Browsed by
Tag: teksty

image_pdfimage_print
Dzień dziecka

Dzień dziecka

Witajcie drodzy czytelnicy!

Wszystkim małym i dużym dzieciom życzymy szerokiego uśmiechu i samych radości w życiu. Dzień dziecka jakoś nas sprowokował do wspomnień, czego efektem są poniższe felietony :)

glowa_izy

W sumie to byłam grzecznym dzieckiem. A przynajmniej w świadomości rodziców. Moich i cudzych. Nawet niektórzy stawiali mnie za przykład, a mój kolega tak się kiedyś wkurzył, że kazał swoim rodzicom mnie adoptować, a jego oddać do domu dziecka. Był nawet skłonny to przeżyć, byle tylko go oddali z wieżą hi-fi :)

Uczyłam się dobrze, ale to właśnie ja nauczyłam całą klasę z podstawówki pluć na odległość i gwizdać na palcach. Ech, ależ ja się wtedy oplułam, żeby posiąść tę przydatną umiejętność. Ja nie wiem dlaczego, ale zawsze jak w szkole ktoś coś zmalował, to wszyscy w pierwszej kolejności patrzyli na mnie. Ale to nic.  Przy naszej podstawówce był spory most, a przy moście szła rura ciepłownicza. Oczywiście biegła na zewnętrz, już poza barierkami i wiadomo, że co większy kozak musiał po niej przejść. Hm, przyznałam się mamie jak już miałam po trzydziestce. Nie chcecie wiedzieć jak się zdenerwowała.

Później, w liceum, na amen unieruchomiłam sprzęt audio w pracowni języka angielskiego. Jako że chodziłam do klasy językowej, to nasz nauczyciel nękał nas tym angielskim przez dziesięć godzin tygodniowo, a w poniedziałki robił nam klasówki ze słuchu.  Sprzęt trzeszczał, chrzęścił, nikt niczego nie kumał i nie słyszał, więc w poniedziałki wszyscy równo chwytali pały.

Nasz nauczyciel trzymał taśmy do tego cholerstwa w metalowej szafce zamykanej na klucz, więc pewnego razu wetknęłam w zamek kawałek zapałki i tym oto sposobem załatwiłam gościa na kilka tygodni, a rzesza uczniów po dziś dzień nie wie, komu zawdzięcza wyższą średnią z Anglika. Cóż, niestety nasze szczęście nie mogło trwać wiecznie, bo w końcu przyszedł pan Zbyszek, czyli nasz woźny i jakoś dobrał się do tej szafki i z powrotem uruchomił w niej zamek. Koszmar powrócił. Poniedziałkowy horror powrócił do klas. Na szczęście, niedługo po tym tragicznym w skutkach zdarzeniu przyjechali do nas Duńczycy na wymianę i szkoła zorganizowała dyskotekę. Zgłosiłam się na ochotnika do pilnowania szatni i jeszcze namówiłam kolegę. Heh, wcale nie dlatego, że nie chciało mi się tańczyć z Wikingami, ale dlatego, że szatnia miała się mieścić w naszej angielskiej pracowni. A tam był ten przeklęty audio sprzęt, a od czasu ponownego otwarcia metalowej szafki, znów w poniedziałki hurtowo posypały się pały.

No tak, do mojego planu był potrzebny ktoś silny, więc skołowaliśmy jeszcze szkolnego osiłka, co rozumem nie grzeszył i przystąpiliśmy do dzieła. Zdjęliśmy tablicę ze ściany, bo tam biegł kabel do głośnika. Przecięliśmy kabel i od razu połatałam go zwędzoną tacie taśmą izolacyjną tak, żeby nic nie stykało. Z wierzchu owinęliśmy go ładnie i koledzy z powrotem powiesili tablicę na swoim miejscu.

Ech! Iluż fachowców nie wzywano na odsiecz. Nawet niektórzy zdejmowali tę tablicę, ale widząc profesjonalnie połatany i zaizolowany kabel, wieszali ją z powrotem. Sprzęt działał, a nie działał. I na tym właśnie polegał geniusz naszego podstępu, bo o ile mi po wielu latach doniesiono, ten głośnik nie działa do dziś. :)

Mam tylko nadzieję, że dyrekcja szkoły nie skojarzy mnie jutro po panieńskim nazwisku. A może jednak, na wszelki wypadek, usunę moje liceum z Facebooka. (?) :)

kolaż 1

 

glowka_Jagny_new

Z dniem dziecka najbardziej kojarzy mi się wyprawa do Zielonej Budki z dziadkiem. Miałam pewnie nie więcej, niż sześć lat, był piękny słoneczny dzień. Taki w sam raz na spacer zalaną słońcem ulicę Rakowiecką prosto do Puławskiej. Dziadek palił „radomskiego”, ja podskakiwałam podniecona wizją lodów w więcej niż dwóch smakach. A tak! W Zielonej Budce były aż cztery smaki, czyli śmietankowe, truskawkowe, pistacjowe i kakaowe, co w tamtych czasach było poczytywane jako rozrzutność granicząca z szaleństwem.

Nas, dzieci PRL-u życie specjalnie nie rozpieszczało, jeśli chodzi o sferę doznań kulinarnych. Czekoladę widywało się głównie na święta i to też nie zawsze a teoretycznie powszechnie dostępne „wyroby czekoladopodobne” były tak pyszne że aż gębę wykręcało. Był głód wszystkiego. W mojej podstawówce hitem były oranżadki w proszku sprzedawane w trójkątnych, papierowych rożkach z wizerunkiem D’Artagnana z popularnej w latach 80’ bajki z pieskami w roli głównej.

Się na taką oranżadkę zrzucało solidarnie z koleżanką i kupowało w pobliskim warzywniaku. A potem szło chodnikiem, ciągnąc worki z kapciami po ziemi i na zmianę maczało brudne, obślinione paluchy w owej oranżadce. Oranżadki zresztą nie zawsze w warzywniaku były, ale i na to kreatywne dzieciaki PRL-u miały rozwiązanie. Chodziło się do apteki po „Visolvit”, który był (podobno) zestawem witamin dla dzieci. W torebce, w proszku, musujące i słodkawe – to wystarczało :)

Raz na jakiś czas szkołą wstrząsała wiadomość: w warzywniaku pojawiły się żelkowe misie! Biegło się z wypiekami na twarzy i nerwowo szukało pieniędzy po kieszeniach. Tak! Stać mnie na trzy! A rumiany Pan Wiesio z namaszczeniem kładł szczypcami na kawałek gazety rzeczone trzy misie, zawijał fachowo i podawał nieletnim klientom, którzy między sobą szeptali z przejęciem, że miśki przyjechały aż z RFN :)

Z tym warzywniakiem wiąże się jedno z moich najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa. Otóż miałam może ze cztery lata i szłam z mamą po zakupy. Uparłam się, żeby zabrać jakiegoś pluszaka w wiklinowym koszyku. I pech chciał, że stojąc z mamą w kolejce przejechałam tym koszykiem jakiejś starszej pani po pończochach, oczywiście drąc je niemiłosiernie. Kobieta zaczęła się awanturować w sposób niewspółmierny do okoliczności i wyzywać mnie od tumanów. Moja matka, grzecznie przepraszając wyjęła z portfela kwotę znacznie przekraczającą wartość pocerowanych pończoch i równie grzecznie poprosiła, żeby kobieta łaskawie przestała się drzeć na dziecko, czyli na mnie :)

Nie powiem, byłam przerażona, zwłaszcza, że kobieta wyrwała mojej mamie pieniądze z ręki i wyzywając ją od chamek dostojnie opuściła warzywniak. A niezastąpiony pan Wiesio wyskoczył zza lady, złapał mnie pod pachy i posadził na świętej ladzie na której stał słoik z żelowymi miśkami. Chwilę pomajstrował szczypcami w środku i położył mi kilka upragnionych żelków na dłoni. Tego dnia czułam się jak królowa warzywniaka :)

A jak już przy pierwszych wspomnieniach jesteśmy, to dziwnym zbiegiem okoliczności dosłownie parę dni temu rozmawiałam o tym z moją matką chrzestną. Ona moje wczesne dzieciństwo pamięta nieco inaczej.

Tu muszę wyjaśnić, że jako niespełna dwuletnie dziecko przejawiałam niezdrową fascynację guzikami. Moja mama twierdzi, że „gui” czyli guzik było pierwszym słowem, jakie wypowiedziałam. Mogłam się bez końca nimi bawić i jakoś nikt się wtedy nie zastanawiał, czy ich nie zeżrę i się nie zadławię.

Feralnego dnia podróżowałam z moją matką chrzestną dość zatłoczonym autobusem. Siedziałam u niej na kolanach. Koło nas stał facet. Trzeba Wam wiedzieć, że wtedy rozporki były z guzików. Namierzyłam gościa i krzycząc radośnie „guzik” chwyciłam go za przyrodzenie :)

kolaż2

Elektryka prąd nie tyka

Elektryka prąd nie tyka

13279432_1161938593836580_1582512296_n

Tak przynajmniej mówią a ja nie mam podstaw, żeby nie wierzyć. Pan Darek, który przy okazji każdego remontu grzebie w moich domowych instalacjach ma się świetnie.

Czyli muszą istnieć ludzie, których prąd lubi a ponieważ świat nie znosi pustki, muszą być też tacy, których prąd ma w głębokiej pogardzie. I ja Wam zaraz udowodnię, że należę do tej drugiej kategorii i jestem jaskrawym przykładem prądowej nietolerancji, by nie powiedzieć dyskryminacji.

Jeśli komukolwiek walnie żarówka przy włączeniu światła to zawsze jestem to ja. Strzelają sobie te żarówki radośnie w kuchni, sypialni, w łazience, na klatce schodowej a nawet w akwarium. Regularnie wysadzam też korki a zapewniam Was, że nie robię niczego podejrzanego. Co więcej, niezrozumiała nienawiść prądu do mojej skromnej osoby rozciąga się na wszystkie urządzenia, które ten piekielnik ma w swojej władzy. I oczywiście zawsze wszystko się sypie w najmniej oczekiwanym momencie.

Kiedyś nowy piekarnik nawalił, to znaczy tuż po zamontowaniu zwyczajnie nie ożył . Dzwonię na infolinię, mówię co i jak.

