na hotel masz, a babce do żuru nawet się nie dołożysz!
– A co to ma niby znaczyć? – zdenerwował się Rajat i energicznie wyskoczył na brzeg basenu.
– A nic! – Dziewczyna poderwała się na równe nogi i obrażona pobiegła w stronę schodów.

Rajat odprowadził ją wzrokiem i podrapał się po głowie w międzynarodowym geście wyrażającym kompletny brak zrozumienia sytuacji.

Tramwaj wyhamował łagodnie na ulicy Wołoskiej i Szeptucha wygramoliła się ostrożnie na nieodśnieżony chodnik, ściskając na podołku wiklinowy kosz. Podreptała na drugi brzeg ulicy. Szczęśliwie z boku parkingu rosły uginające się pod śniegiem krzaki.

– Wyłaź! – szepnęła do kota.

Z koszyka wysunął się spasiony kocur, i ostrożnie stawiając łapy na szarawym śniegu, oddalił się z godnością za strzeliste jałowce. Zaraz też wystawił zza krzaków wąsaty pysk.

– Nie mogę! – zamiauczał żałośnie. – Spalinami tu cuchnie!
– Delikatesik się znalazł! – zarechotała babka. – Nie chcesz, to nie. Do kosza właź, bo sprawę mamy do załatwienia.

Za chodnikiem rozpościerał się wydeptany tysiącem stóp szlak wiodący do świątyni cierpienia. Tam właśnie podreptała Szeptucha. Kot rozdął nozdrza i wzdrygnął się z odrazą, ale posłusznie pokłusował za swoją panią. Tuż przed schodami wskoczył sprawnym susem do koszyka.
Szpital MSW na Wołoskiej napierał szarą fasadą wąskiego frontu na ruchliwą arterię ulicy. Wystarczyło jednak wejść za stalową bramę i zewnętrzny świat znikał, stłumiony szmerem stóp odwiedzających. Lizol atakował zmysły już w holu. Babka poczłapała do rejestracji i stanęła grzecznie na końcu kolejki. Bardzo długiej kolejki.

– Lela! – błagał Rajat, pukając natarczywie w drzwi łazienki. – Lela, no wyjdź! Co ja ci takiego zrobiłem? Coś złego powiedziałem?

Zza drzwi słychać było przytłumiony szloch nastolatki i jękliwe próby wydmuchania nosa.

– Leluś! Otwórz! – prosił chłopak. – Mam nie jeść żuru? O to chodzi? Mogę nie jeść, tylko wyjdź już!

Subtelne parsknięcie mogło być zarówno objawem rozbawienia, ale równie dobrze wyrazem głębokiej pogardy. Nastolatki płci żeńskiej to bardzo skomplikowane emocjonalnie stworzenia. O tym pradziad Józek również kiedyś mu mówił, ale dopiero teraz Rajat zaczynał rozumieć, o co nestorowi chodziło.

– No to mam jeść? – szepnął cichutko do dziurki od klucza.

Parskanie za drzwiami tym razem z pewnością nie było łkaniem ani nawet wyrazem dezaprobaty. Lelka rżała jak koń, ale dla porządku rzeczy próbowała wytłumić kolejne spazmy śmiechu, przyciskając twarz do ręcznika.

– To ja pójdę i wypuszczę Lucynę na pole szlachetnej pani Stachańskiej – powiedział Rajat, wycofując się bezszelestnie spod drzwi łazienki. – Słyszysz? Zaraz wracam, a ty może wyjdź już. Dobrze?

Jak okiem sięgnąć, podwórze spowijała gruba warstwa śniegu, która na okolicznych polach uformowała gigantyczne zaspy. Rajat westchnął głęboko i chwycił łopatę. Jeśli znów nie zacznie sypać, to najdalej za godzinę przebije się do stodoły i wypuści słonicę na wieczorny spacer. Lucyna była nieco apatyczna po wyjeździe Mruczka do stolicy, ale w dalszym ciągu miała pewne potrzeby fizjologiczne. Gigantyczne z ludzkiego punktu widzenia.
Cichy i spokojny zimowy wieczór był tak kompletnie egzotyczny dla mieszkańca zatłoczonych Indii, że ów oparł się o łopatę i zapatrzył w rozgwieżdżone niebo.

– No, tera to widać, że polskie korzenie masz! – rozległ się chropowaty głos zza płotu.
– Kto tu jest? – spłoszył się Rajat.
– A kto ma być? – zarechotał starczo głos. – Sąsiadka, ta sama, której pole paskudzicie pospołu z tym słoniem.
– Ja tam niczego nie paskudzę! – zaoponował gorąco chłopak.
– Ha! Więc się właśnie przyznałeś, że słoń fajda!
– Przyznałem się? – zapytał ostrożnie Hindus, po raz kolejny tego dnia dziwiąc się meandrom, którymi krążyły kobiece myśli.
– No tak. Powiedziałeś, że to nie ty, ale nic o słoniu nie prawiłeś.

Wątpliwa logika nie do końca przekonała Rajata, więc bez słowa powrócił do odśnieżania podwórka. Głos jednak najwyraźniej nie skończył złowieszczej konwersacji.

– A gdzie to Oleśkę wywiało? – zapytała starucha nieomal niewinnie.
– Ja tam nie znam żadnej Oleśki – wydyszał lojalnie Rajat znad łopaty.
– Nie dworuj se ze starej sąsiadki, chłopcze! Wiesz dobrze, że mi się o Szeptuchę rozchodzi.
– Było się jej samej przed wyjazdem zapytać – oburknął chłopak.
– Czyli pojechała tam?
– Nie pani rzecz!
– Pociągiem?

Rajat zaczął mocniej wywijać łopatą, próbując ignorować wścibską Stachańską. Nie dało się. Właśnie wparowała na podwórze ze skrzypnięciem furtki i z podziwu godną zwinnością brnęła w stronę chłopaka przez śnieg.

– Pociągiem, pytam? Na Dworzec Centralny? – wysyczała baba.
– A niby skąd mam wiedzieć, na jaką stację? – próbował się bronić chłopak.
– Ha! Znaczy i pociągiem, i do Warszawy – zarechotała sąsiadka. – A ty się, chłopcze, pilnuj. Po coś z tą familią zatraconą w konszachty wchodził, to ja nie wiem.
– Ja jestem z rodziny! – dał się podejść Rajat.
– Nie jesteś! – podpuszczała dalej Stachańska.
– Jestem prawnukiem Józka!

Sąsiadka popatrzyła wnikliwie na chłopaka i uśmiechnęła się złośliwie. Bez słowa obróciła się na pięcie i niezwykle dziarsko wymaszerowała z podwórza. Cień pobliskich jałowców dosłownie wessał ją w mrok. W sumie miała sporo szczęścia. O pół metra zaledwie minęła dusioła, którego z lasu wygnał w obejście Szeptuchy głód. Miał nadzieję ukraść jakąś kurę, ale w obliczu najnowszych wydarzeń głód gwałtownie go opuścił.

– Szeptucha to Olesia? Możliwe to? – Oblizał się niepewnie, a jego zielone nozdrza rozdęły się na wspomnienie dziewuchy, która nie dość, że nie dała się zjeść, to i osłabiła go z części mocy na długie dziesięciolecia. Od 1942 roku dusioł czekał cierpliwie. Może to być, że zemsta właśnie teraz się dokona?

– Dziecko, ja nie o pozwoleństwo pytam, ino informuję, po co przybyłam! – wyjaśniła z godnością Szeptucha recepcjonistce.

Recepcjonistka, przy tuszy i dobrze po pięćdziesiątce, stuknęła z irytacją pazurami w kontuar.

– Próbuję pani właśnie wyjaśnić, że do pana profesora to się trzeba zapisać na wizytę. Skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu mieć. A potem wyznaczymy termin wizyty.
– A na kiedy?
– A ma pani skierowanie?
– Nie mam jeszcze, ale jakbym miała, to na kiedy się można zapisać? – droczyła się stara.
– Bez skierowania nie powiem! – nadęła się recepcjonistka.
– Powiesz! – pstryknęła paluchami Szeptucha i wpiła w kobietę natarczywe spojrzenie.
– No dobrze. Powiem – skapitulowała natychmiast nieuprzejma baba. – Na szóstego czerwca bym mogła zapisać.
– Szaleju się chyba, dziecko, najadłaś! Dzisiaj mamy dwudziesty dzień grudnia, a ty chcesz mnie pół roku w poczekalni przetrzymać?
– No, nie w poczekalni. Do domu pani pójdzie, i w wyznaczonym dniu przyjdzie na wizytę…
– Ja dzisiaj do doktora mam sprawę! – rozsierdziła się babka. – Jakbym z nim w czerwcu do pogadania miała, to bym się dzisiaj do tego miasta zatraconego nie pchała. Zaraz mi go tu wołaj!
– Niech się pani łaskawie uspokoi, bo ochronę zawołam! – wrzasnęła recepcjonistka.
– A se wołaj, smarkulo, wołaj. Samam ciekawa, jak szybko przylecą! – zarechotała złośliwe Szeptucha i uchyliła wieko wiklinowego koszyka.

Kot wystawił ostrożnie łebek ze środka i niespiesznie lustrował okolice recepcji.

– Mruczek, w oczy jej patrz! – rozkazała Szeptucha. – A ja tu trochę uładzę okolicę.

Recepcjonistka, schwytana w bursztynowy potrzask kocich oczu, uśmiechnęła się głupawo i zaczęła się bezmyślnie kołysać z boku na bok. Babka w tym czasie wyciągnęła zza pazuchy mały drewniany krzyżyk, i mamrocząc pod nosem, celowała nim w stłoczonych w sali ludzi. Zdumienie szybko zgęstniało na ich twarzach, a po chwili zastygli całkowicie w pozach, w których zaskoczyło ich zaklęcie.

– Mruczek, do mnie! – zakomenderowała Szeptucha.

Kot wycofał się do koszyka. Babka zgarnęła go pod pachę i niespiesznie podreptała w stronę schodów, omijając po drodze nieruchome ludzkie figury.

– Miau! – skomentował Mruczek.
– Dlaczego akurat krzyżyk, pytasz? – zarechotała babka. – Moja matula mówiła, żeby karmić ludzi tym, co znają, bo obce wyplują. A poza tym ten krzyżyk fikuśny taki i poręczny. No! Idziemy na drugie piętro.
– Miau!
– Nie można windą. Stanęła razem z czasem. Nie działa, jak amen w pacierzu. Na piechotę nam trza.

Rajat dotarł do stodoły i z niemałym trudem otworzył skrzydło drzwi. Lucyna zatrąbiła na jego widok entuzjastycznie i wybiegła truchtem na pole Stachańskiej. Chłopak miał mętlik w głowie. Czuł, że niepotrzebnie dał się tej starej wiedźmie pociągnąć za język, i że baba mózg mu skołowała. Miał tylko nadzieję, że nie wynikną z tego jakieś kolejne kłopoty. Podobało mu się życie w Kierzbudach, choć aktualna aura stanowiła dla niego nie lada wyzwanie. Dobrze mu tu było na tej prowincji egzotycznej z cioteczną prababką i z Aurelią. Takich przygód jak tutaj to nie przeżył nigdzie. A widział sporo. Chłopcy wywodzący się z zacnych warn przed osiągnięciem pełnoletniości byli wysyłani do zagranicznych szkół. Tak Rajat poznał Wyspy Brytyjskie, większość krajów europejskich i kilka miast Ameryki Północnej. A jednak w tej nadbużańskiej wsi żyło mu się najlepiej. I nie chciał, żeby coś się zmieniło. Poczłapał przez śnieg do domu, i otupawszy starannie buty, wszedł do sieni. Miał nadzieję, że Lelka już wyszła z łazienki i przestała się dąsać. Bo Rajat kompletnie nie rozumiał, o co jej chodziło.

– Lela? – zapytał cichutko, wchodząc ostrożnie do salonu, będącego jednocześnie centrum zarządzania babki. Monitory błyskały tajemniczo, emitując sceny z chałup wszystkich mieszkańców wioski. Rajat podszedł do pierwszego z lewej strony komputera i pospiesznie sprawdził, czy nie ma nowych wiadomości na poczcie. Oprócz kilku niezwykle fascynujących propozycji powiększenia biustu znalazła się krótka wiadomość od matki.

Ufam, żeś zdrów. Nie mamy od Ciebie wieści, synu.

Rajat obiecał sobie, że wkrótce nadrobi to zaniedbanie, i szybciutko wylogował się ze skrzynki. Ze skrzypnięciem drzwi z łazienki wyłoniła się w obłokach pary Aurelia.

– Musimy porozmawiać – ogłosiła, zaciskając mocniej pasek szlafroka. Oddaliła się w stronę sąsiedniej izby i musztardowej szafy, w której prababka jej półkę na ciuchy przeznaczyła.

Szeptucha 11

Szeptucha 11

Dożynki cz. 3

Jasia dała się zaprowadzić do zrujnowanej kuchni i posadzić na fotelu. Ten Hindus, podobno krewny wujka Józka, tego, co w czasie wojny bez wieści przepadł, nadskakiwał jej i z troską poprawiał poduszki, donosił talerzyki z delicjami i wafelkami, a przed chwilą postawił na stoliku parujący kubek herbaty.

– Prawdziwy assam! – zachwalił i błysnął bielą zębów.

Jasi nie umknęło zachwycone spojrzenie, jakim wodziła za chłopakiem jej córka. Tu cię babko, mam! Pod bokiem córkę mi swatasz. Tylko dlaczego? Co w nim takiego jest? I co tu jest w ogóle grane? Co babka chcą z tym dzieciakiem zrobić? Niepotrzebnie się z tymi zębami wyrwała. Poznał swój swojego, a starej to z pewnością nie umknęło…

– Poczęstuj się! – zachęciła niewinnym głosem Szeptucha, podsuwając żonie wnuczka talerzyk z ciasteczkami. – To wszystko … – machnęła ręką – może wygląda trochę nietypowo, ale zapewniam cię, że Aurelii krzywda się tu nie dzieje, a i oceny ze szkoły dobre przynosi.

– Wiem – przerwała jej drętwym głosem Jaśka. – Na wywiadówce byłam.

– No widzisz! – ucieszyła się babka.

– Oceny to jedno, ale jak, babko, wyjaśnicie tego słonia, kota, Hindusa, a teraz to niemowlę Kapelusznego?

– Zaprosiłam cię tutaj, żeby o pomoc poprosić. – Szeptucha zignorowała pytania Jasi, podając niemowlę Rajatowi.

– W jakiej sprawie?

– Próbowałam pewne zawiłości twojemu mężowi, a mojemu wnukowi, wyjaśnić, ale on twardo po ziemi stąpa i…

– …jakby mu nawet ufoludki na podwórku zaparkowały, to by ich legitymować chciał. – weszła jej w słowo Jaśka.

– No właśnie! – ucieszyła się, nie wiedzieć czemu, stara. – Więc, no jakby to powiedzieć, dzisiaj zrobiłam z dzieciakami taki niewielki pokaz pewnych, hm… nietypowych umiejętności dla Bogusia, no i on najwyraźniej nie poznał się na kunszcie dzieci i…

– Jakich umiejętności? – zmroziła atmosferę Jasia.

– Spokojnie. Nie zauważyłam u Leli twoich… skłonności…

– Wiecie?

– Od zawsze, jakżeś tylko do wsi przyszła.

– I nie przeszkadzało wam, jak się z Bogusiem zaręczyłam?

– A czemuż by? – zachichotała demonicznie starucha. – Krew rodową wzmocniłaś, i jak się okazuje, bardzo szczęśliwie dla całej gminy! Ale o tym potem.