– Ale to nie ma prawa się zepsuć proszę pani – odpowiada pan technik.

Zęby zaciskam, podążam za wskazówkami technika i oczywiście nic z tego nie wychodzi. Po kilku dniach przychodzi serwisant. Drapie się po głowie, myśli, kombinuje.

– Programator by nawalił? Ale w nowym? Niemożliwe.

No jak niemożliwe, jak możliwe? Nie takie rzeczy są dla mnie możliwe. Panie kochany ja nawet umiem tak kanał w telewizorze przełączyć, że jest czarny ekran a dźwięk słychać, albo tak, że jest obraz jednego kanału i dźwięk z poprzedniego! A czasem pilot kompletnie nie reaguje na moje polecenia. Rzucam się wymieniać baterie a w tym czasie mąż przechwytuje owo szatańskie urządzenie i spokojnie zaczyna zmieniać kanały. A ja stoję w progu pokoju z bateriami w garści i przekleństwem na ustach.

A wracając do piekarnika. Pan serwisant wymienił niesprawną część, zademonstrował, że wszystko działa i sobie poszedł. Cała zadowolona postanowiłam go włączyć. I co? Korki huknęły aż miło. Doprowadzona do furii dzwonię po pomoc do pana Darka.

– Oj pani nic nie rusza, bo to jak nic jakieś zwarcie.

No więc nie ruszam. Po godzinie zjawia się elektryk. Włącza jednym palcem piekarnik a korki w milczeniu współpracują. Pan Darek zagląda w ich czeluść i chwilę coś tam sprawdza.

– Ale tu wszystko w porządku jest – mówi, a ja wiem, że uważa mnie chyba za wariatkę, tylko przez grzeczność nic nie mówi.

Czasami psuję coś tak, że pada na amen, tak jak mój stary laptop. Ot zgasł sobie i po nim. No to ja w lament, bo jak pisać bez komputera? Mąż, jak zwykle przy okazji moich awarii elektryczno-elektronicznych jest gdzieś tam w świecie w delegacji. Dzwonię, jęczę, pytam retorycznie – jak żyć?

– Stary był, miał prawo się zepsuć – kwituje mąż, chyba głównie po to, żeby babskich lamentów nie słuchać.

Sprzęt faktycznie nie młody, naprawiać pewnie się nie opłaca. Zapada decyzja. Kupujemy nowy. Stary walnęłam do jakiejś szafki i więcej do niego nie wracałam, choć w środku zostało parę rzeczy, które wolałabym odzyskać. I tak z rok zleciał. Pewnego dnia mój mąż szukał czegoś w rzeczonej szafie i przy okazji odnalazł stary komputer.

– O! Zupełnie o nim zapomniałam – ćwierkam radośnie. – Może by go tak dać do jakiegoś magika od odzyskiwania danych?

Mąż bez słowa wyciągnął zakurzony sprzęt i ustawił na stole. Nacisnął jeden przycisk a komputer bez protestu ożył. Mąż popatrzył na mnie dziwnie i chyba nawet trochę poczerwieniał na twarzy. A komputer odziedziczyła moja mama. Służy jej bez najmniejszego problemu :)

Psuję aparaty fotograficzne, suszarki, blendery, wszystko co ma związek z prądem. Gdy jedziemy gdzieś samochodem, to mąż patrzy z obawą za każdym razem, gdy mój palec zbliża się do radia. Ale to wszystko to pikuś w porównaniu z tym co mam z telefonami. Ciągle się psują, zawieszają, coś im się kasuje, same dzwonią albo nie dzwonią wcale. Budzik dzwoni kiedy chce, albo nie dzwoni w ogóle. Czasem dostaję sms-y po roku od wysłania go przez nadawcę a bywa, że moje nigdy nie docierają do adresata.

Kojarzycie taki sen, że się biegnie i stoi w miejscu, albo porusza się bardzo wolno? I oczywiście prawie zawsze ktoś groźny nadbiega z tyłu. No to ja regularnie śnię taki koszmar, że muszę gdzieś zadzwonić i to jest sprawa życia i śmierci. I oczywiście stukam palcem w telefon, otwiera się milion rzeczy, ja się przez nie przedzieram, czas ucieka i nie mogę zadzwonić. Koszmar, mówię Wam 😀

Nietrudno więc zgadnąć, że swój elektroniczny numer stulecia wywinęłam właśnie przy pomocy telefonu. Tego zdradzieckiego, cholernego telefonu.

A było to tak. Jakiś czas wcześniej, przed właściwą akcją, poznałam przemiłą dziewczynę, mieszkającą w Polsce Irlandkę. Poznałyśmy się przez naszych mężów, którzy to z kolei poznali się w sferach zawodowych. Dziewczyna nie miała wówczas zbyt wielu znajomych, więc przylgnęła do mnie od razu. Co tu dużo gadać, polubiłyśmy się od pierwszego wejrzenia. Dwa razy umówiłyśmy się na mieście aż przyszedł czas na „udomowienie” nowej koleżanki. Umówiłyśmy się, że przyjedzie do mnie (wraz z małym synkiem w wózku) metrem i przechwycę ją na stacji metra. Przed wejściem na swoją stację miała mi puścić sms-a, że już jedzie.

No i super. Chałupa wysprzątana, lasagne w piekarniku czeka na podgrzanie. Przychodzi sms, więc powoli się ubieram, jednocześnie pisząc wiadomość, że zaraz wychodzę. W połowie pisania telefon zaczyna wariować. Ale jak malowniczo! Wyłącza się i włącza raz za razem. W kółko i bez końca.

Zadowolona z własnego pomysłu wyjęłam dziadowi baterię. Poczekałam chwilkę, zamontowałam ponownie. Telefon ożył… i po chwili powrócił do niekończącego się resetowania. Czas mijał, więc wrzuciłam wyśpiewujący bez końca melodyjkę startową telefon do torebki i pobiegłam do metra. Czekam. Wjeżdża jeden pociąg, potem drugi, trzeci. Jak okiem sięgnąć żadnej dziewczyny z wózkiem. Wyszłam na schody, przy których miała na mnie czekać. Chwilę postałam, oczywiście cały czas mocując się z telefonem. Potem uznałam, że muszę natychmiast wracać do domu i odzyskać utraconą łączność z koleżanką przy pomocy telefonu stacjonarnego. Wbiegłam z rozwianym włosem do domu, łapię za słuchawkę i w tej samej chwili spływa na mnie bolesna świadomość. Przecież jedynym miejscem, gdzie jest zapisany numer Irlandki jest szalejący bez chwili przerwy telefon. Opadły mi ręce, ale umysł gorączkowo zaczął szukać rozwiązania. Mam! Zadzwonię do męża, który w tymże czasie przebywał na arcyważnym szkoleniu gdzieś w Anglii. On pewnie ma w swoim telefonie numer do niej! Przytykam paluch do klawiatury.

Eeeee… więc właściwie to jaki numer jest do niego?

Rzuciłam się do teczki z dokumentami, wytrząsam papier za papierem na podłogę. Jest! Umowa abonencka, niżej numer. Wklepuję. Dzwonię. Poczta się włącza. Dzwonię ponownie. Nie odbiera. Kolejna świetlana myśl – sms-a mu wyślę, że bardzo ważną sprawę mam. Oh wait… sms-a stacjonarnym? Może jeszcze selfika sobie strzelę? Zaśmiałam się ponuro i właściwie nie bardzo wiedząc co dalej ze sobą robić, zaczęłam raz za razem bezmyślnie wstukiwać mężowski numer. A nuż się uda?

Co w tym czasie działo się u koleżanki? Otóż puściła mi sms-a, że jest, że po drugiej stronie stacji widzi windę, wjedzie na górę, i tam się spotkamy. Zaniepokojona moją nieobecnością i milczeniem postanowiła zadzwonić do mojego męża, ale potem sobie przypomniała, że nie ma do niego numeru. Zadzwoniła więc do swojego męża, który był na arcyważnej konferencji w Stanach. Mąż też się zmartwił co się ze mną stało i zadzwonił do mojego męża do Anglii. Ten, jak się domyślacie zaczął wydzwaniać na moją komórkę, która dalej skręcała się w konwulsjach na kuchennym blacie. Na stacjonarny nie miał prawa się dodzwonić, bo przecież ja, jak nienormalna dzwoniłam do niego. Co więcej, coś kiedyś w nim popsułam i jak ktoś dzwonił a było zajęte, to od razu włączała się poczta głosowa.

Zdenerwowany mąż postanowił więc zadzwonić do mojej matki, która oczywiście natychmiast zaczęła dzwonić do mnie na komórkę i na stacjonarny i podobnie jak mężowi – nic jej z tego nie wyszło. Postanowiła więc zadzwonić do mojej siostry. Siostra niewiele myśląc założyła buty i przybiegła do mnie, cały czas próbując rzecz jasna dodzwonić się na moją komórkę i stacjonarny.

Siostra zastała mnie nad setną próbą dodzwonienia się do męża. Wpadła z obłędem w oczach i od progu wysapała.

– Żyjesz?

Żyłam, a jakże, właściwie to wewnętrzna furia tak mną targała, że żyłam bardziej niż zwykle :)

Namierzyłam jej telefon i rzuciłam się jak harpia. W połowie lotu zorientowałam się, że przecież siostra nie może mieć numeru do mojej koleżanki, której nawet nie zna. Zadzwoniłyśmy więc do mojego męża do Anglii, który zadzwonił do męża koleżanki do USA a tamten podał numer, który potem przyszedł do mojej siostry sms-em z Anglii :)

Po przeszło godzinie międzykontynentalnych poszukiwań zlokalizowałam dziewczynę po drugiej stronie stacji metra. Pobiegłam jakby mnie diabeł gonił, osierocając restartujący się telefon tam, gdzie go poprzednio rzuciłam. Siostra popukała się wymownie w czoło i poszła do domu. A ja gnając chodnikiem myślałam, że w sumie to szczęście, że mój telefon daje tak wyraźne dowody swojego szaleństwa, to pokażę go koleżance, żeby nie myślała, że jakaś psychiczna jestem. Ujrzałam ją koło windy, już dobiegając do niej zaczęłam się kajać i opowiadać co cholerny telefon mi wyciął. I jeszcze rzuciłam coś w stylu, że pokażę jej ten fenomen, gdy tylko dotrzemy na miejsce.

Wchodzimy do mieszkania. Odruchowo spojrzałam na zdradziecki telefon. Leżał sobie cichutko na kuchennym blacie. Zamrugałam oczami z niedowierzaniem. Usadziłam koleżankę nad kubkiem herbaty z mlekiem i drżącą ręką sięgnęłam po telefon. Spróbowałam włączyć i uwierzcie mi, że nieomal odetchnęłam z ulgą, gdy nic się nie stało.

– Baterię wyjmij – poradziła znajoma.

Tak też zrobiłam, jednocześnie opowiadając jej, ileż razy czyniłam to wcześniej. Po chwili telefon mrugnął do mnie filuternie i pisnął informacyjnie, że jest w stanie pełnej gotowości do działania. Zamarłam a on w tym czasie zaczął raz za razem generować dziwne dźwięki.

– Aha! – powiedziałam triumfująco a po chwili się zamknęłam, gdy tylko dotarło do mnie, że to hurtowo spływają powiadomienia o setce nieodebranych połączeń :)

Aby przerwać tę ze wszech miar krępującą scenę zaczęłam wyciągać talerze.

– Upiekłam dla ciebie pyszną lasagne – powiedziałam chcąc zamazać w pamięci trudne początki tego spotkania.

Koleżanka się nie skarżyła, ale po godzinnym czekaniu przy stacji metra po prostu musiała być głodna. Rzuciłam się do piekarnika i włączyłam go.

A potem rozległ się huk wysadzonych korków 😀

Ciemną nocą. Kucharki rządzą światem.

Ciemną nocą. Kucharki rządzą światem.

Kucharki rządzą światem

Iza: Jesteś?

15 minut później…

Iza: No jesteś durna babo?

10 minut później…

Jagna: Jestem, ale tykhiuehoaiu

Iza: Co kurde?

5 minut później…

Jagna: Już jestem, sorry, sos mi kapnął z łyżki jak ci odpisywałam i musiałam wytrzeć. Widocznie coś tam powciskałam na klawiaturze.

Iza: Co ty tam wyprawiasz? W kuchni działasz?

Jagna: No działam, robię ramen na bloga. Sto miseczek rozstawionych po blatach, pierdolnik totalny, kuchnia wygląda jak nieboskie stworzenie.

Iza: O za japońszczyznę się wzięłaś? 😀 I co na to rodzina?

Jagna: Oczywiście stoją i przebierają nogami.

Iza: Moi mi ostatnio powiedzieli, że są bardzo zadowoleni z tego, że prowadzę bloga. Twierdzą, że zdecydowanie im odpowiada aktualna częstotliwość i jakość żywienia 😀

Jagna: No ja myślę, kopertki z jabłuszkami na przykład były mega 😀

Iza: Wchłonęli w pięć minut 😀

Jagna: Poczekaj chwilę!

Dziesięć minut później…

Jagna: Sorry, znów zniknęłam. Ale musiałam ramen ratować. Rzucili się, do gara, jak dzikusy a ja z tobą gadałam i nie zdążyłam zdjęć zrobić. Odpędziłam towarzystwo i zabrałam się za pstrykanie fotek.

Iza: Moi już wyszkoleni. Mąż wpłynął do kuchni na fali zapachów ogórkowej. Talerz z parującą zupką stał na stole i sobie pachniał rozkosznie…

Jagna: Weź, bo się ślinię 😀

Iza: Dobra, skup się na akcji a nie na zapachu 😀 Mąż podszedł powoli do talerza i tak od niechcenia musnął palcami jego brzeg. I tak nieśmiało stanął obok z cielęcym uśmiechem. To się uprzejmie zapytałam, czego chce. A on tak jakby berecik mnąc w rąsiach spojrzał na talerzyk i siada grzecznie przy stole wbijając spojrzenie w ogórkową. To uśmiechnęłam się uprzejmie. A on tak mlasnął wymownie i zapytał: Zrobiłaś już zdjęcia? Wyszły? Można jeść?

Jagna: HA HA HA 😀 Biedni są ci nasi ukochani 😀

Iza: Ważne, że szkoleni.

Jagna: Dokładnie! Właśnie podsłuchałam moich. Szepczą do siebie siedząc w salonie. „Poczekaj, zaraz matka zdjęcia zrobi, to będzie kolacja!”, „Ale tato, głodna jestem!”. „Cicho bądź! Już kończy!”

 

Iza: Ręka, która rządzi michą rządzi całym światem 😀

Ciemną nocą. Katar i tulipany ;)

Ciemną nocą. Katar i tulipany ;)

Ciemną nocą…

Jagna: Piszesz?

Iza: Nie, dzisiaj nie bardzo mogę.

Jagna: A co się stało? Wena ci siadła?

Iza: E tam, wena to mi nigdy nie siada :)

Jagna: No to niechciej Cię złapał.

Iza: Skąd! Full odpał i energia.

Jagna: No to już nie wiem. Gadaj w czym problem?

Iza: A żeby jeden był… sześć konkretnie.

Jagna: ???

Iza: Mąż, dzieci, koty i pies 😀 Non stop coś chcą. Głównie do żarcia oczywiście. Mam wrażenie, że żarcie z ich talerzy i misek jest zasysane centralnie do dziury kosmicznej. A Ty piszesz?

Jagna: Ha ha ha…  Ja też nie. Też mam problem. Mąż chory. Czujesz?

Iza: No a jak, przecież faceci nie chorują, oni walczą o życie.

Jagna: Coś w tym jest… Poszłam dzisiaj do apteki i mówię do zaprzyjaźnionej farmaceutki: „Poproszę coś na przeziębienie”. I chyba niepotrzebnie dodałam: „Dla męża”. A ona pyta, co mężowi jest. To ja na to, że ma katar. Ona patrzy na mnie: „I co jeszcze mu dolega?”. To mówię: „No tylko katar”. Farmaceutka spojrzała na mnie z takim wieloznacznym uśmiechem i podaje jakiś tam gripex czy inny fervex. I takim głosem – wiesz teoretycznie grobowym a w praktyce pełnym od tłumionego śmiechu – mówi do mnie: „To powinno pomóc”. Wzięłam, zapłaciłam, pośmiałam się pod nosem i idę w stronę domu. Przystanęłam na chwilę koło straganu z tulipanami. I tak stoję chwilę, z kwiaciarką gadam a tu nagle ktoś koło mnie staje i uśmiecha się od ucha do ucha. Patrzę a to znajoma farmaceutka. Widać zaraz po moim wyjściu skończyła zmianę. I tak patrzy na mnie, na te tulipany nieszczęsne i powiada tak: „A co pani tu jeszcze robi? Przecież w domu chłop umiera.” Po czym rechocząc na cały głos idzie dalej.

Iza:  😀

Jagna: I w końcu z tego wszystkiego tulipanów nie kupiłam. Jakoś tak niezręcznie było. A jakby mąż pomyślał, że się szykuję do pogrzebu? 😀

„Do trzech razy sztuka”. Fragment nowej powieści Izy

„Do trzech razy sztuka”. Fragment nowej powieści Izy

Zapraszamy do lektury fragmentu najnowszej powieści Izy, która będzie miała premierę 9 czerwca. Tekst w stanie roboczym, przed korektą i redakcją :)

„Do trzech razy sztuka” 

Przyjaciółka już od progu wyczuła, że jest źle, ale nie przypuszczała, że aż tak. Wystarczyły dwa zdania, by w lot załapała, co się stało.

– Matko, czułam, że coś jest nie teges, ale nie sądziłam, że tak bardzo.

– No, pochrzaniło się wszystko – westchnęła zdruzgotana Anka.

Mąż Lucyny przebywał na konferencji, więc wyprawiwszy syna do spania, gospodyni w pierwszej kolejności sięgnęła po zapasy wina. Wybrała białe półwytrawne.

– Niezłe – chlipnęła Anka znad kieliszka.

– Kochana, w takim przypadku nie można pić byle czego. Jak już masz się wstawić, to przynajmniej czymś dobrym. Przecież wszystko naraz nie może być złe. Zaraz zamówię pizzę – powiedziała i profilaktycznie postawiła w zasięgu ręki paczkę chusteczek higienicznych.

Anka nigdy nie była beksą, ale przy takiej akcji mogło być różnie. Lucyna dwoiła się i troiła, by rozruszać przyjaciółkę, ale sama miała świadomość, że sytuacja jest beznadziejna. Przygotowania do ślubu szły pełną parą, wszystko było zaklepane i zapłacone. Sukienka wisiała w szafie. Planowanie zemsty samo w sobie było cudowne. Zemsta z zasady była rozkoszą bogów, ale jeśli Anka byłaby skłonna zastosować się do swoich pomysłów choć w połowie, do końca życia nie wyszłaby z więzienia.

– Mam ochotę go zabić. Boże, moja głowa – czknęła rano skacowana Anka.

– Może nie tak prędko? Może najpierw upewnij się jeszcze? Przecież to nie są żarty?

– Co ty powiesz – syknęła Anka sarkastycznie i nagle pobladła. Wyraz jej twarzy nie zdradzał niczego dobrego. Wstała i biegiem rzuciła się w stronę toalety.

– Żyjesz?

– Tak! Cholerna pizza mi zaszkodziła.

– Noo, jasne. Jak długo żyję jeszcze nie widziałam, żeby ktoś miał kaca po pizzy.

– Ale ja mam mdłości – jęknęła Anka znad pistacjowego sedesu z motywem oliwek, których nie znosiła.

– Masz! Weź to pod język – Lucyna zaordynowała przyjaciółce tabletkę.

– To dla kotów, czy koni? – Zapytała Anka świadoma, że przyjaciółkę stać na wiele.

– Nie, głupia – roześmiała się Lucyna, to homeopatyk dla dzieci.

– To jeszcze mi powiedz, jak można dać zielone oliwki na desce od kibla? Równie dobrze mógłby tam być motyw schabowego z kapustą… – Anka mruknęła zniesmaczona, a Lucyna zareagowała głośnym śmiechem.