– Co to za sprawa? – postanowiła zmienić temat matka Lelki.

– A widzisz, chodzi o to, że spotkałam przed chwilą Zenka z dzieciakiem w lesie i pomyślałam sobie, że zaproszę cię na herbatkę i zapytam, czy nie zechciałabyś maleństwu matkę zastąpić?

– I zaprosiliście mnie w południe, wiedząc, że po południu dzieciaka znajdziecie? Co tu się dzieje? – rozsierdziła się od nowa Jasia. – Jak mamy współpracować, to ja proszę o wyjaśnienia!

– No dobrze – westchnęła stara. – Ćwiczymy z dzieciakami skoki w czasoprzestrzeni, i prawdę mówiąc, trochę nam się to wszystko poplątało. Nie rozpracowaliśmy techniki lądowania, i jak na razie siada precyzja określenia czasu docelowego.

– Jezu… – Jaśka zbladła i z troską spojrzała na jedyną córkę.

– Jasia, ja bym zaprzestała tych prób, ale raz żeśmy się przenieśli dni ledwie kilka wprzód i się okazało, że jakaś masowa zagłada wybiła całą naszą gminę. I tak skakaliśmy dalej, nawet Bogusia próbowaliśmy zainteresować sprawą, ale ciągle nic nam nie wychodziło. Coś zmienialiśmy, a i tak na końcu same trupy były…

– Jezu… – powtórzyła Jasia.

– No wiem! – przytaknęła babka. – I kiedy dzisiaj złapaliśmy zenkowego dzieciaka, jak w lesie dusioła mordował…

– Co? – wrzasnęła Jaśka i poderwała się na równe nogi.

– Cichaj! – zaszemrała łagodnie Szeptucha. – Dzieciak nikomu krzywdy nie uczyni. Co innego mi się umyśliło, jak żem Kapelusznego zobaczyła. On w tym lesie jest zawsze o tej samej porze. Czasem stoi sam, czasem ma dzieciaka przy sobie, grzyby zbiera albo wino w krzakach pije, rozumiesz? Wszystko się zmienia w zależności od naszych decyzji, ale Zenek zawsze jest lesie i najwyraźniej nie poddaje się aberracji czasowej. I tak mi się umyśliło, że to on ma ścisły związek z zagładą gminy.

– Można go usunąć – zaangażowała się Jaśka, nieznacznie wysuwając siekacze.

– No widzisz, i o tym pomyśleliśmy, ale po pierwsze, człowieka żal, a po drugie, umyka nam w kolejnych wersjach czasoprzestrzeni. Nigdzie nie możemy go upolować. Tylko w tym lesie. A tam nie ma jak go dorwać. A to dusioł, a to dzieciak…

– Pod sklepem szukaliście?

– Jasia, toć my nie są amatorami! – żachnęła się babka.

– No dobrze, ale co to ma ze mną wspólnego?

– Pomyślałam se, że dołączysz do nas i pomożesz odnaleźć Zenka. Twoje zdolności niuchania krwi…

– Wiecie o nich? – zdziwiła się Jasia.

– Niejednego zębnego w życiu widziałam przecie!

Jaśka na wszelki wypadek nie kontynuowała wątku.

– Wstawaj, Zenek! – Trącana lakierkiem zapita twarz Kapelusznego nieznacznie tylko zmieniła położenie względem przedsklepowej ławeczki. – Wstawaj! – Głos stał się bardziej natarczywy, a but wcisnął głowę nieprzytomnego amatora tanich win głębiej w piach.

Nad wsią z ociąganiem rodził się wieczór. Sołtys cmoknął ze zniecierpliwieniem i przysiadł na ławce. Przez chwilę rozmyślał nad ciężką dolą przywódcy i nawet cichutko pozłorzeczył losowi, który obarczył go takimi podopiecznymi.

– Pani Jadziu! – Wykręcił głowę w stronę sklepu. – Pani pozwoli tu z wiaderkiem wody i ocuci tego gamonia.

Sklepowa, spragniona jakiejkolwiek rozrywki, wyjątkowo ochoczo wypełniła dyspozycję sołtysa. Zenuś, mokry od stóp do głów, usiadł gwałtownie i zamrugał.

– No co? – wybełkotał płaczliwie.

– Zenek, weź ty się w garść, chłopie! – huknął na niego Alojzy Gąsior. – Chlejesz mi tu pod sklepem, a czas ucieka. Babom wiktuały załatwiłeś?

– Sołtysie, ja tu taki problem mam. Dzieciak mi się urodził i…

– Nie pierwszy i nie ostatni, Kapeluszny, a dożynki rzecz święta! – przerwał mu sołtys.

– No wiem – chlipnął Zenuś. – Ja właśnie względem tego chciałem powiedzieć…

– Gadaj, coś załatwić zdążył, zanim znowu do Słodziutkiego się dorwałeś!

– No więc tu mam kosz grzybów…

– Każdy głupi by załatwił – zgromił go zwierzchnik.

– I jeszcze dziczyzna, sołtysie…

– Dziczyzna!

– No! Ja tu na ławeczce Jacka Wrębnego na dwie sarny i dzika ugadałem. Sołtys nawet na flaszkę dawać nie musi dla niego.

– No, to już coś – pochwalił go niechętnie Gąsior. – A dowiedziałeś się, co tam konkurencja z Wieprzewa szykuje?

Zenuś przecząco pokiwał głową, a potem ostrożnie zaczął się gramolić z ziemi.

– Polecę już, sołtysie. Na przeszpiegi się zakradnę.

– No. Nie taka całkiem niemota z ciebie. Koszyk weź i Łopianowej zanieś, zanim grzyby zrobaczywieją na amen! Sprawdzone? Babka Łopianowa niedowidzi trochę.

– Tak jest – wyprężył się służbiście Kapeluszny i pokłusował w stronę drogi.

Alojzy Gąsior westchnął głęboko i spojrzał na sklepową Jadźkę. Babie mózg pracował jak szalony i przetwarzał zasłyszane informacje, aż jej para z uszu szła.

– Daj, Jadzia, małe piwko – poprosił. – Pić się chce.

Zenek zanurzył się w las z wyraźną niechęcią. Cóż jednak było robić? Jedyna droga do Wieprzewa prowadziła wyłącznie pomiędzy ciasno rosnącymi choinami. Kiedyś kierzbudziańskie dzieciaki maszerowały tędy codziennie do szkoły, ale odkąd w Kierzbudach powstała szkoła podstawowa, to ścieżka praktycznie zarosła. Przerażające, jak szybko las pożera ślady człowieka. Po kwadransie zza rzędu świerków błysnęły Kapelusznemu pokryte mchem dachy zabudowań starej szkoły. Ostrożnie zakradł się przez polanę wybujałych pokrzyw i przycupnął za niewielkim, trawiastym wzniesieniem. We wrogiej wsi panował pozorny bezruch, ale oko Zenka już po chwili wypatrzyło w połowie ukrytą za starą lipą chałupę. Wyglądała na opuszczoną. Okiennice prawie się rozpadły, drewno konstrukcyjne poczerniało, a płot leżał smętnie. Tylko ciekawe, dlaczego komin był świeży, murowany z pustaków, i wysyłał nad polanę kłęby siwego dymu? Zenek podczołgał się bezszelestnie i kucnął za domem. Po chwili jego oko już obserwowało wnętrze domostwa przez brudną szybę, a działy się tam rzeczy zaiste dziwne. Na środku stała kuchnia, na niej cztery ogromne gary. Wokół skakały wieprzańskie baby. Nieopodal stał fotel, na którym siedziała stara Zośka Stachańska.

– Ożeż ty! – szepnął Zenek i podciągnął się wyżej pod drewniany parapet.

Stachańska trzymała w ręku jakąś witkę i machała nią energicznie, aż jej rękawy białej bluzki furkotały. Coś też najwyraźniej gadała, ale tego Zenuś nie słyszał. A inne baby krzątały się nad kuchnią i coś tam w garach mieszały.

– Ożeż ty! – powtórzył Zenek, i to właściwie były ostatnie słowa, jakie zdołał wypowiedzieć. Coś go potężnie strzeliło w łeb, a potem nastała ciemność.

Jaśka przez chwilę spoglądała bez słowa na Szeptuchę i analizowała sytuację.

– Jasia – powiedziała łagodnie stara. – Lela cię potrzebuje. Ja też. I, prawdę mówiąc, cała gmina.

– Nie mogę się zdemaskować. Wiecie, co by się wtedy ze mną stało? A z Lelą? A z Mateuszem? Z Bogusiem nawet… – wyszeptała bogusiowa żona.

– Boguś radę sobie da, bo feralnego dnia będzie na patrolu w sąsiedniej gminie. – uspokoiła ją babka. – Na dzieciakach się skup i na reszcie mieszkańców.

– Mówicie, że cała gmina…

– Prawie cała. Parę dzieci znajdą i siostrę Żelisławę z kościoła w Zrębie. Ledwie będzie dychać, ale żywa do szpitala pojedzie. Reszta pokotem na placu za kościołem ducha wyzionie.

– Jezu Chryste! – przeżegnała się Jaśka.

– Daj spokój, dziecko, będzie dobrze – uspokajająco zaszemrała Szeptucha. – Lela, Rajat, chodźta tu!

– Tak, prababko? – Dzieci natychmiast przypadły do starej, a Jasia mimowolnie pokiwała z aprobatą głową, widząc pełen posłuch.

– Gdzie dzieciak?

– Usnął.

– Nażarł się, to pośpi – ucieszyła się stara.

Jasia nawet wolała nie pytać, czym się niemowlak tak najadł.

– Mnie się kochani widzi, że musimy jeszcze raz skoczyć do przodu. Jasia pójdzie z nami. Pomoże Kapelusznego znaleźć – zadysponowała babka.

Tego widowiska bogusiowa żona miała nie zapomnieć przez długie lata życia. Jej rodzona córka podeszła do Hindusa, i stając za nim, położyła mu dłonie na ramionach. W jednej chwili powietrze zapachniało ozonem, a nad głową chłopaka zaczęły pełgać niewielkie niebieskie wyładowania elektryczne.

– Mruczek! – wrzasnęła babka i kot posłusznie wskoczył Aurelii na ramię. – No, nie dziw się tak – zwróciła się do synowej. – Kot zadziała jak katalizator.

Jaśka z niedowierzaniem patrzyła, jak babka montuje się na krześle za Lelką i łapie prawnuczkę w pasie.

– Słabam w nogach – wyjaśniła stara. – A tam trochę trzęsie po drodze. – Chodź no tu, dziewczyno, i za ramiona mnie schwyć. I miej baczenie, coby nie puścić, bo się nam gdzieś w czasie jeszcze zagubisz.

Gdy już cała kompania stanęła w dziwnym łańcuchu, w jednej chwili błysnęło, huknęło, i nogi Jaśki oderwały się gwałtownie od podłogi. Dobrze, że tornado kuchnię dachu pozbawiło, to jest którędy polecieć! W uszach zaświstał jej wiatr, a zza hałaśliwych podmuchów dało się słyszeć harmider i przytłumione brzęczenie wielu ludzkich głosów.

Wylądowali za plebanią. Dzwony właśnie ogłaszały koniec dożynkowego nabożeństwa i przed kościół we Wrębie wytoczyła się masa mieszkańców gminy. Opodal stała drewniana scena, a za nią rozciągało się marzenie żarłoka. Jak okiem sięgnąć wypłowiałą łąkę oplatały drewniane, ustrojone płodami rolnymi zadaszone stoiska z wypisanymi na białych tablicach nazwami wiosek. Parafianie z godnością zajmowali strategiczne miejsca wokół głównej sceny, ale często spoglądali nerwowo w stronę powiewających tajemniczo zasłon.

– Musimy trzymać się jak najdalej od ludzi – zadysponowała stara, wstając z kuchennego krzesła.

– A o to dlaczego? – zdumiała się Jaśka.

– Bo my przecie wszyscy tam jesteśmy, i jak nas podwójnie zobaczą, to będzie podejrzane, a i jakąś nową katastrofę wywołać to może!

Rajat przesłonił oczy dłonią i pilnie wpatrywał się w stoiska z żarciem.

– Czcigodna prababko!

– Co tam synek?

– Tym razem trochę wcześniej chyba wylądowali.

– Mówi się wylądowaliśmy – poprawiła go stara. – Widzę, jeszcze się żarcie nie zaczęło. Przyjdzie nam posłuchać przemówienia wójta i proboszcza – westchnęła.

– To co robimy? – gorączkowała się Aurelia.

– Obserwujemy – ucięła stanowczo Jasia.

– Mamo, ale to nudne!

– Cichaj, Lela – zgasiła ją prababka. – Matka ma rację. Tu się nie ma co gorączkować, ino zastanowić się nad strategią działania.

W zamuloną jaźń Zenka wciął się mdlący zapach gotowanej kapuchy. Łojezu, moja głowa! Ale się zadźgałem… Zaraz, przecież nic prawie nie piłem. Sołtys do lasu wygnał… Ale smród, cholera jasna. Zaraz pawia rzucę. Gdzie ja jestem?

Na ostatnie pytanie w swoim czterdziestoletnim życiu Zenek już nie raz nie potrafił udzielić odpowiedzi, ale tym razem nie zgadzały się okoliczności natury. Czy raczej ich brak. Kapuściana duchota poważnie zakłócała rytuał budzenia się na piachu przed sklepem. Coś było zdecydowanie nie tak.

– Budzi się – zasyczał jakiś głos. – Dajta tu wody. Docucim szpiega.

To był dokładnie ten moment, w którym należało gwałtownie otworzyć oczy. Obraz był nieco zamglony, ale zwalista kobieta w kwiecistej spódnicy z pewnością nie była fikcją.

– Gdzie ja… – wychrypiał Kapeluszny.

– Cicho bądź, szpiegu! – ofuknęła go kobieta.

Zenek usiadł z trudem i powiódł wzrokiem po izbie. Niewiele widział. Wokół niego stały półkolem baby z Wieprzewa. I nagle spłynęło na niego wspomnienie chałupy, dymu z komina i starej Stachańskiej, kolaborującej z obcą wsią, i to przed samymi dożynkami.

– Czego chceta? – krzyknął, i sam się zdziwił, jak piskliwie zabrzmiał jego głos.

– My? – roześmiała się jedna z bab. – A to my szpiegujemy? Nas jakoś nie interesuje, co w Kierzbudach warzą!

– Cichaj, Antośka! – rozszedł się pod powałą władczy głos. Kiecki się rozstąpiły i przed Zenkiem stanęła stara Stachańska.

– Czego tu chcesz, Zenek? – zaszeleściła starym głosem. – Alojzy cię przysłał?

– A co wam do tego? To ja was mogę zapytać, co wy tu robicie! – wrzasnął buńczucznie Kapeluszny. – Nie tu chyba czas warzyć?

Stachańska sapnęła ze złością i odwróciła się na pięcie. W prześwicie między babskimi spódnicami Zenek zdołał dojrzeć piec, na którym podskakiwały ogromne garnki. Znaczy się, zdrada. Kapeluszny poderwał się na równe nogi.

– Bigos czuję! – rzucił triumfalnie.

W tej samej chwili baby rzuciły się na Zenka z łoskotem spódnic. Najgrubsza wyciągnęła zza pleców drewniany wałek i wzięła solidny zamach.

– Zamknąć w komórce i pilnować do końca dożynek! – rozkazała Stachańska.

– Lelka, zakradnij się jakoś do naszego stoiska – rozkazała Szeptucha.