– To prezent od klienta. Niedawno robiłam jego suczce cesarkę i z wdzięczności, że wszystko dobrze poszło, sprezentował mi tę deskę. Ma jakieś studio reklamowe i robią tam różne takie zabawne rzeczy, a że pękła mi stara deska, tymczasowo dałam tę w oliwki. Lepsza taka niż zimny fajans na tyłku, no nie?

– No pewnie, a co się urodziło? – zapytała Anka przez grzeczność.

– Pięć biszkoptów.

– Czego? – Anka spojrzała na przyjaciółkę jak na wariatkę.

– Matko. – Lucyna westchnęła z politowaniem. – Biszkoptowych labradorów, sieroto.

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 3

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 3

Wyjrzałem ostrożnie zza liści i badałem dno. Wyczuwałem jakąś nieuchwytną zmianę w otoczeniu i dopiero po chwili zorientowałem się, że w przedpokoju zapaliło się światło. Moja żona wróciła. Rzuciłem się w stronę mojej wypisanej czarnymi kamyczkami wiadomości. Zniknęła! Zostały po niej wyłącznie żałosne sterty żwiru. Za moimi plecami rozległ się szyderczy rechot, więc odwróciłem się gwałtownie i stanąłem oko w oko z tym porąbanym skorupiakiem. Nienawiść stłumiła racjonalne myślenie, nawet się nie zdziwiłem, że rak potrafi się śmiać i do tego złośliwie.

– Zabiję cię! – wrzasnąłem i, nie zważając na zdecydowanie większe gabaryty przeciwnika, ostro natarłem.

– Chciałbym to widzieć – odezwał się rak zblazowanym głosem.

Zdumienie osadziło mnie w miejscu. Przełknąłem siebie w roli gupika, zaakceptowałem hrabiego muchę, ale gadający rak? Mój rak? Ten sam, za którego zapłaciłem 150 złotych w sklepie akwarystycznym? Wtedy właśnie zrozumiałem, że to wszystko mi się śni i za Boga nie mogę się obudzić. Paradoksalnie, z punktu poprawił mi się nastrój. W końcu skoro to wszystko nie dzieje się naprawdę, to nic mi nie grozi.

– Od kiedy to skorupiaki potrafią gadać? A jeśli potrafią gadać, to może niech taki jeden idiota odpowie mi łaskawie, co mu przeszkadzał mój napis na piasku? – zapytałem wobec tego agresywnie i bez cienia strachu w głosie.

– Siedzę w tym tak samo jak ty, baranie – skomentował, niezupełnie odpowiadając na zadane pytania. – Tylko, że ty możesz się stąd wyrwać, a ja nie mam szans! To se razem posiedzimy – zarechotał.

Porażony absurdem sytuacji parsknąłem śmiechem a z moich rybich ust posypały się perliste bąbelki. Do boku łasiła się samica, naprzeciw mnie stał rak i właśnie ogłaszał, że także jest ofiarą inwersji bez szans na powrót do własnego ciała, a do tego rybia brać właśnie wzmogła kotłowaninę w okolicach uchylonej pokrywy. Do kuchni weszła moja żona i pochyliła się zaglądając do wnętrza akwarium. Przez chwilę patrzyła uważnie a potem sypnęła do środka szczyptę pokarmu. Gupiki zwariowały.

– Jesteś tu? – zapytała moja żona.

Zdębiałem i podpłynąłem do samej szyby a wraz ze mną cała banda ryb. Nie dało się ich odgonić. Niczym się od nich nie odróżniałem. Chciałem dać żonie jakiś znak, ale nic sensownego nie przychodziło mi do głowy.

– Chyba kompletnie zwariowałam – powiedziała, gasząc jednocześnie światło w moim więzieniu.

Po raz pierwszy od chwili gdy tu utknąłem wodę spowił mrok. Kompletnie zdezorientowany tłukłem się pomiędzy roślinkami, po omacku próbując trafić do swojej kryjówki.

– Nie chcesz wiedzieć kim jestem? – głos dobiegł z niebezpiecznie małej odległości.

Wzmogłem czujność i nie zaryzykowałem odpowiedzi. Po cichu wycofałem się pod pierwsze zarośla, o jakie otarł się mój ogon.

– Wiem gdzie jesteś, przede mną się nie ukryjesz – rak ewidentnie się nudził.

Kuźwa, czym ja sobie zasłużyłem na to wszystko? Jakby wszystkiego było mało, mój prześladowca widzi w ciemnościach, podczas gdy ja jestem ślepy jak kret?

– Otóż musisz wiedzieć, że jestem ważnym politykiem i swoją obecną postać zawdzięczam niefortunnemu spotkaniu podczas próby zjedzenia obiadu.

Nawet najlżejszym szmerem nie zdradzałem swojej lokalizacji. Wzmianka o polityku dodatkowo wzmogła moją czujność.

– To było w Tajlandii. Podszedł do stolika taki jeden kitajec, czy jak mu tam i zaciągnął mnie do akwarium. Przykucnąłem, zajrzałem i po chwili siedziałem już w środku. A moje ciało padło jak długie, zresztą dokładnie wiesz jak jest, więc co ci będę gadał. Co z nim dalej zrobili, to już nie wiem. Ja natomiast uratowałem się cudem. Pewnie skończyłbym na kupce ryżu, ale następnego dnia do knajpy przyszła grupa nawiedzonych akwarystów, takich łowców gatunków. Ich także kelner cholerny powiódł przed szybę i wtedy jeden z nich wskazał na mnie palcem i zaczął gorączkowo coś tam gadać. Chyba po angielsku gadał, bo nic nie rozumiałem, ale przeżegnałem się szczypcami, bo poczułem, że mój czas się kończy i zaraz wyląduję we wrzątku. Szczęście się jednak do mnie uśmiechnęło. Zapakowali mnie w foliowy worek i wręczyli temu gościowi. Ten sprzedał mnie innemu kolesiowi i dalej już poszło. W końcu trafiłem do akwarystycznego w którym mnie kupiłeś.

Na swoje nieszczęście najwyraźniej, pomyślałem i bezszelestnie odpłynąłem głębiej, do samego systemu korzeniowego rośliny.

– Nie mam pojęcia, gdzie jest moje ciało. Pewnie zostało w Tajlandii – głos raka przeszył nocną ciszę akwarium.

Nie odpowiedziałem. Siedziałem przy korzeniu i nasłuchiwałem. Cisza, której tłem był kojący szmer brzęczyka podziałała usypiająco nie tylko na mojego prześladowcę. Odpłynąłem i śniłem.

Wstałem z fotela i przeciągnąłem się. Żona, zwinięta w kłębek na kanapie oglądała jakieś pierdoły w telewizji. Miałem na dzisiaj dość komputera. Poszedłem do kuchni po piwo.

– Nakarm ryby, dobrze? – zawołała żona z pokoju.

Otworzyłem butelkę i postawiłem ją na kuchennym blacie. Z szafki wyjąłem opakowanie wybitnie śmierdzącego żarcia dla ryb. Wsypałem odrobinę do akwarium i usiadłem na stołku. Lubiłem podglądać wodne życie zamknięte w szklanym więzieniu.

Pomiędzy gupiki wpadł rak, cholerny pasożyt i destruktor. Ryby rozpierzchły się na boki, ale jeden młody samiec nie zdążył. Niebieski skorupiak chwycił go szczypcami a ryba wiła się rozpaczliwie. Słuszny gniew we mnie zagrał i wsadziłem rękę do wody. Bacznie śledząc sytuację w akwarium manewrowałem dłonią, by uchwycić cholernika. Gdy w końcu go unieruchomiłem, ten wyciągnął w stronę szyby wijącą się rybę. W jej oczach widać było strach i cierpienie.

Koszmar ma to do siebie, że kończy się gwałtownym przebudzeniem. Wzdrygnąłem się i zassałem ogromną masę wody w próbie krzyku. Właściwie dobrze się stało, że z moich rybich ust nie wydarł się żaden dźwięk, bo dzięki temu uchwyciłem strzęp wielce interesującego dialogu.

– Wczoraj mu powiedziałem, chyba mocno nim wstrząsnęło – szeptał rak.

– Czyli wszystko przebiega według planu? – zabzyczał dyskretnie Bogdan.

– Zgadza się.

– Mam nadzieję. Ściągnięcie go do środka zajęło nam dwa tygodnie. Nie wiem jak ty, ale ja czuję, że mucha nie dożyje jesieni. Kończy mi się czas.

– Rak chyba też młody nie jest, a do tego żona gupika ma teraz inne sprawy na głowie i nie czyści filtrów.

– Nie narzekaj, dobrze? To jest element planu, jakoś to przeżyjesz. Chłoptaś jest już nasz. Dobrze, że ten napis mu zniszczyłeś.

– No a co miałem zrobić? Nie może uciec za wcześnie. Najpierw musimy mu pokazać, że bez nas nie da rady uciec.

– Trzymaj rękę na pulsie. Ja wrócę koło południa. – zabzyczał mucha i odleciał.

Moje myśli galopowały. W niepojęty dla mnie sposób te dwa sukinsyny obserwowały mnie przez ostatnie tygodnie i uknuły dziwaczny spisek. Mamy być ich sposobem na ratunek. Musiałem robić dobrą minę do złej gry. Jeśli będę spektakularnie naiwny, wówczas kochani koledzy uczynią wszystko żebym uciekł. Oczywiście w nadziei, że z wdzięczności odnajdę ich ciała. Gwoli ścisłości gazety czytam regularnie i wiem, że ciało polityka sprowadzono do kraju. To jednak był ten wycinek wiedzy, którym zdecydowanie nie zamierzałem się dzielić ani ze skorupiakiem, ani ze zdradzieckim muchą. Podejmując decyzję wypłynąłem spomiędzy liści. Rzut oka na lekko rozmyty z tej perspektywy ścienny kalendarz wskazywał, że właśnie w bólach szarego świtu rodziła się sobota. Żona z pewnością spała. Rozkosznie zaróżowiona, zakopana w satynę kołdry. To dawało mi czas na działanie.

– Ej! – krzyknąłem w stronę jaskini skorupiaka.

– Czego? – odpowiedział, nieudolnie symulując głos wyrwanego ze snu niewinnego raka.

– Słuchaj, może jakoś sobie pomożemy?

Rak wyszedł przed chałupę i rozpostarł imponujące cielsko na piasku. Jego wąsy, dłuższe niż cały odwłok nieprzerwanie skanowały dno.

– Co proponujesz? – zapytał.

– Znajdę twoje ciało, tylko pomóż mi stąd wyjść – wypaliłem.

Durny polityk najwyraźniej właśnie na to czekał.

– Wiesz kim jestem? – zapytał.

– No pewnie, w mediach podawali relacje z wyjazdu posła z ramienia …

– Dobra, dobra. Cicho – wrzasnął rak. – Sprawdzisz wszystko w googlach, tak?

– Wszystkiego się dowiem, nie przejmuj się. Jest tu jeszcze taka mucha … – zawiesiłem wyczekująco głos.

– Mucha? Jaka mucha? – zapytał niewinnie polityk w chitynowym pancerzyku.

– No hrabia Bogdan, też zamieniony, tyle że w muchę. Musiałeś słyszeć nasze rozmowy – wyjaśniłem chytrze.

– A coś tam bzyczało, ale nie mam w zwyczaju podsłuchiwania, więc wybacz …

Jasne, pomyślałem. Nie masz w zwyczaju tak jak ta cała twoja partia. A nie nagrywałeś tylko dlatego, że nie miałeś na czym.

– No tak – odparłem. – To może zreferuję w skrócie przebieg naszych rozmów. Hrabia Bogdan tkwi w ciele muchy już ponad miesiąc i niefortunnie nie ma pojęcia, gdzie zostało ulokowane jego własne ciało. Odkrył sposób jak odwrócić inwersję i …

– Inwersję? – wtrącił obłudnie rak.

– Inwersja to zamiana tożsamości – starałem się zachować neutralny ton.  – Dlatego tu jesteśmy, ale jeśli będziemy współpracować, to wydostaniemy się z tego wszyscy trzej.

– Skąd to przekonanie? – polityk podsunął sobie do otworu gębowego świeżutki liść mojego bezcennego anubiasa i zaczął go beznamiętnie przeżuwać.

– Ponieważ jako jedyny wiem, gdzie jest moje ciało, prawda? Wystarczy skomunikować się z moją żoną, ale jeśli będziesz psuł moje wiadomości, to raczej nic z tego nie wyjdzie! – odparłem z mocą.

– Bracie! – wrzasnął z entuzjazmem rak – Pomożemy!

Czując się jak na wiecu partii uśmiechnąłem się krzywo i wróciłem do konstruowania napisu. Po chwili na piasek wytoczył się fałszywy skorupiak i zaczął popychać na środek czarne kamyczki. Praca zajęła nam mniej więcej dwie godziny, ale efekt był imponujący. HELP było jeszcze wyraźniejsze, ułożone z podwójnego rzędu kamyków. Żona musiała to zauważyć.

Z rozgłośnym bzyczeniem nadciągnął hrabia i przysiadł na skraju pokrywy.

– Ach przyjacielu, cóż moje oczy widzą! – eksplodował egzaltacją.

– Witamy! – odparłem, uzbrajając się w czujność.

– Powinszować napisu.

– Nie tylko moja w tym zasługa. Proszę pozwolić, że przedstawię pana Stanisława..

– Uszanowanie! – wtrącił się rak.

– Pan Stanisław, poseł z … – z całych sił grałem głupka.

– Niezmiernie jestem rad z tej znajomości! – znów wciął się polityk.

– Ja również i pozwolę sobie wyrazić swoją radość widząc panów poczynania. – zabrzęczał Bogdan.

– Myślę, że to powinno zadziałać i wkrótce wszyscy trzej znajdziemy się w zupełnie innych okolicznościach – skorupiak akcentując słowo „zupełnie” najwyraźniej sugerował zgrabną akcję korupcyjną.

– Ja ze swojej strony z pewnością nie omieszkam panów ugościć w naszych rodzinnych stronach! – Bogdan oczami wyobraźni już dekorował sale pałacu kolorami partii.

– Myślę, że moja żona zrozumie napis, ale nie będzie wiedziała co z tym fantem zrobić. Potrzebne będą dalsze informacje. Czy macie panowie jakieś pomysły? – zapytałem.

– Drogi przyjacielu! Jeśli to nie pomoże, to wypiszemy instrukcje cukrem na kuchennym blacie, albo ponownie ułożymy informacje na piasku. Damy radę. – uspokajająco zaszemrał hrabia.

– Przyjaciele! – zaczął uroczyście rak i momentalnie umilkł.

Do kuchni weszła żona. Mucha pospiesznie umknął a rak wycofał się za kamienie. Gupiki, kompletnie nieświadome dramatyzmu sytuacji, chmarą wypłynęły spomiędzy krzaków w nadziei na sesję karmienia. Moja kobieta włączyła światło w akwarium i zamarła. Jej usta bezgłośnie się poruszały. Bez trudu wyczytałem swoje imię. Żona próbowała przeniknąć wzrokiem wnętrze i mnie namierzyć. Po chwili poddała się z westchnieniem zawodu i nasypała szczodrą porcję żarcia. Wyszła, gasząc uprzednio światło. Gdybym miał się zakładać, to powiedziałbym, że pojechała do szpitala. Miałem nadzieję, że po moje ciało.

– Więc może ktoś w końcu mi powie, jakie są rokowania? – wycedziła żona Krzysztofa z całych sił powstrzymując krzyk.

Lekarz, student właściwie, taki młody dupek, któremu już zdołano wszczepić rozbuchaną godność osobistą w miejsce wiedzy, wzruszył arogancko ramionami. Gwoli ścisłości, spędził cały dzień na kuciu łacińskich cytatów, bez których nie da się parzyć kawy docentom. W efekcie nie widział żadnego pacjenta, a już z pewnością faceta o którego pytała kobieta.

– Rokowania są pomyślne! – zełgał na poczekaniu.

– Czyli?

Ze skrzypieniem przedwojennych łożysk środkiem korytarza przetoczył się wózek kuchenny. Porcje parówek, oblepione nabytym w niedogrzanym korytarzu tłuszczem, łypały filuternie.

Kobieta, przełykając dzielnie kompletny absurd podawania zapakowanej w podłużne folijki siekanki ścięgien, oczu i mózgów osobom na ścisłej diecie, zmiażdżyła pogardliwym spojrzeniem gówniarza w szarawym kitlu. Gnój nadawał się do pożarcia i zjadliwej notki w Fakcie, ale paradoksalnie miał głos decyzyjny w sprawach życia i śmierci. Zwłaszcza tego drugiego. To sprawiło, że zmusiła twarz do przybrania wyrazu łagodnej zadumy i oczy do cielęcego spojrzenia, które miało zasygnalizować durniowi, że jest boski, mądry i wspaniały, a mała kobietka niczego nie rozumieć i kochać mądry pan doktor z młodzieńczym trądzikiem.

– Czy męża można teraz odwiedzić? – zapytała aksamitnym głosem.

– Nie widzę przeciwwskazań – zagulgotał, choć nie miał pojęcia o kim mowa. Jak mu starsi koledzy tłumaczyli, fakt opieki nad oddziałem to sprawa umowna, a pacjentów świetnie doglądają pielęgniarki.

Żona Krzysztofa bez słowa wyminęła młodego debila, który wkrótce będzie debilem w średnim wieku a jedyną różnicą między nimi będzie tytuł naukowy tego drugiego. Korytarz był obstawiony łóżkami z chorymi, którzy usiłowali skrywać dolegliwości pod przykrótkimi kołdrami – jedynym gwarantowanym przez szpital narzędziem dyskrecji. Pogodzeni z losem, co jest eleganckim określeniem umierających, pacjenci mimowolnie obserwowali kobietę. Ostatni dowód na istnienie prawdziwego życia poza murami umieralni.

Krzysztof leżał dokładnie w tej samej pozycji, w jakiej widziała go poprzednio. Pogłaskała go po policzku. Mężczyzna zatrzepotał dłońmi i na chwilę otworzył niewidzące oczy.

Co chwilę zerkałem, w nadziei, że zauważę jakiś ruch w kuchni, ale nic się nie działo.

Rak wylazł i usadowił się na środku kamienia. Nie komentował, żarł liście anubiasa i od niechcenia popychał czarne kamyczki w literze H.

Milczeliśmy, choć każdy z innego powodu.

Ukraść wózek i dźwignąć Krzysztofa to była bułka z masłem. Przejście przez korytarz i próba przedostania się do windy też nie była tak wielkim problemem. Nawet dotarcie poza teren szpitala po wyszczerbionym podjeździe dla inwalidów było wykonalne. Zamówienie stosownej taksówki dla osób niepełnosprawnych już nie.

Po kilkunastu nieudanych próbach, żona Krzysztofa zdarła z siebie płaszcz i troskliwie owinęła nim ciało. Po czym z wysiłkiem pchnęła wózek w górę ulicy.

Zawsze ufałem w zdrowy rozsądek mojej żony i jej racjonalne spojrzenie na świat. Byłem pewien, że zrozumiała i próbuje mnie uratować.

– Panie Hrabio – zagaiłem, próbując zyskać na czasie. – Zechce mi Pan opowiedzieć co nieco o losach pańskiej szlachetnej rodziny?

Wiedziałem, że taki haczyk nadęty mucha z pewnością łyknie.

– Ach, doprawdy niezmiernie jestem zaszczycony, że Pan o moją szlachetną rodzinę się dopytuje. Otóż w XII wieku nasz protoplasta Sebastian, w swej umysłu przenikliwości żupnikiem będąc …

Bla bla bla, pomyślałem bez grama szacunku dla protoplasty Sebastiana i niecierpliwie zerknąłem do kuchni. Gdzieś tam, na granicy słyszalności rejestrowałem kolejne perypetie krewniaków Bogdana. Mucha wyraźnie się rozkręcił i właśnie dochodził do połowy XVIII wieku. Rak trwał nieporuszony na kamieniu.

Do kuchni zakradło się światło z przedpokoju.

Wtłoczenie wózka do mieszkania nie było skomplikowane. Problem tkwił w kuchennych futrynach, za wąskich, by swobodnie przetoczyć staromodny wózek przez próg. Krzysztof był zbyt ciężki, by wnieść go do kuchni, więc kobieta wyjęła ze schowka dłuto, dzięki któremu zawsze przycinali na odpowiednią grubość pień choinki. Z determinacją godną słusznej sprawy przerabiała na drzazgi oporne drewno przez dobrą godzinę.