– Się robi, prababciu!

– Za krzakami się przyczaj i słuchaj wszystkiego, co tam gadają.

Nad dożynkową łąką niósł się głos proboszcza. Najwyraźniej exposé w kościele nie zaspokoiło jego instynktów krasomówczych. Większość parafian całkiem otwarcie zerkało w stronę stoisk z potrawami regionalnymi i chyba tylko Zośka Pirynowa z wypiekami na twarzy spijała słowa z ust dobrodzieja.

Aurelia zniknęła za szpalerem krzaków.

– Jasia, wyczuwasz Kapelusznego? – szepnęła stara.

– Nie – odparła jej synowa. – Ale od dobrodzieja tak chucią ciągnie…

– Wiem, dziecko, wiem. Skup się.

Rajat najwyraźniej się nudził i postanowił przekraść się do stoiska kumoch z Wieprzewa. Miał szczęście. Nikt na niego nie zwrócił uwagi, więc zanurkował pod zasłonę oddzielającą żarcie od gawiedzi, i z zachwytem spostrzegł, że na stole stały patery z kromkami chleba ze smalcem, miski z ogórkami i grzybami, a na turystycznej kuchni bulgotały aromatycznie żur z grzybami i bigos. Chłopak skubnął od niechcenia posmarowaną skibkę i bezszelestnie przekradł się do kolejnego straganu.

– Wyczuwam jakiś ślad… – szepnęła Jaśka.

– Zenek?

– Raczej jego wspomnienie, zapach.

– Gdzie? – niecierpliwiła się Szeptucha.

– Stoisko.

– Które?

– Chyba nasze, babko.

– Idziemy!

Szeptucha z Jasią zakradły się na tyły stoiska i przycupnęły za krzakiem. Po chwili podpełzła do nich Lelka.

– Nic się nie dzieje – szepnęła bezgłośnie.

– Zenka widziałaś? – zapytała prababka.

– Nie, ani śladu.

– Czuję go, ale jakoś tak bardzo niewyraźnie – odezwała się Jasia.

Baby właśnie otwierały stoisko. Przed wejściem kłębił się tłum spragniony kanapek ze smalcem, lokalnych pulpecików, ryb w occie i pieczeni z sarny. Kierzbudziańskie stoisko najwyraźniej robiło furorę. Łopianowa z córkami zaczęła rozdawać bigos sporządzony według sekretnej receptury swojej ciotki.

– W bigosie go czuję – szepnęła Jaśka do babki. – Ślad krwi, ale nie wiem, skąd.

– To bigos!

– Grzyby! Pamiętacie koszyk, który Zenek miał w lesie przy sobie?

Jaśka chciała się poderwać na równe nogi, ale babka ją powstrzymała.

– Leż, dzieciaku! Nic teraz nie pomożesz.

– Mamo? – zapytała płaczliwie Lela. – Taty tu chyba nie ma?

– Nie ma.

– Mamy patrzeć jak, umierają? – zapytała Jaśka.

– Nie dziecko, widziałam to już kilka razy – stęknęła Szeptucha, podnosząc się z klęczek. – Wracamy. Trza nam koszyk Zenkowi odebrać i dusioła poniechać.

– A po co? – zdziwił się Rajat.

– Zenkowi stresu oszczędzić i sprawę załagodzić musimy. On się na grzybach zna jak nikt. Tylko we wzburzeniu mógł trujących nazbierać!

Po chwili kompania zebrała się za plebanią i z trzaskiem powróciła na polanę przed chałupą.

– Rajat! – zadysponowała babka. – Leć po Zenkowe niemowlę. Ruszamy dalej.

– Nie możemy go tam wziąć! – wrzasnęła Jasia.

– A to dlaczego? – zdumiała się Szeptucha.

– Paradoks będzie, babko! Zabierzemy nasze niemowlę, a tam to samo niemowlę będzie z Zenkiem.

– A to ambaras! – zasępiła się stara. – To zostawiamy go. Ruszcie się!

– Prababko, pomysł mam – skłonił się nisko Rajat.

– No co tam, dziecko, żeś wykombinował?

– Może weźmy ze sobą parę butelek wódki?

– Matko Boska i wszyscy święci w niebiosach! Ledwie drugi miesiąc w Kierzbudach, a on chce na wycieczkę gorzałę zabierać! Nie pij, synuś, zobacz na Zenka…

– Nie dla mnie przecież! – roześmiał się Hindus. – Dla Zenka właśnie. Jak go otumanimy, to może pomyśli, że dusioł to alkoholowy omam?

– Tak zrobimy! – wcięła się Jaśka.

– Ale ta gorzała to ma być na… – Szeptucha zatkała dłonią usta i przeklęła w myślach własne gadulstwo.

– Na? – zawiesiła znacząco głos Jaśka.

– Na zaręczyny – przyznała cichutko Aurelka. – Ale niech mama tacie nie mówi! – poprosiła.

– Ech! – westchnęła Jasia. – Jak wam ratowanie świata wychodzi tak, jak urządzanie zaręczyn, to mamy jeszcze parę lat spokoju.

– No dobra! – klasnęła w dłonie babka. – Rajat, leć do kuchni po gorzałkę i startujemy.

Ekipa ratująca świat wylądowała za jałowcem.

– Babko! Babko, ratuj! – wydarł się akurat histerycznie Kapeluszny.

– Ha, ha, ha! – zarżał dusioł i uchwycił łapczywie główkę dziecka w zębatą paszczę.

– Teraz! – krzyknęła Szeptucha i wraz z kompanami wyskoczyła na polankę. – Rajat, ściągnij dzieciaka z dusioła!

Hindus podbiegł do potwora i zaczął ciągnąć dzieciaka w swoją stronę. Co ciekawe, bardziej zapierało się niemowlę, niż dusioł.

– Lelka! – wrzasnęła babka. – Walnij Zenka czymś w łeb na ogłuszenie!

Aurelia rozejrzała się gorączkowo wokół i namierzyła całkiem solidną gałąź. Nie zastanawiając się zbyt długo, podbiegła do Kapelusznego i strzeliła chłopinę na odlew. Zenuś osunął się łagodnie na mech.

– Czcigodna prababko! – wrzasnął Rajat. – Nie mogę dziecka odciągnąć!

Szeptucha chwyciła niemowlaka za nogi i zaczęła ciągnąć do siebie. Wspólnymi siłami oderwali go od dusioła i z impetem potoczyli się po ziemi. Rajat bohatersko zasłonił babkę i niemowlę przez stworem. Wkrótce okazało się to zbędnym heroizmem. Przed nimi wyrosła znienacka Jasia. Obnażyła imponujące siekacze, i sycząc obchodziła dusioła kołem.

– Odejdź ssstąd! – wysyczała.

Dusioł oblizał się nerwowo, zakręcił w miejscu i umknął w głąb lasu.

– Mmmamo? – odezwała się niepewnym głosem Lela.

– Cichaj, dziecko, potem o tym pogadamy. Dawajcie tu Zenka! – zadysponowała stara.

Zenek coś tam pod nosem mamrotał, ale najwyraźniej popadł w stupor. Gorzała i ostatnie przeżycia załamałyby nawet największego wioskowego pijaka.

– Zenuś! – poklepała go po nieogolonym policzku Szeptucha. – Słyszysz mnie?

– Mmmm…

– Zenuś, co się stało na dożynkach? – ponowiła babka.

– Babko, skąd on ma to wiedzieć? – zapytała Jaśka, która najwyraźniej odzyskała równowagę i normalną postać. – Tego jeszcze nie było.

– Cholerne podróże w czasie! To nie na mój rozum – pożaliła się stara.

– Będzie dobrze, zobaczycie – uspokoiła ją bogusiowa żona, wskazując na koszyk z grzybami. – Tak mi się widzi, że teraz wszystko wróciło do równowagi.

– Rajat! – zadysponowała Szpetucha. – Weź no tu Zenkowi ze trzy flaszki zostaw. Na zapomnienie się nada. Koniecznie koszyk z grzybami weź.

– A co z dzieciakiem? – zapytała Jasia.

– A co ma być? Weźmiesz.

– Ale to już dwójka będzie!

– Cholerne podróże w czasie – pożaliła się babka raz jeszcze. – Weźmiesz, Jasia, niemowlaki, i jak swoje wychowasz. Zębne są. Lepszej matki nie znajdą.

– A co ja Bogusiowi powiem?

– Zahipnotyzujesz i wmówisz, że jego. Wiesz przecież, jak to zrobić.

– To też wiecie? – jęknęła Jasia.

Szeptucha zarżała szatańsko i wetknęła niemowlaka w ręce zębnej. Jaśka podeszła do Zenka i nachyliła się do jego ucha.

– Temu damy Mieszko. Tamten będzie Ziemowit, dobra?

Kapeluszny wymamrotał coś niezrozumiale, ale ustalono przez aklamację, że to musiało oznaczać zgodę.

– No to wracamy do domu! – zadysponowała babka.

Nad polaną pojawiło się słońce i rozświetliło młodziutką twarz Aurelii.

– Lela?

– Tak, prababciu?

– Masz ten kupon totka?

– Mam, no pewnie!

– Jaki kupon? – wcięła się Jasia.

– A… nieważne – zaszemrała łagodnie stara. – Dzieciaka pilnuj.

W milczeniu doszli do maliniaka. Za nim rozpościerała się skąpana w słońcu wieś.

Szeptucha 10

Szeptucha 10

Szeptucha. Dożynki cz. 2

Pokrzepiony wiśniówką Zenek kroczył energicznie środkiem drogi, ściskając kartkę, na której baby wypisały mu listę wiktuałów kluczowych dla przyszłego dożynkowego zwycięstwa. Część nie nastręczała problemu. Grzyby do bigosu, jagody do drożdżowych jagodzianek i ryby do marynowania w occie to kwestia wyprawy do lasu i nad Bug. Przy odrobinie szczęścia nałapie szczupaków i okoni. A jak się nie uda, to nieopodal znajdują się stawy hodowlane, do których od południowej strony łatwo się podkraść nocą. Zające złapie się we wnyki albo w ostateczności podkradnie króliki starej Stachańskiej. Ma ich tam chyba ze trzydzieści białych i czarnych. Jak się je sprawi, to się baby od gotowania nie połapią. Z dziczyzną gorzej. Tu szykowały się niezbędne wydatki, ale to już niech się sołtys Alojzy martwi. Jak flaszkę da, to się Jacka Wrębnego na kłusowniczą wyprawę wyśle. Chłop jeszcze w życiu nie kupił w sklepie niczego innego niż wino, więc wiadomo, gdzie się żywi.

Zenkowa przyszłość w każdym razie rysowała się niezmiernie interesująco. Z poczuciem misji podreptał do własnej chałupy. Spodziewał się, że część jego kłopotów aprowizacyjnych znajdzie szczęśliwe rozwiązanie właśnie tutaj.

Podwórze przywitało go grzebiącymi w błocie kurami i drącym się wniebogłosy kogutem. Jego ślubna jako jedyna chyba w okolicy z uporem trzymała ptactwo, czego Zenuś kompletnie nie rozumiał. Jajka w sklepie były po sześćdziesiąt groszy, to po cholerę to dziadostwo trzymać?

– Matka! – wrzasnął donośnie od furtki, ale zamiast małżonki na podwórze wyległo stadko zenusiowych pociech płci obojga i obsiadło ojca jak muchy.

– Tato! – wrzasnął zasmarkany malec. – Tato, głodny jestem!

– Tato! – dodała jasnowłosa Madzia. – Mama chyba niezdrowa…

– Tato! Jeść! – zapłakał najmłodszy, Antek.

W ogólny rejwach wciął się znienacka głos zenkowej żony.

– Przylazłeś wreszcie, obiboku? – zaskrzeczała Leosia Kapeluszna z wnętrza chałupy.

Zenuś strząsnął ze spodni zasmarkany drobiazg i pospiesznie ruszył do środka. Leokadia leżała na wersalce, podparta poduszkami, i niańczyła na podołku niemowlę. Patrzyła na Zenka wzrokiem bazyliszka i zgrzytała zębami.

– Leosia! – zaszemrał aksamitnym barytonem Zenek. – Widzę, że znowu dzidziusia mamy! – cmoknął z udawanym entuzjazmem i pogłaskał kędzierzawą główkę noworodka.

– Zęby ma – odezwała się głucho Leokadia i wetknęła dzieciaka w ręce skacowanego tatusia. – Ja go nie chcę. Rób z nim, co chcesz! – zaszlochała głęboko i odwróciła się w stronę naderwanej tapety za wersalką.

– Leosia! – zacukał się Kapeluszny. – Ale co ja tam o niemowlakach wiem? Co ja mam z nim robić?

– Uduś najlepiej, zanim kogoś zeżre! – wrzasnęła Kapeluszna.

Dzieciak spał słodko w zagłębieniu zenkowego ramienia. Jego regularne rysy tak bardzo odróżniały go od stadka dotychczasowych dzieciaków, że Kapeluszny zamarł na chwilę i kontemplował twarzyczkę dziecka. Chłopczyk był tak piękny, że aż serce rwało. Zenek zawinął niemowlę w zabłocony sweter i pospiesznie wyniósł z chałupy. Niemożliwe, żeby tak piękne dziecko mogło zagrozić komukolwiek. Stara histeryzuje i tyle. Się znajdzie kobietę, która da chłopaczkowi serce, a Zenuś w tym czasie wypełni zlecenie sołtysa. Kapeluszny ruszył dziarsko drogą, a nogi zawiodły go bezwiednie do obejścia starej babki. Stanął przed krzakami i nieporadnie wsunął tobołek z synkiem pod prawe ramię. Lewym, wolnym ramieniem przeżegnał się i odgarnął dorodne jałowce. Przez chwilę głaskał z zakłopotaniem gałązki, lecz po głębszym namyśle się wycofał. Do babki bez prezentów nie godzi się iść. Zenek odwinął się na pięcie, i tuląc śpiące niemowlę, ruszył do lasu. Koszyk grzybów się uzbiera w prezencie, a i przy okazji intendenckie obowiązki się odbębni. Zrobi się w jagodzinach wizytację. Trza wiedzieć, gdzie dzieciaki z kubkami na zbiory przysłać.

Janka odetchnęła głęboko, i czekając, aż jej tętno się nieco uspokoi, lustrowała podwórze starej. Niewiele się tu zmieniło od czasu panieńskich nocy z Bogusiem, gdy zakradali się na podwórze babki dla żartu, pili w pobliskich krzakach piwo i – co tu dużo gadać – poczęli Aurelkę. Ślub, choć pospieszny, stał się zarzewiem plotek wyłącznie dla sklepowej Jadźki, która swoje domysły i domniemania próbowała zaszczepić zupełnie niezainteresowanym tematem i przeważnie nietrzeźwym sklepowym bywalcom. Wszyscy we wsi wiedzieli, że Janka jest dla Bogusia stworzona, i ich romans nie gorszył nikogo. Najbardziej, co pomimo antagonizmów musiała przyznać Janka, sprzyjała im babka Olesia. Inna sprawa, że starowina nie miała kompletnie pojęcia o przeszłości Janiny. Widziała w niej, jak wszyscy, dorodną blondynkę w typie germańskim. i nie stawiała pytań. Dziwne, ale nie zadawał ich nikt w Kierzbudach. To sprawiło, że Janka postanowiła osiedlić się właśnie tutaj. Uciekła z pogromu w małej westfalskiej wiosce i z jakiejś przyczyny ruszyła na wschód. W tej nadbużańskiej wsi znalazła święty spokój i przystojnego męża, który nie zadawał żadnych pytań. Wystarczyło mu mgliste wyjaśnienie, że rodzina Janki tragicznie zakończyła żywot w pożarze. Osinowe kołki, które dopełniły ognistego dzieła, dziewczyna profilaktycznie w opowieściach pominęła, zresztą długo by opowiadać.

Podwórze zdawało się być opuszczone. Kot gdzieś pewnie łaził, słoń najwyraźniej zaszył się w stodole. Babki nigdzie nie było widać, podobnie Aurelii. Jasia po chwili zauważyła ze zdumieniem, że kuchnia letnia została przez żywioł jakiś pozbawiona dachu, leżącego obecnie w strzępach na polu tej starej cholery Stachańskiej.

– Halo! Jest tu kto? – krzyknęła.

Nikt się nie odezwał. Na polanie panowała niczym niezmącona cisza. Jasia podeszła ostrożnie do drzwi letniej kuchni i włączyła tłumione na co dzień ponadnaturalne zmysły. Węszyła ostrożnie, ale nie wyczuła zapachu krwi. Żadnego rodzaju krwi. Ciepłej ani zakrzepłej. Dosłownie żadnej. Na polanie nie wyczuwało się zapachu żywego stworzenia. A węch wampirzycy był w stanie wykryć wonie nawet sprzed kilkunastu lat.

– Niemożliwe – szepnęła do siebie Jaśka. – Lela! – wrzasnęła spanikowana. – Dziecko! Gdzie jesteś? Aurelka!? Gdzie się wszyscy podziali?

– Cosik mi się wydaje… – Szeptucha zawiesiła głos i spojrzała badawczo w oczy Lucyny. Słonica odwróciła wzrok i udawała niezmiernie zajętą skubaniem słomy z powały.

Stara coś tam sobie pomamrotała pod nosem, a po chwili podstępnie pstryknęła palcami. Spod ucha słonicy wyturlał się na ściółkę Mruczek.

– No i dobrze mi się wydawało! – zarechotała babka. – Wyłaź, niecnoto.

– No co! – bąknął kot i zjeżył sierść na grzbiecie.

– Dobrze wiesz, co! – odcięła się Szeptucha. – Idziemy! – zakomenderowała i otworzyła wrota stodoły.

Mruczek zwiesił głowę i podreptał za babką. Słonica pożegnała go krótkim, ale wielce boleściwym buczeniem.

– No i popatrz, synek! – triumfował Kapeluszny. – Koszyk grzybów mamy uzbierany, to i do starej babki możemy w odwiedziny iść. Ona będzie wiedziała, co z tobą robić.

Noworodek najwyraźniej nie znalazł zrozumienia dla tatowego optymizmu życiowego i rozdarł się całą mocą swoich ponoć niedojrzałych płuc.

– Cichaj, chłopie, no cichaj! – zadysponował Zenuś, ale dzieciak najwyraźniej miał ojcowskie dyspozycje głęboko w zafajdanej pieluszce. Nienawykły do obcowania z własnym potomstwem Kapeluszny potrząsnął zniecierpliwiony kilka razy tobołkiem, co zupełnie nie wpłynęło na natężenie wrzasku noworodka. – Cichaj, cholero, bo dusioł przylezie i cię zeżre! – odwołał się do lokalnych bajań Zenuś. Dzieciak darł się dalej w niebogłosy.

Zrezygnowany Kapleuszny przysiadł na pniaku i potarł nerwowo skronie. Koszyk stał przy jego podrygującej ze zniecierpliwieniem, obutej w gumofilca stopie. Nawet las był najwyraźniej przeciwko niemu, bo spod mchów wypełzła znienacka mleczna mgła i oplotła Zenusia lodowatymi rozmazami kropelek wody.

– Diabli nadali! – użalił się wioskowy pijak, i tak do końca nie wiedział sam, czy chodzi mu o nieposłuszną żonę, wrzeszczącego dzieciaka czy zmienną aurę. Ta ostatnia najwyraźniej szalała. Mgła z sykiem skręcała się wokół pniaka, mrożąc leśne powietrze. Zenek poderwał się na równe nogi i wtulił tobołek z dzieciakiem pod połę waciaka. Z pobliskich gałęzi zaczęły się sypać zmrożone na kość ptaszki. Z jękliwym dźwiękiem, podobnym do roztrzaskiwanych na marmurze kryształowych żyrandoli, na ściółce rozpadały się sójki. Gdzieniegdzie z głuchym łoskotem spadały kruki, sztywnymi skrzydłami strącając świerkowe szyszki.

– Szatan jakiś… – szepnął Kapeluszny i obronnym gestem dzieciaka przytulił, nie zważając już nawet na jego wrzaski.

– Aj tam, szatan! – rozszedł się po wyziębionym lesie złowieszczy rechot.

– Kto tu jest? – wrzasnął histerycznie Zenek, wpychając głębiej pod pachę drącego się wniebogłosy synka.

Mgła zasnuwała jałowce. Ziąb strącał z gałęzi fioletowe owoce, które ze szklanym brzękiem toczyły się po zaszronionym mchu.

– Witaj! – Przed Zenusiem zmaterializował się z głuchym pyknięciem opancerzony, zielony stwór. – Wzywałeś dusioła, więc dusioł przybył, i jest gotów zeżreć przyobiecane niemowlę.

– Niedoczekanie! – wrzasnął bohatersko Kapeluszny i odskoczył za pobliskie jałowce. – Zgiń i przepadnij, maro nieczysta!

– Ha, ha – skwitował dusioł. – Jakby to takie proste było…

Kapeluszny złożył palce w znak krzyża i zaczął deklamować „Ojcze nasz”.

– To też nie działa – wyjaśnił pogodnie opancerzony stwór.

Zenek odwrócił się na pięcie i podjął rozpaczliwą próbę ucieczki. Po kilku krokach jego stopy utknęły w głębokim mchu.

– Nie uciekniesz – łagodnie skomentował dusioł. – Wzywałeś dusioła i dusioł przyszedł. Daj niemowlę i możesz sobie iść. Ciebie żreć nie mam zamiaru.

– Nigdy! – wrzasnął bohatersko Zenuś, w jednej chwili dokumentnie trzeźwiejąc.

– To się jeszcze zobaczy! – zarechotał pradawny jaszczur i leniwie podszedł do unieruchomionego Kapelusznego. Niemowlak darł się pełnią młodocianych płuc.

Dusioł otworzył paszczę, świdrując Zenka czerwienią oczu. Kalepuszny wyszarpnął zza pazuchy zawiniątko z synkiem i ucałował zaczerwienioną od wrzasku twarzyczkę. Owinął pospiesznie w waciak i odrzucił jak najdalej od siebie. Sam nie mógł się ruszyć, ale miał nadzieję, że dusioł nażre się jego przepitymi gnatami i dzieciakowi da spokój. A jak Bóg da, to się tu Lelka albo stara napatoczą i płacz małego usłyszą.

– Aleś ty głupi! – zarżał dusioł i powoli podszedł do ciśniętego w mech zawiniątka.

– Zostaw go, hieno zasrana! – wrzasnął Zenek.

Dusioł stanął nad dzieciakiem, i przekrzywiwszy jaszczurzy pysk, analizował przekąskę.

– Zostaw, zasrańcu! – darł się unieruchomiony Kapeluszny.

Stwór delikatnie odwinął pyskiem waciak spowijający rozwrzeszczanego dzieciaka i polizał nadęty brzuszek malucha.

– Zarżnę cię jak świnię! – darł się Zenek.

– Nic mi nie zrobisz – zbagatelizował sprawę dusioł i przytknął nozdrza do różowej klatki piersiowej noworodka. Polizał zapłakaną twarzyczkę i wyszczerzył sine zębiska.

– Babko! Babko, ratuj! – wydarł się histerycznie Kapeluszny.

– Ha, ha, ha – zarżał dusioł i uchwycił łapczywie główkę dziecka w zębatą paszczę.

– Nie!!!! – załkał Zenek, i uwolniony nagle z więzienia mchu, opadł na kolana. Nakrył rękoma głowę i oddał się totalnej rozpaczy. Po chwili na jego poszarzałe z brudu dłonie zaczęły spadać jakieś małe, zimne kamyczki. Poniósł głowę i z niedowierzaniem nią potrząsnął. Jego dzieciak siedział w paszczy dusioła, i radośnie gaworząc, wyrywał mu kolejne zęby. Dusioł darł tylnymi łapami darń i najwyraźniej nie mógł się poruszyć.

– Synu! – wrzasnął Zenuś i podbiegł do rozwartej paszczy.

– Ostaw! Niech dzieła dokończy – rozległ się na polanie władczy głos Szeptuchy. Ona sama pojawiła się niespodziewanie na polance w towarzystwie Lelki, Hindusa i kota.

– Ale…

– Ostaw, mówię! – rozeźliła się stara.

Kapeluszny stał bezradnie kilka kroków od prawiekowego stwora, któremu jego ledwie narodzony syn rwał metodycznie kły i beztrosko rzucał za siebie.

– Babko… – zaskowyczał Zenek.

– Nic to, Zenuś – uspokoiła go stara. – Nic dziecku nie będzie.

Dla Kapelusznego sensacji jak na jeden dzień było stanowczo zbyt wiele. Usiadł na mchu i wodził obłąkanym spojrzeniem od starej do maleńkiego synka, który właśnie zakończył rwanie zębów potwora, i wpił się w jego szyję, najwyraźniej chłepcząc posokę z lubością.

– Wracaj do zadań przez sołtysa naznaczonych! – zadysponowała stara, zgarniając niemowlaka ze zwłok potwora. My się tu wszystkim zajmiemy i nawet twoje przyszłe ludobójstwo naprawimy, Zenuś. Idź już!

– Miau! – potwierdził bury kocur Szeptuchy.

Po chwili cała kompania, wraz z niemowlęciem i pokrytym łuskami trupem dusioła, zdematerializowała się z cichym pyknięciem.

Zenek zachybotał się w mchu i otarł zapłakaną twarz rękawem kraciastej koszuli.

– Nic to – szepnął. – Na łowy mi trza. A najpierw do sklepu, zszargane nerwy ukoić. – Zenek chwycił kosz i skaleczył palec o nadłamaną gałązkę wikliny. Krew kapnęła do środka. – Co jeszcze, psiamać? – poskarżył się płaczliwie, kierując wzrok w stronę nieba. A potem poczłapał ciężko w stronę wsi, co jakiś czas machinalnie schylając się po kolejne grzyby.

Z dyskretnym cmoknięciem wesoła kompania Szeptuchy zmaterializowała się przed drzwiami letniej kuchni.

Jasia, która w tym czasie zdążyła obejść ostrożnie zabudowania w poszukiwaniu pierworodnej córki, nieomal zderzyła się z Rajatem, a potem malowniczo zasłabła, osuwając się na murawę.

– Mamo! – przypadła do niej Aurelka.

– Skocz, Rajat, do kuchni, i główkę czosnku przynieś! – zadysponowała stara, podtrzymując na podołku śpiące niemowlę. Na uśmiechniętej błogo maleńkiej twarzyczce znać jeszcze było drobinki zielonych łusek, a bródkę miał dzieciak poplamioną jaszczurzą posoką.

– Prababciu, ale mama nie znosi czosnku – zaoponowała Lela.

– Toć wiem. Woń niemiła łacniej ją docuci.

I rzeczywiście. Ledwie Rajat z kuchni wyskoczył, to Jaśka nos gwałtownie zmarszczyła i poderwała się na równe nogi, choć jej twarz nabrała butelkowej zieleni.

– Zabierz to cholerstwo! – syknęła wściekle do Hindusa.

– Już dobrze, dobrze. – Stara odprawiła chłopaka gestem dłoni. – Zemdlałaś, Jasia. Docucić chcieliśmy.

– Co tu się do cholery dzieje? – wrzasnęła Jaśka.

– A co się ma dziać? – Wzruszyła ramionami babka.

– Przychodzę, a tu nikogo nie ma i… – zacukała się matka Aurelii, o włos unikając dekonspiracji. Jak niby miała wytłumaczyć, że jej węch wyłapuje zapach krwi z dokładnością do dwudziestu lat?

– No, sprawy załatwialiśmy, ale przecież już jesteśmy prawda? – łagodnie tłumaczyła Szeptucha. – Chodź do kuchni, herbaty się napijemy.

Jasia obrzuciła badawczym spojrzeniem ziejącą pustkę po dachu.

– A to? – Kiwnęła głową w kierunku zdewastowanego budynku.

– A taki tam drobny wypadek przy pracy. – Babka machnęła ręką.

– Jaki znowu wypadek? Ja wam dziecko swoje na wychowanie dałam, a wy o jej bezpieczeństwo tak dbacie? – ryknęła Jasia.

– Cicho bądź, bo dzieciaka obudzisz!

– Jakiego dzieciaka? Lelkę? – Zdezorientowana kobieta zerknęła na stającą opodal Lelę i ponownie na starą. Dopiero teraz zauważyła niemowlę.

– Czyje to?

Jasia odruchowo podeszła bliżej, by natychmiast odskoczyć z grymasem odrazy wymalowanym na twarzy.

– Zęby ma! – bardziej stwierdziła niż zapytała.

– A jakie ostre! – zacmokała z zadowoleniem stara.

– Czyje to? – ponowiła pytanie Jaśka.

– A Zenka. To już rozumiesz, dlaczego musiałam do siebie przygarnąć?

– Kapelusznego Zenka? – zdziwiła się matka Aurelki. – A skąd u niego…

– A ty widziałaś, co on pije? – Wzruszyła ramionami Szeptucha. – Od tego różne mutacje się robić mogą!

Za plecami Jasi kot wyczyniał niezłą gimnastykę, by upchnąć za skalnikiem zwłoki dusioła.

Zenuś otarł usta i z westchnieniem opadł na ławeczkę. Na wpół opróżnioną butelkę wkręcił starannie w piach obok koszyka z grzybami, by zapobiec ewentualnemu wyciekowi trunku.

– A coś ty, Zenuś, taki osowiały? – zagaił Jacek Wrębny, przysiadając na ławeczce. – Stało się co?

– Aj, stało się, stało – westchnął ciężko Kapeluszny. – Stara mi dzieciaka znowu powiła.

– O cholera. – Podrapał się w beret Jacek. – Masz tam co jeszcze we flaszeczce?

– Tyle, co nic. – Wzruszył ramionami Zenuś. – Ale pij, kamrat, na zdrowie.

– A nie, nie! Postawić chciałem, żeby zgryzoty odegnać.

– A… nie odmówię. Pomóc może nie pomoże, ale i nie zaszkodzi.

Dalsze minuty upływały mężczyznom w ciszy, przerywanej jedynie dość częstymi seansami gulgotania. Nad szosą schylało się czerwone słońce i barwiło plandeki przejeżdżających TIR-ów. Od strony lasu nadciągał wczesny wrześniowy wieczór. Zenek mimowolnie się wzdrygnął.

– Jacek?

– No?

– Ty las dobrze znasz…

– A znam, a co?

– A dusioła kiedyś widziałeś?

– Nie widziałem, ale nie raz mi jakieś cholerstwo wyżerało sarny z wnyków – odparł poważnie Wrębny.

– Dusioł?

– Tak mi się widzi.

– A jakbym ci, druhu, powiedział, że dusioła już nie ma? – zapytał ostrożnie Zenuś.

– Nie może to być. – zaśmiał się Jacek. – Dusioł od dawna te lasy zamieszkuje i nikt go stąd nie wygoni.

– A wiadomo, od kiedy on tu grasuje? – zaciekawił się Zenek.