Hałas odłupywanych futryn był ogłuszający. W wodzie głos roznosi się zupełnie inaczej, a gwałtowne dźwięki sprawiają ból. Siedzący na brzegu pokrywy Bogdan zupełnie tego nie dostrzegał i w swoich opowieściach właśnie docierał do połowy XIX wieku.

Czekałem.

Przepchnięcie wózka przez żałosne wspomnienie eleganckich futryn okazało się proste i po chwili wózek znalazł się przed akwarium. Ryby jak zwykle zleciały się w nadziei na żarcie. Kobieta podeszła i chwyciwszy ciało męża za włosy nakierowała jego zamknięte oczy na zbiornik.

Odgoniłem samice i podpłynąłem do szyby. Wraz ze mną kotłowało się kilku innych samców, ale tym razem miałem pewność, że uda mi się wyróżnić. Trzymałem w pysku odgryziony przez posła Stanisława liść anubiasa.

Musiała mnie poznać.

Jedna z ryb zaczęła wariować. Podpłynęła z liściem w pysku. Zataczała się pod jej ciężarem kręcąc w okolicach filtra dziwaczne młynki. Krzysztof.

Za szkłem żona strzeliła moje ciało z całej siły w pysk. Oczy ciała otworzyły się w nagłym szoku i wpiły się w szybę wyrażając bezmierne zdumienie. Schwyciłem spojrzenie i, z miażdżącym wolę życia przerażającym dźwiękiem, poszybowałem w chwilowy niebyt.

Powrót do ciała okazał się bolesnym doznaniem. Ciążenie sprawiło, że załkałem z tęsknoty za wodą, kończyny nie chciały mnie słuchać a do tego w całym ciele czułem ból odleżyn.  Niczego nie rozumiałem. Łacińskie źródła hrabiego nie kłamały. Dopadła mnie czasowa amnezja.

– Jak się czujesz? – zapytała troskliwie żona niecierpliwie odganiając muchę.

Skinąłem głową, starając się włożyć w gest maksimum entuzjazmu.

– To dobrze kochanie – powiedziała. – Jezu, jak mnie ta mucha wkurwia! – Moja ukochana chwyciła gazetę i pacnęła od serca owada.

Dopiero kilka tygodni później przypomniałem sobie, że ową muchą był Bogdan ale pewności nie miałem, podobnie, jak nigdy bym się nie przyznał, że byłem gupikiem. Wkrótce odzyskałem władzę w rękach i w nogach.

 

Akwarium z gupikami żona oddała sąsiadowi, ale ten całkiem głupi nie był i stanowczo odmówił przyjęcia raka. Kiedyś, dawno temu dostałem w prezencie na urodziny małe akwarium wyposażone w filtr i światło. Taki zestaw dla debila i policzek dla profesjonalnego akwarysty. Zapakowałem tam skorupiaka. Zbiorniczek ulokowałem naprzeciw telewizora, który z upodobaniem nastawiam na debaty wyborcze. Niech i poseł Stanisław ma coś od życia.

Zrozum rozum ;)

Zrozum rozum ;)

Mózg to przedziwny organ. Każdy z Was, zapytany o jego definicję, z pewnością powie, że mózg jest niezbędny a jego użyteczności nie da się przecenić. No i jeszcze, że jest czynny całą dobę jak Tesco oraz bez chwili przerwy SŁUŻY organizmowi człowieka. Totalny błąd! To my służymy naszym mózgom, co zaraz Wam udowodnię.

Jest, na przykład, człowiek na diecie i bohatersko walczy z kilogramami. A co na to mózg?

Weź ciasteczko. No weź. Są w dolnej szufladzie. No nikt przecież nie zauważy!

Wybiera młoda dziewczyna chłopaka, a mózg co?

Co z tego, że ten miły i taki ułożony? Tamten łobuz wprawdzie, ale jaki czarujący!

Podchodzi konsument do półki sklepowej i bierze z niej małą torebeczkę. A mózg:

Co z tego, że tam jest napisane „Cukier wanilinowy”. Pozwól, że do końca życia będę ci wyświetlał napis „Cukier waniliowy”.

Namiętny palacz wsiada do samolotu.

Wiem, że zwykle wytrzymujesz pół dnia bez fajka, ale dzisiaj tak zmanipuluję twoje neurony, że za dziesięć minut oszalejesz z głodu nikotynowego.

Zrobił człowiek siusiu i na luzie wychodzi z domu.

Ojej, nigdzie w promieniu kilometra nie ma toalety? Pozwól, że wyślę do twojego pęcherza nowe koordynaty.

Masz dzisiaj ważne wystąpienie i musisz wypaść perfekcyjnie?

Powodzenia! Wysyłam mojego tajnego agenta. Agent Stres zawiaduje drżeniem rąk i głosu. Pomoże ci.

I tak dalej, i tak dalej.

Skoro zostało udowodnione, że mózg jest naszym wrogiem, to należy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy można z nim walczyć? Oczywiście, że nie można, bo ten drań rządzi nami niepodzielnie. Cóż więc robić?

Na szczęście jest rozwiązanie.

Skoro wygrać się nie da, to należy przejść do jego obozu. W końcu opłaca się trzymać ze zwycięzcą, prawda? 😉

A wtedy dialogi będą wyglądały zupełnie inaczej.

Mózg mówi: Chyba ciało tłuszczu nabrało?

A Ty: Tak! Dowalmy mu mózgu! 1000 kalorii i siłownia! Niech ma skurczybyk za swoje!

Mózg na to: Ale ono by chciało teraz pospać trochę dłużej.

A Ty: O nie! Mowy nie ma! My mózgu musimy pracować, więc niech i ten obibok wstaje!

 

Przećwiczcie jutro rano. W końcu nieubłagalnie nadciąga poniedziałek 😀

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 2

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 2

Kobieta ostrożnie przeszła przez sionkę i zapukała do drzwi izby. Po chwili usłyszała suche kaszlnięcie i zinterpretowała je jako powściągliwe zaproszenie. Drzwi z jękiem ustąpiły. Staruszka siedziała zwrócona przygarbionymi plecami w stronę wejścia.

– Przepraszam za niespodziewane najście – odezwała się łagodnym głosem żona Krzysztofa i nieomal natychmiast umilkła zbita z tropu charczącym śmiechem starej.

– Niespodziewane najście? – zarechotała szeptucha. – No dajże spokój!

– Przepraszam, ale nie rozumiem. –  zaprotestowała kobieta.

– Ach wyczułam Cię dziecko z daleka i nawet się przyglądałam jak się przedzierasz przez ten zapuszczony maliniak.

– Okiem duszy? – wtrąciła uprzejmie przybyła.

– Okiem monitoringu, moje dziecko. – Stara odwróciła się do rzędu komputerów, prawą, sękatą dłonią przebiegła po klawiaturze jednego z nich wylogowując okno fejsbuka. – Moje kamery wychwyciły cię już przy trasie Białostockiej – dorzuciła życzliwie. – A co cię tu właściwie sprowadza?

Żona Krzysztofa przestąpiła z nogi na nogę i pocierając w zakłopotaniu grzywkę wzruszyła ramionami.

– No? – zachęcająco rzuciła stara, podnosząc się z trudem z fotela.

W chałupie zapadła cisza. Szeptucha wiedziała, że lepiej nic nie mówić, poczekać cierpliwie, bo zwierzenia nieuchronnie nadejdą. Każdy człowiek jest wypchanym emocjami workiem. W długo nie opróżnianym musi się popruć nici dyskrecji.

– Mój mąż – tyle zdołała wyartykułować kobieta, a reszta utonęła w żałosnym łkaniu.

Szeptucha uznała, że to zdecydowanie skomplikowany przypadek. Z westchnieniem wylogowała rocznik 1929 w Naszej Klasie, ustawiła monitoring w stan czuwania i poczłapała w stronę kuchni węglowej. Odgarnęła fajerki z największego paleniska i machając gazetą podsyciła ogień. Po chwili postawiła zielony czajnik na blasze i osiadła łagodnie na pięknym, tapicerowanym materiałem w kwiaty fotelu. Dopiero teraz żona Krzysztofa przyjrzała się starowince; spod chustki wymykały się kosmyki intensywnie rudych włosów. Farbowanych zapewne i dziwacznie kontrastujących z jadowicie różową podomką. Dłoń zwieńczona starannie pomalowanymi na kolor soczystej pomarańczy paznokciami wykonała gest zachęcający do zwierzeń.

– Cóż więc z twoim mężem, dziecko?

– Leży w szpitalu w śpiączce i lekarze twierdzą, że to wylew.

– A ty w to nie wierzysz? – zapytała, a właściwie stwierdziła stara.

– Skąd Pani wie?

– Inaczej nie szukałabyś pomocy u konsultantki medycyny ludowej.

– Tak to się nazywa? – w głosie przybyszki pojawiła się nutka zaciekawienia.

– Skarbówka, moja droga. Skarbówka to potęga i ma dalekie macki. Od znachorek haraczu nie mogą ściągać, więc kazali mi się zarejestrować jako firma w gminie i w zezwoleniu na prowadzenie działalności, w rubryce rodzaj wykonywanej działalności napisali „medycyna ludowa – konsultacje”. – westchnęła niezależna bizneswoman. – No ale o mężu miałaś mówić – dodała po chwili.

– No więc leży w śpiączce, ale ja nie wierzę, żeby to był udar, a lekarze coś kręcą i kombinują. Nikt niczego nie chce powiedzieć, zbywają mnie, a gdy zaczynam drążyć, to obrażają się i zaczynają na mnie wrzeszczeć. Myślę, że coś ukrywają.

– No pewnie, że ukrywają! – Konsultantka medycyny ludowej energicznie walnęła pięścią w podłokietnik fotela. – Swój kompletny debilizm i ignorancję ukrywają!

– To wiem, ale co ja mam zrobić z moim mężem?

– Skąd pomysł, że to nie wylew? Zauważyłaś coś nietypowego?