– Ponoć od wojny go widują. Stare babki gadają, że za esesmańcami przylazł, bo mu bardzo smakowali, ale kto to wie, jak było? Ludzi tu u nas nie atakował. Kury czasem za Gomułki żarł po kurnikach, ale też pewności nie ma. Może to miastowe kradli? Wiesz, jaka u nich bryndza wtedy była. Kartki…

– No, mogło tak być – zgodził się Zenuś. – A ludzi nic nie żarło?

– No wiesz, Zenuś, komuna komuną, miastowe dziwne stworzenia, ale żeby ludzi…

– Nie o miastowych prawię! O dusiole!

– Aaaa… Nic mi nie wiadomo, żeby ludzi atakował. Coś go widać po ucieczce Szkopów w ryzach trzymało. A co ty się tak o tego dusioła dopytujesz, Zenuś?

– A jakbym ci, Jacek, powiedział, żem truchło dusioła na własne oczy widział?

– Nie cyganisz? – zapytał poważnie Wrębny.

– Jak Boga kocham! – Kapeluszny uderzył się w pierś.

– To ja bym ci, kamrat, powiedział, że dożywotnio ci mięso będę przynosić za takie nowiny.

– A to się dobrze składa – przytomnie wykorzystał sytuację Zenek. – Na dożynki babom trzeba ze dwie sarny i dzika.

– Załatwione! – Klasnął dłońmi w uda Jacek. – No to jeszcze po jednym?

– Nie odmówię!

W końcu przyszłość zaczynała się rysować w bardziej kolorowych barwach.

 

Szeptucha 9

Szeptucha 9

Dożynki część 1

Zenek Kapeluszny ocknął się nagle i nie było to przyjemne przebudzenie. Jego dolna połowa ciała spoczywała na drewnianej ławce, a górna znajdowała się w zgoła opłakanym stanie. Dłonie oplatały miłośnie pęki pokrzyw, tors oddychał niespokojnie, a półotwarte usta wypełnione były obślinioną ziemią. Wysuszony jęzor podjął próbę udrożnienia jamy ustnej, ale zadanie okazało się ponad siły. Z niemiłosiernym skrzypieniem do sklepu zbliżał się rower. Aurelka wyhamowała przed wejściem i oparła pojazd o płot. Chwyciła siatkę, dotychczas wiszącą na rączce kierownicy, i pomaszerowała do środka.

– Dzień dobry! – zaświergotała radośnie. – Dwadzieścia bułek poproszę!

– Dzień dobry! – odparła zażywna sklepowa. – Oj, to widzę, że u was cały czas ten indyjczyk mieszka, i apetycik na polskie jedzenie mu dopisuje?

Aurelka zignorowała wścibstwo ekspedientki i uśmiechnęła się uprzejmie. Przez chwilę wodziła wzrokiem po półkach, układając sobie w myślach resztę zakupów.

– Jeszcze pięć kilko karmy Pedigree poproszę, mleko i kupon totolotka. Tu ma pani numery.

– Proszszsz… – wycedziła urażonym tonem sklepowa i rzuciła na ladę torbę psiej karmy, karton Łaciatego i wydruk z maszyny totalizatora.

Lela kompletnie nie przejęła się fochami sklepowej Jadźki i ze stęknięciem zebrała wiktuały. Z pewnym wysiłkiem zaczepiła siatki na rączkach roweru i z niemiłosiernym zgrzytem nieoliwionego łańcucha odjechała w stronę domu prababci, kompletnie nie zwracając uwagi na cierpiącego kacowe katusze Zenka. A Kapeluszny cierpiał bardzo. Jego mózg bombardowany kakofonią dźwięków dnia codziennego zawiesił się na jednym, jedynym pragnieniu.

– Pić! – wycharczał Zenuś i na czworakach ruszył w stronę rowu melioracyjnego. Zarośniętego pokrzywami, jak się wkrótce okazało. Po wizycie urzędników unijnych został tylko smród bobków zdziczałych kóz, a skoszone przed wizytacją zielsko odrosło w pełnej krasie. Zenek zwinął się w trawie jak dziecko i zaszlochał bezradnie. Opodal przechadzała się koza.

– Dzień dobry, Lucyno! Dzień dobry, Mruczku! – roześmiana Lelka wjechała na prababciną polankę i przywitała się ze słoniem i z kotem. Zwierzaki nie pozostały obojętne i podbiegły do roweru. Znaczy, podbiegła słonica Lucyna, a w rytm drgań gleby przyturlał się kot Mruczek. Na podwórzu stała gigantyczna gliniana donica, do której Aurelia z niemałym wysiłkiem wsypała zawartość pięciokilogramowej torby karmy dla psów.

– Smacznego! – powiedziała, i odczepiwszy z rączki roweru siatkę z kajzerkami, pobiegła do letniej kuchni.

Lucyna rzuciła się łapczywie na swe polskie kulinarne odkrycie. Mruczek wskoczył na brzeg donicy i cierpliwie czekał na swoją kolej. On też preferował psie żarcie. Wychodził z założenia, że ludzie wolą te azorowate podlizuchy, i do karmy sypią im więcej mikroelementów, niż do żarcia dla nielubianych powszechnie kotów. Lucyna ideologii nie dorabiała. Jej wystarczyło, że żarcie nie śmierdziało bananami, którymi żywiła się przez wszystkie lata spędzone w Indiach. Z donośnym trąbieniem słonica powitała kolejny dzień w nowej ojczyźnie i ustąpiła grzecznie Mruczkowi miejsca przy donicy. Chwilę pokręciła się w miejscu i wkrótce pobiegła oddać zwyczajowy poranny stolec na polu Stachańskich.

– Już jestem, prababciu! – zaświergotała radośnie Aurelka, rozglądając się za Rajatem, swoim dalekim kuzynem z jeszcze dalszych Indii.

– No! W porę przychodzisz – powitała ją Szeptucha, odwracając się od kuchni. – Dopiero co Boguś przyszedł się z tobą obaczyć.

– Tata? – zdziwiła się Lelka. – A co chciał?

– Nie „co chciał”, a „co chce”, bo siedzi w paradnej izbie i nigdzie się nie wybiera – sprecyzowała prababka. – Z Rajatem usiadł i coś tam mu prawi.

– Zamorduję! – wrzasnęła Aurelia. – Znowu mi obciachu narobi!

– Cicho bądź! – ofuknęła ją Szeptucha. – A co ma niby narobić? Ojciec nie wie, że Rajat to twój narzeczony, racja?

– No racja – skapitulowała nastolatka. – No, ale co ojciec, prababko, od niego może chcieć? To podejrzane jest!

– A ile już Rajat tu u nas siedzi?

– No… tygodni parę. Krótko.

– I codziennie dziesięć kajzerek żre i miskę żuru z kartoflami.

– Oj, wie prababcia! – żachnęła się Lelka. – Tak gościom jedzenie wypominać!

– Ja nikomu nie wypominam, ale emerytura częściej niż każdego dziesiątego przychodzić nie chce, a żarcie, z pewnymi wyjątkami, w lesie nie rośnie. O! – podsumowała prababka. – A Boguś, tatuś twój znaczy się, Rajata chce u siebie w tej ochroniarskiej firmie zatrudnić. Nada się chłopak jak nic. Ma wyjątkowe zdolności do zdalnej prewencji.

– A ja to nie? – obruszyła się Lela.

– Ty też, dziecko.

– No to jak się Rajat do tatusia firmy zapisze, to ja też chcę. Razem będziemy na patrole chodzić! – ogłosiła stanowczo Aurelia.

– A może i to niegłupie? – zarechotała stara. – Pogadam z twoimi ojcami. Matka pewnie okoniem stanie, ale i na nią się sposób wynajdzie.

– Dzięki, prababciu! – rozpromieniła się Lelka i jej młodocianą jaźnią zawładnęła wizja nocnych patroli, przedzieranie się w mrocznej gęstwinie zarośli i wspólne czołganie się po pachnącej dzikim rumiankiem łące.

Co ciekawe, dokładnie to samo miała na myśli jej prababka.

– No, Leluś! – cmoknęła Szeptucha ponaglająco. – Chłopy gadają, ale jak to one, zaraz zgłodnieją. Łap smalec i kanapki rób, a ja pójdę wypuścić Lucynę na pole Zośki Stachańskiej.

– Sama polazła – osadziła babkę Lela, nie odwracając się od kuchennego blatu.

– Wot, zmyślna bestia! – cmoknęła z aprobatą Szeptucha i szurając kapciami poszła w stronę domu. Pokojowe czy nie, ale męskie rozmowy trzeba dozorować.

Janka, żona Bogusia i matka Aurelii, zazgrzytała ze złości zębami. Z całego serca nie znosiła babki męża i szarpały nią straszliwe zgryzoty, odkąd ta podła baba ukradła jej córkę. Niby Lela do domu przychodziła, ale pachniała tak obco, inaczej wyglądała, i opowiadała dziwactwa, którymi najwyraźniej podła Szeptucha jej myśli nabijała. Dobrze, że babsko przynajmniej na razie nie interesowało się Mateuszem. Oczko w głowie Janki skończyło podstawówkę z pierwszą lokatą i od września tego roku rozpoczęło naukę w gminnym gimnazjum. Największym marzeniem Janki było wykształcenie dzieci i wysłanie ich do Warszawy. Liczyła na to, że w zgiełku ogromnego miasta w jej potomstwie nie obudzi się genetyczna spuścizna niewygodnych krewnych. Krewnych, co należy wyjaśnić, pośród których Szeptucha była zaledwie nieszkodliwą, sfiksowaną staruchą. Zdecydowanie gorsze obciążenia genetyczne zafundowała dzieciom gałąź po kądzieli. Zaniepokojona matka miała nadzieję, że akurat to dziedzictwo nigdy się w jej dzieciach nie odezwie.

– Pst… – coś szurnęło w krzakach i syknęło porozumiewawczo.

– Kto tam? – zapytała ze zniecierpliwieniem w głosie Janina.

– To ja – wyjaśnił Mruczek.

– Wydawało mi się, że kot mówi „miau” – zadrwiła kobieta.

– Zależy, kto pyta! – odgryzł się kot.

– No, może i tak – zgodziła się dla świętego spokoju bogusiowa żona i zapatrzyła się w niebo.

– Nie będzie pełni dzisiaj – usłużnie podsunął zwierzak.

– Południe ledwie, a ty o nocy rozprawiasz – mruknęła Janka.

– Chmury będą, to i księżyc zasłonią.

– A guzik tam wiesz – żachnęła się matka Leli. – Pilnuj się lepiej dzisiaj, i tego słonia do stodoły na noc spędź, bo do rana tylko kości z niego zostaną.

Kot wygiął grzbiet, zeskoczył na trawę i na wszelki wypadek nie podjął dalszej dyskusji. Nie godzi się spoufalać z obcym obozem.

– Stara proszą, żebyś do niej na herbatkę zaszła po południu. Sprawę ma – wypalił na odchodne i uznawszy, że misja została wypełniona, czmychnął w pobliskie krzaki.

Janina wzruszyła ramionami i weszła do domu. Jeszcze czego! Na audiencję do jaśnie prababki chodzić nie zamierza! Na oparciu fotela zauważyła lelczyne gatki. A może jednak pójdzie? Może to pora najwyższa o swoją córkę pierworodną się upomnieć?

– Wstawaj, Zenek! – W jaźń skacowanego Kapelusznego wbił się ostry głos sołtysa Alojzego Gąsiora.

– Czego chcecie? – wymamrotał pod nosem pijak.

– Robota jest!

– W niedzielę nie robię!

– Wot, durny ty, wtorek przecie dzisiaj – zarechotał sołtys.

– Nie może to być! – przeraził się Zenek i usiał gwałtownie. W głowie mu się zakołysał świat, ale nie to było najgorsze. – Psiamać! Rentę po tatulu podpisać w poniedziałek miałem!

– No to widzisz, z renty nici. Znaczy się, robota jak nic ci się przyda. Wstawaj!

– Sił nie mam! –poskarżył się Kapeluszny.

– No to masz – ulitował się sołtys i podał cierpiącemu butelkę zimnego piwa.

– Dzięki, sołtysie! – Zenek chwycił flaszkę, zębami kapsel zerwał i łapczywym haustem wypił aż do dna. Beknął donośnie i westchnął z nieskrywaną ulgą. – Z pana to jednak porządny chłop jest.

– No! Sprawisz się dobrze, to potem i winko dostaniesz. Idziemy!

Zenek poderwał się dziarsko, i nikt by się nawet nie domyślił, że jeszcze kilka chwil wcześniej czołgał się z trudem po łące. Teraz podążał za swoim zbawcą, dziarsko przesadzając kępy pokrzyw i rozgarniając wysokie zielsko.

– Co to za robota, szefie? Znowu jakaś komisja do nas jedzie?

– Gorzej, Kapeluszny. Dożynki idą – westchnął sołtys. – Baby jak co roku pocipiały i Bóg wi, co chcą na poczęstunek szykować.

– Wyżerka znowu będzie! – ucieszył się Zenuś.

– Aj, Kapeluszny, do wyżerki to jeszcze daleka droga! Każda wieś dostała na przygotowania po pięćset złotych.

– Jezusie, toż to majątek!

– Głupiś, Kapeluszny, jak but! Na wina przeliczasz, a ja tu kombinuję, jak całą gminę na naszym stoisku dożynkowym ugościć za te nędzne grosze., – parsknął ze złością Alojzy Gąsior. – I, co więcej – dodał po chwili – jak tu rywali pokonać i na dożynkach wygrać.

– No… a wianek? – podsunął nieśmiało Zenuś.

– Wianek! Wianek! A co ma wianek do tego? Wyplatają baby jakiś ołtarzyk ze świętym Janem Pawłem II i na konkursie wianków mamy całkiem spore szanse. No ale, Kapeluszny, sam powiedz, damy radę na stoisku słomą ludzkie kichy zapchać?

– No fakt, ma sołtys rację. Nie damy rady. Ludzie nie kozy, słomy żreć nie chcą – podsumował Zenek filozoficznie.

– Jak ja ci dam kozy, do jasnej cholery…! – wrzasnął sołtys na wspomnienie chińskich kóz, które sprowadził do wsi przed przyjazdem komisji unijnej w celu założenia pokazowej farmy ekologicznej.

– Dobra, nic nie mówię – wycofał się pospiesznie Kapeluszny. Grunt był śliski. W końcu to on stawiał zagrodę, z której kozy pouciekały tuż przed przyjazdem członków delegacji.

– No i słusznie! Nie gadaj, tylko słuchaj – odparł sołtys, wychodząc na drogę i energicznie otupując buty. – Zależy nam na zajęciu pierwszego miejsca w konkursie stoisk z żarciem regionalnym, ale żeby tego dokonać, to potrzebujemy trzech rzeczy.

– Żarcia?

– Żarcie to właśnie efekt trzech składowych, o których mówiłem, zanim mi się wciąłeś między wódkę a zakąskę! – prychnął wściekle szef wioski.

– Aha! – skomentował inteligentnie Kapeluszny, który tak, prawdę mówiąc, z wypowiedzi sołtysa wysyntezował wyłącznie „wódkę”, i na wszelki wypadek postanowił się zgodzić. A nuż Alojzy Gąsior będzie polewać?

– Nam jest, Kapeluszny, potrzebna po pierwsze, wiedza, co sąsiedzi gotują, po drugie, stosowne wiktuały zdobyte tanim kosztem, i po trzecie, dobra nalewka, która z nóg nie zetnie, ale pijących rozweseli.

– Pędzić mam, znaczy się? – ucieszył się Zenek.

– A idź ty mi z tymi swoimi samogonami, Kapeluszny, bo nie wytrzymam zaraz! Nikt nie uwierzy, że twoje trunki fioletu od śliwek nabrały. Ty masz, Zenek, inne zadanie. Szpiegiem będziesz i tym, no… inspicjentem..

– Pan sołtys się za reżyserkę bierze?

– Co ty, Zenek, pier…?

W środek plugawych słów, które zamierzał wygłosić ojciec wsi, wciął się zenkowy kaszel.

– Znaczy się, intendentem mam być? – domyślił się Kapeluszny.

– I to nie byle jakim! – Sołtys najwyraźniej odzyskał rezon. – Masz zdobyć składniki za darmo. No! A teraz leć po chałupach, z babami gadaj, i zamówienia zbieraj. Tam już cię czekają z wiśnióweczką.

Ostatni argument sprawił, że Zenon Kapeluszny podskoczył w miejscu i pognał w stronę zabudowań, jakby go sam wampir gonił.

– Osobiście uważam, mój drogi wnuku, że dalsze ustalenia można przy drugim śniadaniu poczynić – Szeptucha stanowczo wkroczyła w środek męskich rozmów.

Rajat siedział cokolwiek otumaniony i wodził czarnymi oczami o migdałowym wykroju od ciotecznej prababki do ojca Lelki, groźnego i postawnego faceta w czarnym uniformie. Na wszelki wypadek zaniechał podczas rozmowy zwrotu „kochany wuju” i czujnie wsłuchiwał się w słowiański głos ojca swojej ukochanej. Dziękował opatrzności, że pradziadek Józek wtłoczył mu do łba podstawy socjologii słowiańskiej. Aurelia była oczywiście inna i rozumiała wszystko, ale jej rodzina stanowiła wyzwanie. Do cholery, tu nawet bananów nie było! Znaczy były. W sklepie i nawet na paterze w kuchni letniej, ale nikt ich nie używał do gotowania. Nienormalne kompletnie. Lucynie się podobało, ale Rajat tęsknił do domowego jedzenia swej matki. U niego w domu przynajmniej się żarcia z lasu nie przynosiło w wiklinowych koszykach. Chociaż z drugiej strony żurek z grzybami…

– A co tam gotujecie, babko? – zaciekawił się w tymczasem Boguś, ojciec Aurelii i wnuk Szeptuchy.

– Oj, wnusiu, nie ja warzę, ino córka twoja. Chodźcie do kuchni, bo tam żur stygnie, a i kanapki ze smalcem się znajdą. – To mówiąc, babka łypnęła nie na swojego wnuka, ale na Rajata, który obślinił się na wzmiankę o żurku.

Atmosfera w kuchni była gęsta, że nożem by ją można kroić. Lelka nalała zupę do talerzy i teraz nerwowo siorbała, spoglądając raz na ojca, raz na prababkę. Wzroku Rajata na wszelki wypadek unikała.

– No to co tam, Boguś, z Rajatem ustaliliście? – od niechcenia rzuciła Szeptucha.

– A… chłopak zmyślny, to mi się w firmie przyda. Jutro go szefowi przedstawię. Nada się jak nic. Krewnych trzeba przecież wspierać, no nie? – Boguś uśmiechnął się od ucha do ucha, a Lela zakrztusiła się kartofelkiem.

– Co tam, córuś? – zatroszczył się Boguś.

– Nic jej nie będzie! – zbagatelizowała sprawę Szeptucha i walnęła prawnuczkę w plecy. – Powiedz lepiej, Boguś, czy Rajat ci się pochwalił swoimi niezwykłymi zdolnościami?

– Nie, a powinien? – zapytał ojciec Aurelii, pospiesznie przełykając zawartość łyżki.

– Rajat! – zadysponowała stara.

Chłopak z żalem porzucił talerz, wstał i złożył przed Bogusiem głęboki ukłon. Zaplótł nogi na wysokości stołu i zawisł w powietrzu. Dotknął kciukami śniadego czoła, i dryfując ponad linoleum, skłonił się ponownie.

– No ładnie, ale jak to się ma nam niby w firmie przydać? Będziesz biurka lewitował, żeby sprzątaczce było łatwiej? – parsknął histerycznym śmiechem Boguś. Tak się zazwyczaj dzieje, gdy zwykły zjadacz chleba stanie się mimowolnym świadkiem zjawiska, które wykracza poza jego zdolność percepcji. Gdy wyprzeć się nie da, to trzeba zjawisko zbagatelizować.

– Tatusiu! – Aurelia poderwała się na równe nogi i stanęła obok dryfującego nad podłogą Rajata. – Jesteś okrutny i nieczuły! – Napięte do granic ostateczności nastoletnie nerwy nie wytrzymały, i z sarnich oczu nastolatki potoczyły się wielkie jak groch łzy.

– A co ja znowu nie tak powiedziałem? – zdumiał się ojciec ochroniarz.

– Cicho, Boguś, siedź – zadysponowała Szeptucha i cmoknęła z dezaprobatą. – Lela, pokaż, co potrafisz!

Aurelia spojrzała na prababkę i potrząsnęła przecząco głową.

– Wszystko będzie dobrze. Nie martw się – uspokoiła ją stara. – Zniszczenia pokryje PZU, a ta kuchnia letnia już dawno się o remont prosi.

Lela stanęła za dryfującym prawnukiem Józka i głęboko westchnęła. Przytuliła się do pleców Hindusa i pstryknęła palcami. W jednej chwili dach chałupy nabrał niespotykanej elastyczności i zassał eternit do środka. Gdy Lela wypuściła powietrze z płuc i kaszlnęła, poszycie wróciło na swoje miejsce, a papa wystrzeliła płatami na pole Stachańskiej. Warkoczami energii na parę młodych spływały zjawiska atmosferyczne. Nad podwórkiem rozpętała się burza z piorunami. Słonica Lucyna z donośnym rykiem umknęła do stodoły. Aurelia wtuliła dłonie we włosy Rajata. Wyładowania elektryczne nakładały na letnią kuchnię kolejne czasoprzestrzenie. Boguś, kompletnie oszołomiony, chłonął epoki, dziwne miejsca i nieznane stwory wirujące wokół pary dzieciaków. Na kuchennej ścianie wyświetlały się kolejne kadry wydarzeń historycznych, a chałupa drżała w posadach.

Po kilku chwilach świat wrócił do normy.

– No i po awarii – ogłosił radośnie Boguś, podrywając się na równe nogi. – Pójdę już, babko. Do pracy muszę wracać – posłał starej wymuszony uśmiech i chwiejnie ruszył w stronę drzwi wyjściowych.

– No masz, i gadaj tu z takim! – zwiesiła głowę Lelka.

– Boguś! – osadziła go Szeptucha.

– No?

– Co no? – żachnęła się baba. – Nadadzą się czy nie?

Boguś powiódł nieprzytomnym spojrzeniem od babki do Aurelii.

– Tak, tak. Niech przyjdą jutro do biura – wyszeptał i uniósł głowę. – Coś z tym dachem by trzeba … – Wykonał nieokreślony ruch ręką i pospiesznie czmychnął z letniej kuchni.

– No, to załatwione! – zarechotała babka. Klasnęła z radości w dłonie i puściła do Leli oko.

Szeptucha 8

Szeptucha 8

Bugmunde, 5 marca 1942 r. Świt

Olesia obudziła się nagle i szybko usiadła. Próbowała sobie przypomnieć, gdzie jest, i jednocześnie uspokoić oszalałe ze strachu serce. Podjęła beznadziejną próbę przełknięcia śliny, ale jej gardło zaprotestowało tysiącem tnących je żyletek. Wstała chwiejnie i rozejrzała się wkoło. Na polanie panowała cisza. Dziewczyna jak przez mgłę pamiętała chłopaka, który czuwał nad jej snem. Spróbowała postawić krok, ale ziemia gwałtownie zafalowała. Olesia osunęła się bezradnie na ziemię i ze zdziwieniem wyczuła pod dłonią wojskowy materiał. Kurtka. Czyli nieznajomy nie był majakiem. Naprawdę tutaj był i pytanie, gdzie znajdował się obecnie. Po młodym ciele Olesi przebiegły dreszcze. Nie było sensu dłużej się oszukiwać. Miała wysoką gorączkę i brak jej było siły na dalszą ucieczkę. Drżącą ręką sięgnęła po kurtkę nieznajomego i z widocznym wysiłkiem narzuciła ją sobie na plecy. Zęby szczękały jej z zimna i walczyła z napływającymi do oczu łzami.

– Obudziłaś się? – usłyszała nagle głos zza pleców i apatycznie się odwróciła.

Nieznajomy blondyn uśmiechnął się ciepło i podszedł do dziewczyny. Jego ruchy były kocie i bezszelestne jak u leśnego partyzanta, nawykłego do skradania się po zdradliwym leśnym poszyciu.

– Chyba jestem chora – wyszeptała bezradnie Olesia, a chłopak obrzucił ją badawczym spojrzeniem.

– Zjeść coś musisz, to cię pokrzepi – stwierdził i wyjął zza pazuchy ćwiartkę owiniętego w niemiecką gazetę chleba i pół pęta kartkowej kiełbasy.

Już sam aromat mięsa oszołomił dziewczynę do tego stopnia, że momentalnie wróciły jej siły witalne. Chłopak odłamał kawałek chleba, położył na nim pół kiełbasy i podał Olesi. Wpychała posiłek do ust i miała gdzieś, co sobie o jej manierach pomyśli nieznajomy.

– Lepiej? – zapytał chłopak, gdy już ostatnie okruszki zniknęły w ustach Olesi.

– Dziękuję – odparła i zorientowała się, że faktycznie czuje się zdecydowanie silniejsza.

– Posłuchaj. Byłem w chacie tego szmaciarza, co ci mówiłem, i on obiecał, że nas na swoim wózku przemyci na drugą stronę. Musimy przejść tą przecinką i zaraz będzie jego chata. Dasz radę iść?

– Dam – zapewniła dziewczyna i zaraz dodała. – Dlaczego mi pomagasz? Sam łatwiej byś się przekradł.

– Miła Olesiu – uśmiechnął się blondyn, a Olesia zesztywniała na dźwięk swojego imienia, którego z pewnością mu nie zdradzała. – Podobasz mi się, a poza tym jak nas złapią, to powiem im, że jesteśmy małżeństwem i dzięki temu może nie posądzą mnie, że jestem partyzantem. Gwarantujesz pewne bezpieczeństwo – objaśnił z rozbrajającą szczerością.

To przekonało dziewczynę i powstrzymało od zadawania pytań. Może w nocy mówiła przez sen i tak zdradziła swoje imię?

Spacer do chałupy szmaciarza wyczerpał dziewczynę bardziej, niż się spodziewała. Oblewał ją pot, za chwilę odczuwała dreszcze, a ścieżka falowała jej przed oczami. Zaciskała jednak zęby i starała się nadążyć za chłopakiem. Dziwne, ale nawet nie przyszło jej do głowy zapytać go o imię. Szedł przed nią pewnie, a jego barczyste plecy przesłaniały Olesi widok. Zresztą wkrótce wszystkie myśli i pytania odeszły w niepamięć. Stanęli przed drewnianą chatą szmaciarza. On sam wyszedł przed drzwi i obrzucił dziewczynę nieufnym spojrzeniem.

– Nie mówiłeś, że będzie ktoś jeszcze – warknął w stronę blondyna.

– Nie bój się. Dobrze zapłacę –uspokoił go chłopak, a Olesia zaczęła się gorączkowo zastanawiać, dlaczego obcy tak się nią opiekuje. Powody, które przedstawił, brzmiały sensownie, ale w otaczającej ich rzeczywistości egoizm był jedyną szansą na ocalenie skóry.

Szmaciarz wytoczył przed chatę wózek pełen zużytych onuc i brudnych, podartych ubrań. Dziewczyna wolała się nie zastanawiać, skąd pochodzą, i posłusznie wczołgała się pod stertę materiału. Tuż obok niej położył się blondyn. Smród zatkał Olesi płuca i dziewczyna walczyła o każdy oddech. Dopiero po kilku chwilach zorientowała się, że skrzypiący wózek ruszył. Po kilkunastu minutach usłyszała przytłumione głosy i zrozumiała, że właśnie dotarli do rogatek i pierwszego patrolu.

– Wszystko będzie dobrze – wyszeptał chłopak i uspokajająco uścisnął jej dłoń.

Olesię ponownie opadły dreszcze. Straciła przytomność.

 

Kierzbudy, 1 września 2011 r. Kwadrans przed powrotem Aurelki z rozpoczęcia roku szkolnego

– Jak się czujesz? – zapytała Szeptucha Rajata, który omiatał pokój błędnym spojrzeniem. – Herbatki chcesz? No wiesz, mam assam… – wycedziła złośliwe.

– Dziękuję, nie trzeba – odparł słabym głosem chłopak.

– No? – babka zawiesiła pytanie w gęstniejącej z każdą chwilą atmosferze chałupy.

W czwartej kamerze widać było Bolka Stachańskiego, który w towarzystwie Błażeja, swojego bratanka, przemykał cichcem za szpalerem jałowców i przerzucał widłami słoniową gnojówkę na podwórko sąsiadki.

– Jakże się ten twój słoń wabi? – zagaiła łagodnie Szeptucha, odnotowując w pamięci, że Bolkowi kilka uroków się należy.

– Szlachetny pradziad mój, Jóźwa, nakazał, by wszystkie słonice z tej szlachetnej linii zwały się Lucyna.

– Lucyna? – zdumiała się babka.

– Nie wyjaśnił powodów, a my nigdy nie śmieliśmy pytać o wyjaśnienie. Wybaczcie mój wartki słowotok, pani, ale jeśli mogę objaśnić, to słonica, którą poznać raczyłaś, nazywa się Lucyna Czwarta i jest darem mojej rodziny dla szlachetnego siostrzanego rodu Wielkiego Jóźwy, mojego pradziada. Tak ojce przekazać nakazali.

– A ja myślałam, że najgorsze, co mnie dzisiaj spotka, to dąsy Aurelki po pierwszym dniu szkoły – westchnęła ciężko Szeptucha.

– Nie wiem, o czym mówicie, pani – zasępił się Hindus.

– Nieważne – ucięła stara. – Wyjaśnij mi, o co z tym listem chodzi. I nie ściemniaj. Obydwoje z kotem wiemy, że mój Józuś tego napisać nie mógł. Zdolności takich nie miał.

Rajat zbladł ponownie i wykonał ruch, jakby miał się ponownie rzucić na kolana i pozbawić łepetynę świadomości w prostym zabiegu tłuczenia nim o twardą posadzkę.

– Ani się waż! – krzyknęła Szeptucha.

– Dobrze. To ja wszystko opowiem. – poddał się Rajat i usiadł na podłodze po turecku. – List pisała moja szlachetna prababka, żona szlachetnego Jóźwy. On sam jej to nakazał, bo chciał, żeby list był napisany piękną polszczyzną, która była u nas w domu językiem salonów.

– To brzmi prawdopodobnie – zgodziła się babka.

– To jest szczera prawda, o pani! Zechciej zerknąć na drugą stronę dokumentu. Tam zobaczysz szlachetne zdanie skreślone ręką pradziada, który rodzinę naszą doprowadził do dobrobytu i ustanowił jedną z najważniejszych w stanie Assam!

– Dobra, już się tak nie podniecaj, dzieciaku – wymamrotała babka, jednocześnie wyciągając dłoń po pożółkły pergamin i kontrolując czas. Lela spóźniała się już dwie minuty.