– To przeczucie bardziej. Patrzę na niego i sprawia wrażenie kompletnie obcego a do tego skoro miał udar, to nie powinien się chyba ruszać a on się tak czasem próbuje wyginać dziwnie, jak wąż. Może go coś boli?

– Z tym udarem to niezupełnie tak moje dziecko. No chyba, że powiedzieli, że to porażenie.

– A mówili! A raczej szeptali między sobą. To jakaś różnica?

– Duża. Jeśli doznał porażenia, jak twierdzą, to nie poruszałby się wcale, więc w tym momencie sprawa zaczyna być podejrzana. – Szeptucha podniosła się z fotela i podeszła do kaflowego pieca. – Chodź, zaparzymy sobie herbatki. Przyda nam się.

– Będzie Pani wróżyć z fusów?

– No cóż – westchnęła konsultantka napełniając kubki wrzątkiem. – pewnie by nie zaszkodziło, ale bardziej to nam się przyda napar na rozbudzenie. Musimy pogadać  z pewnym wróżbitą przez skypa, a robi się dość późno.

Stara wręczyła gościowi kubek a sama ruszyła w stronę komputerów. Zalogowała się i próbowała połączyć się z rozmówcą, ale bez rezultatu.

– Jakiś czas temu – powiedziała – byłam na wymianie w Ameryce Południowej i kilka interesujących prelekcji dotyczyło oddzielenia się duszy od ciała i coś mi się wydaje, że o takie coś tu może chodzić.

– O co? To jest możliwe? – szepnęła kobieta z wyraźnym niedowierzaniem.

Nie doczekała się odpowiedzi, więc przycupnęła na taborecie obok konsultantki i niecierpliwie obserwowała okno łączenia skypa.

– Nikogo tam nie ma? – zapytała. – To co teraz zrobimy?

– Spokojnie dziecko, dorwiemy go na fejsbuku, tu się najwyraźniej ukrywa. –  Szeptucha sprawnie zalogowała się na wzmiankowanym portalu. – O! Jest! Wiedziałam, że się ukrywa. Zaraz go dorwiemy, spokojnie.

Porażony prostotą rozwiązania w pierwszym momencie spojrzałem na hrabiego Bogdana z niedowierzaniem.

– Żartuje Pan? Czyżby ratunek był rzeczywiście tak dziecinnie prosty?

– Drogi przyjacielu, przecież dokładnie w taki sposób znaleźliśmy się w tym pożałowania godnym położeniu, więc tuszę, iż proces odwrotny musi przebiegać na podobnych zasadach. W studiowanych w największej dyskrecji księgach Biblioteki Narodowej znalazłem wiele poszlak, że powrót jest możliwy. Kilku wielkich lekarzy odnotowało znakomite sukcesy przywracania ludzi ze śpiączki, co zważywszy na opłakany poziom wiedzy medycznej może świadczyć o tym, że chodziło o inwersję. Pacjenci po wybudzeniu tego nie potwierdzali, ale rozmawiamy przecież o czasach, gdy za błahostki wysyłało się ludzi na stosy…

– Mogli też zapomnieć co im się przytrafiło – ponownie wszedłem mu w słowo, co jak już zauważyłem było jedyną metodą by włączyć się do dyskusji. Hrabia lubował się w perorach.

– To oczywiście także jest możliwe – zgodził się natychmiast.

– Czyli można powiedzieć, że jesteśmy uratowani. – skomentowałem sprawę z entuzjazmem.

– No tego bym nie powiedział. – ostrożnie stwierdził hrabia Bogdan. – Mimo prostoty rozwiązania znajduję, że tak powiem, pewne obiektywne trudności.

– Wystarczy przecież nawiązać kontakt wzrokowy …

– Pan raczy zapominać, że do nawiązania owego kontaktu potrzebne nam są nasze ciała. Pan do swojego nie może się dostać, ja natomiast nie wiem, gdzie spoczywa moje – westchnął i zabrzęczał skrzydełkami. – Uwaga! – krzyknął po chwili.

Odwróciłem się i natychmiast dałem nura w bok. Tuż za moim ogonem zatrzasnęły się niebieskie szczypce. Z żalem czmychałem ku dnu, nie mając pojęcia, czy hrabia Bogdan odfrunął, czy też czeka na pokrywie akwarium. Tak jak się spodziewałem, rak wkrótce zgubił mój trop . Nie odznaczał się specjalnie dobrym wzrokiem, czego o instynktach łowieckich nie dało się powiedzieć. Było kwestią czasu, by odkrył moją kryjówkę. Czego, jak czego, ale czasu nie miałem z pewnością. Nie wiedziałem gdzie jest moje ciało, nie miałem pomysłu jak się do niego dostać a poza tym zastanawiałem się, gdzie podziewa się moja żona. Durne gupiki nadal krążyły tuż pod  powierzchnią, ciągle nie rozumiejąc, że szpara w pokrywie nie oznacza pory żarcia. Poczułem ogromne znużenie, a nadciągający mrok sprawił, że poczułem się okropnie senny. Nie zamknąłem oczu z tej prostej przyczyny, że ryby nie mają powiek, ale zapadłem w coś w rodzaju letargu. Przez głowę przemykały mi różne scenariusze ratunku, z których skok do napełnionej wodą torebki, którą hrabia Bogdan unosi za pomocą przylg i z raźnym trzepotem skrzydełek transportuje do szpitala był tym zdecydowanie najprostszym w realizacji i najmniej ryzykownym.

Hrabia miał rację. Pomimo prostoty odwrócenia inwersji nasza sytuacja nadal była beznadziejna. Usnąłem.

Konsultantka medycyny ludowej wystukała kilka słów na klawiaturze i posłała je w cyberprzestrzeń. Po chwili maleńkie okienko dialogowe zapulsowało.

– No! Odezwał się wreszcie obibok jeden – wrzasnęła triumfalnie starucha. – Zaraz mu napiszę do słuchu!

– To może niech Pani najpierw spyta jak pomóc mojemu mężowi? Bo może jeszcze ten on się obrazi i wyłączy? – zatroskała się żona Krzysztofa.

– Spokojnie. Wyśpiewa wszystko jak na spowiedzi.

– A kto to jest?

– A to właśnie szaman, który wykładał podczas tej wymiany w Ameryce Południowej.

– O Jezu! Toż przecież u nich pewnie jest czwarta nad ranem!

– No i co z tego? Szamani nie powinni zbyt długo spać, bo im to mózgi otumania, a poza tym skoro jest jasnowidzem, to mógł się nie kłaść spać, skoro przewidział, że będę do niego dzwonić, prawda?

Zawarta w słowach szeptuchy naciągana logika oszołomiła kobietę w stopniu większym niż wzmianka o szamanach, jasnowidzach i telepatycznych atrakcjach.

– On pyta, kiedy ostatni raz widziałaś męża przytomnego i gdzie to było.

– Ja byłam w pokoju, to był wieczór. Oglądałam Wojewódzkiego i …

– No już nie miałaś czego oglądać! – stara weszła jej w słowo – no dobra, mów dalej!

– Krzysztof był w kuchni, piwo poszedł sobie wziąć z lodówki i ryby przy okazji nakarmić. A potem to już usłyszałam hałas, pobiegłam tam, a on jak długi leżał na terakocie … Pisze mu to Pani?

– Nie muszę, odbiera cię telepatycznie.

– To po co wam ten skype? – zdumiała się kobieta.

– Trzeba przecież zachowywać pewne procedury, cicho bądź!

Okno dialogowe ponownie zapulsowało.

– Pyta się o te ryby. Chce wiedzieć, czy mieszkacie nad rzeką.

– Nad rzeką?

– No powiedziałaś, że w kuchni ryby karmił …

– Akwariowe!

Stara podrapała się po głowie i stukając paznokciami po blacie czekała na odpowiedź szamana.

– Masz prosto usiąść i odtworzyć w pamięci całą scenę. To jak siedziałaś w pokoju i to, co zobaczyłaś w kuchni. Nie kręć się, bo zakłócisz przekaz.

Kobieta zamknęła oczy i wyprostowała się. Po chwili poczuła, że ktoś grzebie jej w mózgu, ale dla dobra sprawy nawet się nie wzdrygnęła i cierpliwie czekała, aż cudzy umysł zduplikuje jej wspomnienia i odejdzie.

– Już po wszystkim, otwórz oczy – rozkazała starucha.

Po chwili zapulsowało okienko na monitorze.

– Inwersja … – przeczytała pojedyncze słowo żona Krzysztofa. – Co to znaczy?

– W konkretnym przypadku twojego męża oznacza tyle, ze jego dusza została zamknięta w akwarium. – odparła konsultantka.

Kobieta przez chwilę wpatrywała się w konsultantkę zdumionym wzrokiem, po czym zemdlała. Osunęła się wprost na zdobiony fikuśnymi wzorkami turecki dywan.

Musiałem porządnie przysnąć, bo gdy ponownie odzyskałem ostrość widzenia, za oknem rodził się słoneczny świt. Gupiki nadal kotłowały się przy karmniku, najwyraźniej zupełnie nie przejmując się czwartą nieprzespaną dobą. Były jak psy Pawłowa. Paliło się światło, czyli ciągle trwał dzień. Pokrywa była otwarta, czyli zaraz posypie się żarcie. Zero wniosków. Ich pamięć krótkotrwała najwyraźniej resetowała się po kilku sekundach. Obrzuciłem wzrokiem piaszczyste dno i przypomniałem sobie, że pod spodem znajduje się czarny żwir, którego nie chciało mi się usunąć przy zmianie dekoracji w akwarium. W jednej chwili w mojej głowie narodził się plan i rzuciłem się w odległy kąt za kokosem, gdzie warstwa piasku była najcieńsza.

Pracowałem przez cały poranek, kalecząc co chwilę delikatny rybi otwór gębowy, przystosowany raczej do skubania pokarmu, niż orania pokładów żwiru. Byłem mniej więcej w połowie, gdy z góry doszło do mnie znajome bzyczenie. Hrabia Bogdan siedział na samym brzegu pokrywy i najwyraźniej był czymś niezmiernie podekscytowany. Wypuściłem z ust czarny kamyczek i popłynąłem w górę.

– Zgaduję, że ten nieokrzesany skorupiak nie zdołał wyrządzić Panu krzywdy. – zagaił kurtuazyjnie hrabia.