Skreślone na odwrocie słowa były mocno wyblakłe i trudne do odcyfrowania. Jedynie bystre oczy Mruczka były w stanie odczytać cokolwiek.

– Olsiu! – rozpoczął kot.

– Chyba Olesiu? – zaniepokoiła się babka.

– Może i tak, ale niewyraźne jest! – wnerwił się zwierzak. – Mogę kontynuować?

– No czytaj, czytaj! – ponagliła Szeptucha.

– „Olisiu! Nie wiem, jak opowiedzieć to wszystko, co mi się przydażyło, odkąt twuj pociąg odjechał. Koham cie”. I tyle! – podsumował kot.

– No, w szkole nigdy za mocny nie był – usprawiedliwiła młodszego brata babka. –  Ale przynajmniej to jest autentyczny Józek.

– Znaczy, wierzycie mi, pani? – uradował się Rajat.

– Mów mi prababko, chłopcze! – odparła Szeptucha, otwierając szeroko ramiona.

A Rajat zrobił to, co zawsze mu najlepiej wychodziło, gdy na polecenie pradziadka wycinał w pień herbacianą konkurencję. Uniósł się dwadzieścia centymetrów ponad podłogę i pstryknął palcami. Burza z gradem rozpętała się wyłącznie nad polem Stachańskich.

– No, teraz to od razu widać, żeśmy rodzina! – zarechotała paskudnie Szeptucha i skontrolowała zza firanki stopień zniszczeń na polu odwiecznych wrogów. Po chwili odwróciła się i badawczo zlustrowała spojrzeniem Rajata. Na swój sposób młodzieniec był przystojny i dobrze mu z oczu patrzyło. No i te zdolności nadprzyrodzone… Widać Józek jakieś geny ze świętej pamięci matuli też wziął i sprawnie przekazał dalej. Zawsze myślała, że to tylko jej w udziale przypadło, a tu taka niespodzianka. Lelka pewnie go polubi.

Trzasnęły drzwi wejściowe.

– Jestem, prababko! – zabrzmiał melodyjnie dziewczęcy głosik i do izby weszła najpiękniejsza dziewczyna, jaką Rajat kiedykolwiek widział. Stał jak wmurowany i gapił się na nią bez słowa.

– No co? – spłoszyła się Aurelia. – Na twarzy coś mam?

– Masz! – przytaknął drętwym głosem chłopak. – Masz na twarzy najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałem!

Aurelka uśmiechnęła się, a babka zatarła ręce z radości. Ciekawe, czy szeptusza matka, a dla tych dzieciaków praprababcia Marysia, ucieszyłaby się, gdyby pierworodna córka tych dwojga odziedziczyła po niej imię? Wszystko było kwestią czasu. I pomysłowości Szeptuchy oczywiście.

 

Puszcza Biała, 5 marca1942 r. Późny wieczór

Olesia nie pamiętała, w jaki sposób wydostała się z wózka szmaciarza, a blondyn jej tego nie wyjaśnił. Ocknęła się, gdy promienie słońca ogrzały jej twarz. Usiadła i uśmiechnęła się z trudem do wybawiciela.

– Udało się? – zapytała.

– Witaj w Generalnej Guberni – zaśmiał się szelmowsko. – Jeśli już lepiej się czujesz, to nie traćmy czasu, przed nami jeszcze daleka droga!

Olesia wstała posłusznie i zaczęła się zastanawiać, czy kiedykolwiek mówiła blondynowi, dokąd zmierza. Uznała, że znów mówiła przez sen albo chłopak wiedzie ją w sobie tylko znanym kierunku, który jeszcze do niedawna pokrywał się z jej drogą do domu. Stwierdziła, że na razie nie ma sensu o nic pytać. Czas pewne rzeczy wyjaśni.

Przez dłuższy czas szli w milczeniu i robili naprawdę krótkie przerwy, tyle tylko, by dać stopom chwilę wytchnienia. Olesia maszerowała dzielnie. Nie poznawała okolicy, ale znajomy zapach lasu, tak inny od ponurych kniei pod Bydgoszczą, niósł otuchę. Serce dziewczyny napełniała powoli nadzieja, a w wycieńczone ciało jakby wstąpił nowy duch.

– Zaraz się ściemni – przerwał milczenie blondyn. – Musimy chyba zatrzymać się na noc.

– Nic podobnego! – zaprotestowała Olesia. – Czuję, że jesteśmy już niedaleko! Idźmy dalej, proszę!

– Jak chcesz – wzruszył ramionami chłopak.

Oczy powoli przyzwyczajały się do gęstniejącego z każdą chwilą mroku, a księżyc litościwie wskazywał im ścieżkę. Olesia dreptała z entuzjazmem, jej serce wypełniła radość zastępująca nieśmiałą nadzieję. Właśnie rozpoznała przecinki za tartakiem, do którego kiedyś przyjechała z tatulem. Jeśli się nie myliła, to do domu zostało nie więcej niż dwadzieścia kilometrów.

– Tu zostaniemy! – zadecydował chłopak i stanął.

– Tutaj? – zaśmiała się dziewczyna. – Zaraz będziemy w domu, to nie ma powodu na noc stawać!

– Ale ja nie powiedziałem, że na noc tu będziemy stawać – odparł spokojnie blondyn. – Ja powiedziałem, że tu zostaniemy. Przynajmniej niektórzy z nas.

Odwrócił się powoli i światło księżyca ukazało jego twarz, z której płatami odpadała skóra. Spod skóry wyzierały opalizujące łuski. Uśmiech spadł na mech wraz z posiniałymi wargami.

– Pożyczyłem sobie skórę od szeregowego Ulricha. Tego, który ci się tak przyglądał, pamiętasz? – wysyczał dusioł.

Olesia jak przez mgłę przypomniała sobie grupkę Niemców i trzask rozbitej na bruku butelki.

– Czytasz w myślach, prawda? – odpowiedziała pytaniem.

– No pewnie – przytaknął stwór, otrząsając się z resztek Ulricha i prezentując oślizgłe, pokryte łuskami cielsko.

– Czego chcesz ode mnie? – krzyknęła histerycznie Olesia, powoli się wycofując.

– Chcę cię zjeść.

Prostota tego stwierdzenia kompletnie kłóciła się z wszystkim, czego dziewczyna doświadczyła przez ostatnią dobę. Roześmiała się.

– To mogłeś mnie zeżreć w tamtym lesie! Po co byś mnie aż do domu miał prowadzić?

– A po co wy dusicie mięso na wolnym ogniu? Ja pieczonego nie znoszę. Mój obiad kruszeje pod wpływem okoliczności. Tu, na przykład, złamanej nadziei.

– Nie wierzę! – wrzasnęła Olesia.

– Czasem się ma chęć na szybki chleb ze smalcem, a czasem na bigos, który dochodzi na wolnym ogniu przez kilka dni. – wyjaśnił uprzejmie dusioł.

Uwierzyła.

A potem wydarzenia nabrały tempa.

Potwór podbiegł do Olesi z obnażonymi kłami, dziewczyna odskoczyła w bok i poczuła na ramieniu muśnięcie wiatru.

Nie bój się. To ja, Lucyna. Jestem z tobą.

Olesia uchyliła się i schowała za brzozę. Tam pieszczotliwie połaskotał ją po karku cień.

Olesia, nie daj się. No nie daj się, dziewczyno! Dokop mu, Szczurku!

Tak mówił do niej tylko Antek. Olesia odwróciła się w stronę jałowców i przerażona pobiegła przed siebie.

– Mamo! – krzyknęła spanikowana. – Mamo, ratuj!

Dusioł był tuż za nią. Dyszał z podniecenia i mlaskał ozorem.

Olesia wyhamowała i odwróciła się. Ścieżkę oświetlił migotliwy blask, a to pozwoliło jej zrozumieć, że nie jest sama.

– Nie boję się ciebie! – wykrzyczała potworowi w pysk i rozbłysła purpurowym światłem. Z jej dłoni popłynął dym i otumanił dusioła. – Będziesz mnie słuchać! – rozkazała. – Zostaniesz w głębi lasu i ludzi żreć nie będziesz!

– Jak chcesz – zgodziła się obojętnie zahipnotyzowana paskuda i umknęła w las.

Olesia odetchnęła głęboko i starła z twarzy zdradzieckie łzy.

Idź za światłem, Szczurku.

Nawet, jeśli Antek chciał powiedzieć coś więcej, to jego głos utonął w szumie brzóz. Właśnie zerwał się wiatr, a zza linii drzew wytoczyła się chmura, zakrywając promienie księżyca. Jedynym drogowskazem było teraz migotliwe lśnienie. Olesia pobiegła za nim, nie oglądając się za siebie.

Maria stała w oknie, osłaniając dłonią drżący płomień zaszeptanej świecy. Czekała cierpliwie. Wkrótce zza sąsiednich zabudowań wyszła, stąpając ciężko, jej jedyna córka.

– Olesia! – wrzasnęła Maria, wybiegając przed dom boso i w nocnej koszuli.

– Mamo! – załkała dziewczyna, a po chwili wpadła w ramiona matki i chciwie chłonęła ten najwspanialszy na świecie zapach. Poczucie bezpieczeństwa.

Szeptucha 7

Szeptucha 7

Uciec jak najdalej cz. 2

Bydgoszcz, 4 marca 1942 r. Stacja kolejowa

Budynek dworcowy szczelnie wypełniali podróżni, gorączkowo zmierzający w stronę peronu lub stojący w kolejce do kasy biletowej. Olesia rozglądała się dyskretnie w poszukiwaniu Staszka i Józka, ale – jak dotąd – nie zauważyła żadnego z nich. Pociągnęła za sobą Lusię w stronę kolejki.

– Ja gadać będę! – syknęła jej do ucha. – A ty cicho siedź.

Kolejka posuwała się powoli, a Olesia zaciskała nerwowo dłonie. W głowie odtwarzała sobie niemieckie słówka, które powinna powiedzieć możliwie swobodnie przy kasie. Właśnie nadeszła jej kolej, gdy Lusia pociągnęła ją za rękaw i gorączkowo wyszeptała:

– Zobacz, zobacz! Antek! – Wskazała drewniane ławki poczekalni.

– Milcz! – syknęła Olesia.

– Bitte? – odezwała się uprzejmie kasjerka.

– Ich… ich… – zająknęła się Olesia.

– Ja? – zastygła w oczekiwaniu pracownica niemieckiej kolei.

– Antek! – wrzasnęła na cały regulator Luśka i wybiegła z kolejki, machając entuzjastycznie ręką. – Tu jesteśmy!

– Poproszę dwa bilety do Cieszyna – wyszeptała po niemiecku Olesia, przerażonym wzrokiem obserwując swojego narzeczonego, który kompletnie ogłupiały wstał z ławki i przyjął ciężar rzucającej mu się w ramiona Lucyny wykrzykującej na cały głos entuzjastyczne i zdecydowanie polskie słowa powitania.

Nie trzeba było długo czekać na reakcję Niemców. W ich stronę podbiegł patrol, a głowy wszystkich osób stojących w kolejce do kasy odwróciły się jak na komendę. Nawet bileterka uniosła się na łokciach ponad biurko i z zainteresowaniem śledziła przebieg zdarzeń. Żandarmi otoczyli durną Luśkę i bezradnego Antka, który potrząsnął przecząco głową, gdy patrol poprosił o dokumenty. Olesia rozglądała się w panice i namierzyła swojego brata Józka, stojącego kilka kroków od nich. Pokręcił głową, nakazując jej spokój, i bardzo powoli zaczął się wycofywać w stronę drzwi prowadzących na peron.

Luśka najwyraźniej załapała, że zrobiła coś bezdennie głupiego, i w panice przywarła do Antka. Ten odszukał spojrzenie Olesi stojącej na drugim końcu hali dworcowej i przez chwilę wpatrywał się w jej oczy. A potem żandarmi popchnęli jego i Lucynę w stronę drzwi wyjściowych. Luśka szlochała, a Antek obejmował ją mocno, próbując dodać jej odwagi. Podróżni zatracili zdolność generowania jakichkolwiek dźwięków. Cała hala zamarła w oczekiwaniu.

Budynek stacji przeszył terkot karabinów maszynowych. Ceglane ściany, kamienne posadzki i marmurowe lady omiótł zapach strachu i śmierci. Na stację wtoczyła się z gwizdem lokomotywa, ucinając napływające sprzed budynku dźwięki egzekucji.

– Słucham? – zwróciła się po niemiecku do Olesi kasjerka.

– Poproszę jeden bilet do Ciechanowa – odparła w tym samym języku dziewczyna.

– Jeden? – upewniła się Niemka.

– Tak, jeden. – Olesia nie odważyła się odwrócić w stronę poczekalni.

Kasjerka przyjęła pieniądze i wydała jej bilet, obojętnie się uśmiechając. W chwili, w której Olesia odchodziła od kasy, Niemka już jej nie pamiętała, profesjonalnie witając kolejnego podróżnego. Dziewczyna, próbując nie ściągać na siebie ciekawskich spojrzeń, przemknęła na peron. Gdy minęła drewniane wahadłowe drzwi, owiało ją lodowate powietrze. Wokół lokomotywy i wagonów krzątali się podróżni i pracownicy kolei. Olesia rozejrzała się po peronie w nadziei, że uda jej się znaleźć Józka, ale w kłębiącej się ciżbie było to kompletnie niemożliwe. Została wepchnięta do wagonu i po kolejnych szturchańcach udało się jej przykucnąć za ostatnią ławką przedziału. Obok niej usiadła na podłodze jakaś wieśniaczka z wiklinowym, gdaczącym koszem. Szok nie ustępował. Kiedy ma się niespełna dwadzieścia lat, życie jest czymś oczywistym. Śmierć jest sprawą abstrakcyjną, niemieszczącą się w strefie pojmowania świata, i nie jest istotne to, że chwilę wcześniej słyszałaś terkot karabinu.

Pociąg ruszył.

Ściśnięty w wagonach tłum zafalował i z rezygnacją poddał się kilkugodzinnej niewygodzie. Za brudnymi oknami śmigały obrazy opuszczonych wiosek, spalonych ostrzałem zagajników, i drutów kolczastych, na których osiadały zbłąkane płatki śniegu. Olesi było niewygodnie i zimno. Po kręgosłupie przebiegały jej dreszcze. Zamknęła oczy i zaczęła śnić.

– Olesia! – usłyszała głos mamy.

Jabłonka ugięła się ze skrzypieniem i spod korony liści wyskoczyły dwie niemiłosiernie brudne stopy. Ich właścicielka przez chwilę wierciła się na gałęzi, by po chwili zsunąć się na trawę.

– Idę, mamo! – odkrzyknęła.

Sad, skąpany w słońcu, pachniał owocami i mruczał złotymi pszczołami. Przy sztachetach wiły się krzaki malin obsypane owocami. Lato w tym roku było wyjątkowo łaskawe. Olesia pobiegła w stronę chałupy. Mama uśmiechnęła się do niej, a potem przybiegła stara Łopianowa i powiedziała absurdalne, niepasujące do tego ociężałego dnia słowa:

– Wojna się zaczęła!

Pszczoły nawet na chwilę nie przerwały swoich obowiązków. Ani myślały mieszać się w głupie ludzkie sprawy.

Pociąg mknął w stronę Generalnej Guberni. Olesia, skulona w kącie za ławką, próbowała nie dopuszczać do świadomości straty narzeczonego i najlepszej koleżanki z rodzinnej wioski. Miała tylko nadzieję, że Józek, jej brat, wyśliznął się jakoś ze stacji.

– Masz, jedz! – Trzepnęła ją w bok baba z wiklinowym koszem, podając suchara. – Jedz, dziecko.

Olesia spojrzała nieufnie na współpasażerkę, ale zapach jedzenia w końcu ją pokonał. Wzięła suchara i wymamrotała po niemiecku słowa podziękowania. Żuła go, nie czując kompletnie smaku, i wsłuchiwała się w stukot kół. Powtarzające się sekwencje dźwięków działały kojąco. Nie pozwalały dopuścić do otumanionego mózgu otaczającej rzeczywistości.

– Józek, gdzie jesteś? – wyszeptała bezradnie Olesia.

 

Kierzbudy, 1 września 2011 r.

– Jóźwa, powiedziałeś? – powtórzyła Szeptucha.

Rajat zamieszał łyżeczką herbatę, po czym natychmiast wstał i ukłonił się kilka razy, nieomal uderzając czołem w rant pieca.

– Dobra, dobra – osadziła go babka. – Siadaj i mów! Pradziadek? Józek?

Hindus zachłystnął się herbatką i natychmiast rzucił się na poplamioną wykładzinę.

– Józek! – Walnął energicznie czołem w linoleum. – Niech będzie błogosławione imię jego, i cześć rodu braminów, i boska warna moich szlachetnie urodzonych przodków!

– No, starczy już! Siadaj na zadku i gadaj wszystko jak na spowiedzi, calutką historię od samego początku.

Chłopak wstał z kolan i niepewnym krokiem podszedł do krzesła, rozcierając czerwone, najwyraźniej obolałe czoło.

– No nie mam, synuś, w kuchni dywanów, tak jak u was – cmoknęła z dezaprobatą babka. – I po co było tak łbem tłuc? Jeden masz tylko i do starości starczyć ci musi. A teraz opowiadaj mi, o co chodzi z moim Józkiem! Hindusem to on na pewno nie był – dodała Szeptucha odkrywczo.

– Nie? – zdziwił się Śri Rajat Abhijay Jóźwa.

– Nie! – odparła stanowczo.

– Szlachetna pani – ponownie napompował patosem swój głos Hindus. – Zechciejcie przyjąć z rąk mych ten dar bezcenny, który, wędrując przez obce krainy, najszybciej jak mogłem przywiodłem w twe domostwo. – Tu wsunął dłoń za połę koszuli, pogmerał chwilę, wyraźnie szamocząc się ze zwojami materiału, i mamrocząc po swojemu coś, co z pewnością nie mieściło się w kanonie konwersacji z damą z żadnej szerokości geograficznej.

Rajat wyciągnął wreszcie płócienne zawiniątko i – kłaniając się ostrożnie, by nie trzasnąć ponownie głową w stół – podał je Szeptusze. Ta z drżeniem rąk odwinęła materiał i na jej ręce wytoczyła się złota szkatułka. Jej wnętrza broniła maleńka zapadka zwieńczona rubinem wielkości paznokcia. Szeptucha pogmerała chwilę paluchem i wieczko odskoczyło. Wewnątrz szkatuły leżał pożółkły zwitek papieru. Babka wyjęła go ostrożnie i rozprostowała na stole.

Assam, 1945 r.

Najdroższa Olesiu,

tyle słów mi się pod pióro ciśnie…

Tak jak ty pewnie, ja również żałuję Lusi i Antka, i z każdym kolejnym rokiem zastanawiam się, czy udało ci się wrócić do domu, tak jak mi nie dane było. Tamte chwile na dworcu co noc mi się jawią niezależnie od szelestu herbacianych liści, westchnień mojej małżonki i stłumionych upałem pisków dzieci. Pierwszy raz w życiu zapłakałem, gdy twój pociąg odjechał w stronę Ciechanowa. Stałem na torach i płakałem. Jedyną rzeczą, która przyszła mi do głowy, był bieg w stronę morza. Potykając się o tory, biegłem na północ, i tak jak kiedyś przeklinałem las, który stał mi na drodze do Bydgoszczy, tak teraz cieszyło mnie każde smagnięcie sosnową gałęzią. Wydmy pokonałem w ciągu jednego dnia i kompletnie rozbity niepokojem o ciebie dotarłem do portu w Stettinie. Kręciłem się po redzie i w końcu wyczekałem moment. Statek nazywał się Kolberg. W swojej naiwności zakładałem, że ukryję się w maszynowni i za dzień lub dwa wyląduję w Kołobrzegu. Minął miesiąc i wymknąłem się na brzeg w Surat. Nawet nie wiesz, droga siostro, jak odmienny to był świat. Zapach powietrza, dźwięki i wszystko co mnie otaczało…

Udało mi się niepostrzeżenie ześlizgnąć po burcie do wody i dotarłem wpław na suchy brzeg. Nie rozumiałem nawet jednego słowa, a zapachy i odgłosy nie kojarzyły mi się z niczym znajomym. Miasto portowe wrzeszczało tysiącem śpiewnych rozmów. Gwar był porównywalny z kakofonią dźwięków, gdy Niemcy spędzali nas do wagonów na wywózkę. Bo przecież wtedy nawet niebo, choć podobno dzielimy wszyscy wspólny błękit, protestowało skłębionymi chmurami.

– Guzik prawda! – zaprotestowała babka. – Mój Józuś w życiu by się nie naumiał tak pisać. To nie jest list od mojego brata!

– Faaaake! – zamiauczał Mruczek, łypiąc na Hindusa spode łba.

Rajat zzieleniał na twarzy i natychmiast osunął się na linoleum. Trzepnął gorliwie łbem i zastygł w bezruchu.

– Patrz no, kocie! – zarechotała stara – Jakie to nieodporne te Hindusy! A nasza krew to niby, józkowa chyba.

Tranzystor stojący na lodówce wyśpiewał ostatni w tym sezonie sygnał „Lata z radiem”. Normalnie w latach osiemdziesiątych poleciałaby Urszula z dmuchawcami, ale to se ne vrati, więc ciszę nad nieruchomym ciałem Hindusa przeszyły jazgotliwe dźwięki jakiegoś paskudnego ugrupowania rodem z piekła, albo, co gorsza, z Niemiec. Skoczna melodyjka nie ocuciła Rajata, więc Szeptucha cmoknęła z dezaprobatą i nie bez wysiłku wciągnęła nieprzytomnego na okrytą narzutą wersalkę.

– Niech se odpocznie niebożę – zadysponowała babka, rzucając niedbale pergamin na stolik. – Chodź, Mruczek, na grzyby. Aurelka przyjdzie, to se duszonych zje.

Mruczek był ostatnim na tej planecie potencjalnym wielbicielem spacerów po lesie, ale mimo wszystko wolał towarzystwo wrednych jałowców i utyskującej babki niż tego dziwacznego przybysza śmierdzącego słoniowym łajnem. Parsknął szyderczo na widok słonia, który podjął beznadziejną próbę ukrycia się za obórką i – wyprężywszy ogon – skoczył pomiędzy kwitnące wrzosy. Słudzy Hindusa jakby się w powietrzu rozpłynęli.

 

Zichenau, 4 marca 1942 r. Zmierzch

Zziębnięta Olesia starała się bezszelestnie wymknąć się ze stacji kolejowej w Cieszynie. Przed budynkiem stało kilku Niemców, wyraźnie widocznych w świetle latarni gazowej. Jeden z żołnierzy właśnie rozgniótł niedopałek papierosa na bruku i spojrzał na dziewczynę. Ta zastygła jak schwytana w smugę światła sarna, ale po chwili zmusiła nogi do spokojnego spaceru w dół ulicy. Nie znała miasta, ale miała nadzieję, że zmierza w stronę ulic i budynków miejskich, które zdołają ukryć ją przed grupkami takimi jak ta.

Czuła na plecach wzrok młodego Niemca i wyobrażała sobie, że za chwilę usłyszy śmiercionośne „Halt!”. Tymczasem jedynym dźwiękiem był hałas stłuczonej butelki.

Ulrich zdjął badawcze spojrzenie z młodej kobiety i skupił się na swoich pijanych kolegach. Uskoczył przed strugą alkoholu cieknącego w stronę jego oficerek po nierównym bruku i kompletnie zapomniał o dziewczynie. Gustav, słaniając się na nogach, uwiesił się na nim.

– Heili, heilo… – zaintonował bełkotliwie.

– Ein Heller und ein Batzen, die waren beide mein… – zawtórował mu sierżant Schmidtke i była to ostania kwestia wokalna, jaką wygłosił w swym trzydziestoletnim życiu.

Stwór zwany dusiołem z pewnym utęsknieniem odnotował utratę tropu blondynki, ale burczenie w brzuchu zdecydowanie wykluczyło wybrzydzanie w kwestiach kulinarnych. Z umiarkowanym entuzjazmem zabrał się za pijanych niemieckich żołnierzy. Pierwszego rozdarł na pół bez zbytecznych ceregieli i pożarł w mgnieniu oka. Jak było do przewidzenia, reszta zaprotestowała jękliwie i chwyciła za karabiny. Wypluwane histerycznie naboje odbijały się rykoszetem od łusek potwora. Dusioł otrząsnął się z metalu i pobiegł za zataczającym się Ulrichem. Błoto kryjące się za brukowaną ulicą osunęło się, a Niemiec ugrzęznął w pułapce. Dusioł przełknął drugą nogę Ulricha, wypluwając z obrzydzeniem parę oficerek i jedną onucę. Druga zawieruszyła się bezpowrotnie. Jeszcze tylko drobny kęs i przeżucie kręgosłupa sierżanta Schmidtkego, i można ruszać w pościg za apetyczną Polką.

 

Kierzbudy, 1 września 2011 r. Podgrzybkowa górka

– Coś mi się, kocie, widzi, że nieogarnięty ten Rajat, ale jednak rodzina – westchnęła Szeptucha, siadając ciężko na pniaku.

– Miau! – uznał za stosowne skomentować Mruczek.

– Co ty taki podejrzliwy jesteś? – ofuknęła go babka.

– Miau!

– Wiem, list jest podrabiany, ale w dobrej wierze może?

– Faaaakeeee! – prychnął zwierzak.

– No wiem, ale coś w tym jest, musisz przyznać. Dzieciak może i beżowy z karnacji, ale do Jóźwy mojego jak dwie krople podobny.

– Miau! – spuentował Mruczek i wypuścił z zębów wiklinowy koszyczek. Osadził go łagodnie na mchu pomiędzy jagodzianami, i jak grzeczny kotek usiadł obok i zajął się toaletą ogona i okolic.

– No prawda, grzybki – zreflektowała się Szeptucha i umościła się wygodniej na sosnowym pniaku.

– Khe, khe – zakasłał Mruczek.

– No to raz i dwa! – klasnęła w dłonie babka. – Podgrzybki w dwuszeregu zbiórka! Robacze na powrót do lasu, a zdrowe do mojego podwórka! Prawdziwki do koszyka! Rydze odciąć nogi pełne łyka! Muchomory czerwone na stronę! A czerwieniejące, lasem pachnące, mają mi przynieść zające!

– Do letniej kuchni! – sprecyzował kot.

– No tak – zgodziła się Szeptucha i wstała. Puknęła kosturem w mech i nie oglądając się na koszyk ruszyła w stronę domu.

 

Bugmunde, 4 marca1942 r. Pięć minut przed północą

Olesia leżała nieruchomo za linią sosen i obserwowała oświetlony most łączący Rzeszę z Gubernią. Wokół panowała cisza. W budce strażników nie dało się odnotować najmniejszego ruchu. W mroźnym powietrzu widoczny był tylko oddech dziewczyny, która właśnie pojęła swoje beznadziejne położenie. Most był z obydwu stron opleciony zasiekami z drutu kolczastego. Patrole najwyraźniej stacjonowały po obydwu stronach rzeki w Nowym Dworze Mazowieckim. Motory zaopatrzone w karabiny maszynowe pilnowały wszystkich tras wylotowych. Nawet szczur by się nie przecisnął.

Dziewczyna zsunęła się po zmarzniętym parowie i wpadła wprost w ramiona chłopaka, który wyrósł przed nią kompletnie niespodziewanie. Wrzasnęła i odskoczyła jak oparzona. Blondyn wyglądał sympatycznie, ale dotychczasowe życie nauczyło Olesię, że obcym wierzyć zdecydowanie nie należy.

– Nie bój się! – powiedział łagodnie obcy. – Ja też chcę się tam przedostać.

– Naprawdę? – zapytała Olesia, właściwie głównie po to, by sprawdzić, czy ciągle potrafi mówić po polsku.

– Tak, znam szmaciarza, który jeździ codziennie przez most. Pomoże, ale musimy poczekać do rana. Może odpoczniesz? Ja będę czuwał – zapewnił blondyn i uśmiechnął się ciepło.

– Dziękuję – szepnęła Olesia i zwinęła się w kłębek na zmrożonym mchu.

Chłopak usiadł tuż obok i zdjął z siebie niemiecką, pozbawioną dystynkcji kurtkę wojskową. Otulił nią śpiącą dziewczynę i sam po chwili zachrapał.

Nowodworska noc rozkwitła bezchmurnym niebem i gwiazdami. Ziemię mogła toczyć agresją kolejna wojna, ale wszechświat miał to w nosie.

Wkrótce nad Nowym Dworem Mazowieckim narodził się kolejny dzień i nikt nie był w stanie temu przeszkodzić. A szkoda.

 

Kierzbudy, 1 września 2011 r. Tuż po grzybobraniu

Słoń najwyraźniej ponownie musiał iść na stronę. Nie zważając na człapiącą powolnie Szeptuchę w asyście cwanego kota przesadził ogrodzenie i wkradł się na pole Stachańskich

– Hłe, hłe! – skomentowała zdarzenie babka, strzelając Mruczka familiarnie w ucho.

– Miau! – zaprotestował zwierzak.

Szeptucha poszła do chałupy i włączyła komputery. Sprawdziła rozkład jazdy PKS i zsynchronizowała zegarek ze spodziewaną godziną powrotu Aurelki ze szkoły. Potem odpaliła Google. Była ciekawa, co tam w Indiach słychać. Po piętnastu minutach przedzierania się przez doniesienia z Bollywood natrafiła na całkiem interesujący artykuł o hinduskich warnach i kastach, który wyjaśnił jej nieco dziwaczne zachowanie Rajata. Jednak prawdziwą bombą okazał się okraszony czarno-białymi zdjęciami artykuł o uprawie herbaty w indyjskim stanie Assam. Jedno z nich po powiększeniu ukazało wąsatego mężczyznę trzymającego delikatnie w palcach młody, herbaciany pęd.

– Mruczek! – wrzasnęła babka. – Przynieś no mi okulary!

Samo w sobie było to niezwykłe. Szeptucha stanowczo twierdziła, że wzrok ma sokoli, a starość się jej nie ima.

Zwierzak wywrócił bursztynowymi oczami i leniwie wyprężył grzbiet.

– Rusz się, leniu! – Babka pstryknęła palcami i niewielkie wyładowanie elektryczne zdecydowanie spotęgowało motywację kota.

Zdjęcie było słabej jakości, ale rysy twarzy nie pozostawiały wątpliwości. Na zdjęciu był Józek. Cały, zdrowy i uśmiechnięty.

– Mój braciszek mały! – roztkliwiła się Szeptucha i ponownie pacnęła Mruczka w ucho.

– Co znów? – zaprotestował.

– Leć do kuchni, Rajata obudź, i go tu natychmiast przyprowadź. I ten list fałszywy przynieś! – zażądała stara i ponownie wpiła uzbrojone w okulary spojrzenie w zdjęcie Józka.