– Udało mi się umknąć, dzięki Bogu – odparłem.

– Pozwalam sobie niepokoić Pana tak wcześnie, ponieważ przyszło mi do głowy pewne rozwiązanie.

– Mnie również drogi Panie, ale chętnie posłucham dobrych nowin.

– Ach przyjacielu! – westchnął z egzaltacją mój rozmówca. – Przez miesiąc mej niewoli niejeden karkołomny pomysł przychodził mi do głowy, a liczne próby odnalezienia ciała spełzły na niczym! Nie muszę oczywiście mówić, że niejednokrotnie opadała mnie rezygnacja a jednym pocieszeniem była wątła nadzieja na spotkanie kogoś, kto potwierdziłby moją teorię i pomógł przedostać się do ludzkiego świata.

Ad rem, drogi hrabio! – przerwałem słowotok stanowczym żądaniem.

– Oczywiście, drogi przyjacielu – hrabia odchrząknął uroczyście. – Wymyśliłem sposób na wydostanie nas obu z tego wyjątkowo niedogodnego położenia, które, jeśli mam być szczery z każdym dniem doskwiera mi coraz mocniej i…

– Cóż to za sposób? – wtrąciłem niecierpliwie.

– Zaświtało mi w głowie, że wspólnymi siłami powinniśmy wymóc na pańskiej małżonce, by przywiozła pańskie ciało tutaj. Zostawimy jej różne znaki, notatki i wskazówki, i jeśli jest mądrą kobietą …

– Jest.

– … to skojarzy fakty i pomoże Panu wrócić do właściwej postaci a Pan …

– zlokalizuję Pańskie ciało, ponieważ moje palce ważą znacznie więcej niż mucha i z pewnością obsłużą Google.

– No właśnie! – ucieszył się hrabia Bogdan. – Teraz tylko musimy opracować system wiadomości i wcielić je w czyn.

– Pozwolę sobie zauważyć – bezwiednie przejąłem barokową stylistykę muszego arystokraty – że pierwsza informacja wkrótce będzie gotowa. – Pomachałem płetwą wskazując na jasne dno akwarium. Czarne żwirkowe litery były doskonale widoczne.

– H..E…I.. – przeliterował hrabia. – Cóż to na Boga znaczy?

– Gdy skończę, to będzie HELP – wyjaśniłem.

– Ach te zapożyczenia – cmoknął z dezaprobatą Lubomirski.

– Pan raczy wybaczyć – wycedziłem zimno – ale oszacowałem liczbę liter w polskim słowie „RATUNKU”, po czym porównałem je z angielskim „HELP” i okazało się, że usypanie tego drugiego zajmie mi o połowę mniej czasu, co dla nas obydwu oznacza szybsze wyzwolenie.

Hrabia przyssał się do pokrywy. Jego trąbka łapczywie zbierała gnijące szczątki akwariowej rzęsy. Jego musza natura momentami brała górę nad ludzkim intelektem, co było całkowicie zrozumiałe.

– Panie hrabio! – krzyknąłem. – Bogdan! – użyłem poufałej formy, ale to również nie wybiło muchy z transu żarcia.

Wzruszyłem płetwami i odpłynąłem w stronę dna, by dokończyć czarny napis. Z oddali doleciało do mnie niecierpliwe bzyczenie, które w swobodnym przekładzie oznaczało mniej więcej tyle, co „muszę natychmiast dostać się na trawnik. Pies Nowaków zrobił wielką kupę”.

Byłem już przy „P”, gdy zobaczyłem raka. Pospiesznie wyplułem resztę kamyczków i czmychnąłem do kryjówki. Przytuliłem się do szyby.

– No obudź się! – Starucha potrząsnęła zwiotczałym ciałem kobiety.

Żona Krzysztofa powoli wynurzała się z niebytu. Zamrugała powiekami i ustabilizowała obraz szeptuchy na wprost swojej twarzy. Z pełną mocą wróciła do niej chwila, w której siedziała na taborecie a zamorski szaman powiedział jej, że jaźń Krzysztofa pływa obecnie w kuchennym akwarium.

– To niemożliwe! Takie rzeczy się nie dzieją naprawdę! – rozpaczliwy w zamierzeniu krzyk w rzeczywistości okazał się ochrypłym szeptem.

Szeptucha uniosła ostrożnie głowę kobiety i podsunęła do jej wyschniętych ust szklankę z wodą.

– Możliwe, możliwe – zaszemrała łagodnie i uśmiechnęła się do świętych obrazków wiszących na ścianie. Lata pracy ezoterycznej wyrobiły w niej przekonanie, że nie należy dziwić się niczemu, a każdy, nawet najbardziej nieprawdopodobny scenariusz jest do zrealizowania. Wszystko zależy od nakładu sił. Miała takiego wnuczka w sąsiedniej wsi, który jak się porządnie skupił, to przenosił stóg siana na pole Stachańskiej. Oj miała z tego szeptucha przednią atrakcję, gdy te kundle pomieszane, znaczy wnuki Stachańskiej wybiegały i gorączkowo przekładały siano za miedzę.

– Co ja mam teraz zrobić? – załkała żałośnie żona Krzysztofa.

– A jak myślisz?

Kobieta usiadła na wersalce i odrzuciła koc. Przez chwilę wodziła nieprzytomnym wzrokiem po starusze i błyskających na niebiesko monitorach.

– Mam iść do domu i znaleźć męża w akwarium? – pytanie nosiło silne znamiona niedowierzania.

Konsultantka medycyny ludowej wzruszyła ramionami i pogłośniła telewizor. Szedł milion dwudziesty trzeci odcinek Mody na Sukces. Brooke właśnie udowadniała Ridge’owi, że cioteczna kuzynka pasierbicy matki niestety powiła bliźnięta i że tak się dziwnie złożyło, że owe dzieci są dziećmi Ridge’a. Co, jakby się zastanowić, pewnie oznaczało zdradę, ale nikt już na tym etapie nie był w stanie wyjaśnić kto i kogo zdradzał.

– Dziecko drogie, mąż siedzi w akwarium, załatw ciało, które leży bez sensu w szpitalu i wszystko się wyjaśni.

– Co się wyjaśni?

– Oj dałabyś spokój! – ofuknęła ją zapatrzona w ekran stara. – Rób co ci się mówi. Ciało do domu zawieź.

Kobieta namierzyła drzwi wyjściowe. Narzuciła na ramiona kurtkę i chwyciła klamkę.

– Poczekaj – całkiem przytomnym głosem odezwała się gospodyni. – Rachunek muszę wystawić!

Wyciszyła telewizor i usiadła do komputera. Przez chwilę stukała w klawiaturę.

– Proszę! – ogłosiła triumfalnie. – Rachunek! Nawet w kasę fiskalną mnie wrobiły te urzędasy …

Żona Krzysztofa spojrzała na świstek papieru i bez dyskusji podpisała.

– Sprowadź męża jak najszybciej do domu i posadź przed akwarium. Powinno pomóc, a jeśli nic się nie stanie, to zadzwoń do mnie. – Stara wręczyła jej wizytówkę i energicznie podreptała w stronę fotela.

 

Oszołomiona kobieta wyszła na zewnątrz i zanurzyła się w mroczny las. Oświetlała sobie drogę komórką i z duszą na ramieniu kierowała się w stronę szosy.

Saga stajenna. Kolejny fragment.

Saga stajenna. Kolejny fragment.

Witajcie drodzy czytelnicy!

Dzisiaj prezentujemy drugi fragment nowej książki Izy, której akcja będzie się rozgrywać w stadninie koni. Łapcie, świeżutko napisany :)

***

W końcu w życiu nie może być tylko źle. To nudne, pomyślała i energicznie ruszyła do domu przypilnować, co tam Zofia wyprawia w temacie obiadu. Nadal była sobą, ale w jej przypadku człowiek nie znał dnia ani godziny.

– Boże jedyny… – Magda jeszcze dobrze nie weszła do kuchni jak szczęka opadła jej prawie do podłogi.

– Na wieki wieków, amen- odpowiedziała Zofia znad wielkiej góry obranych ziemniaków i uśmiechnęła się od ucha do ucha.

– Zofio, na litość boską! Dość!

– Już kończę. Jaśnie pan ma dziś gości. A jak tylu chłopa z polowania wróci, to wszystko zjedzą.

– To skoro pan hrabia ma tylu gości, to wypadałoby wyszorować łazienkę i nazbierać kwiatów, prawda? – Magda z trudem się opanowała i sposobem pozbyła się Zofii. Bezwładnie opadła na krzesło. Wcześniej staruszka obrała ze trzydzieści kilogramów ziemniaków i ugotowała gulaszu dla kilkudziesięciu osób. Dobrze, że jeszcze nie zdążyła odkręcić weków z piklami i nie ugotowała zupy.

– Co na obiad?- zdyszana Alicja wpadła do kuchni jak po ogień po coś do picia. – O kurna… –  Alę zatkało na widok sterty obranych ziemniaków. – Urządzamy wesele, czy wzięłaś z Nestora podwykonawstwo jako podkuchenna?

– Weź mnie nie wkurzaj, dobrze?- syknęła Magda. – A odpowiadając na twoje pytanie, to mamy dziś gulasz z ziemniakami albo ziemniaki z gulaszem, albo zupę gulaszową z ziemniakami. I tak będzie przez tydzień. Gulasz na śniadanie, gulasz na obiad i gulasz na kolację. Pasuje?

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 1

Opowiadanie „Po drugiej stronie szyby” cz. 1

Witajcie,

poniżej prezentujemy pierwszą część opowiadania Jagny, Po drugiej stronie szyby, które ukazało się drukiem w 71 numerze miesięcznika SFFH (wrzesień 2011).

Tekst zajął pierwsze miejsce w ankiecie czytelników na tekst numeru i otrzymał nominację do literackiej nagrody Sfinks 2012. Życzymy udanej lektury 😉

Po drugiej stronie szyby cz 1

Gdyby chodziło o koty albo psy, to może ktoś by się zorientował o co w tym szambie chodzi, ale jakbym za mało miał w życiu pecha, to inwersja dotyczy wyłącznie ryb, owadów i skorupiaków. Pada nagle człowiek na ziemię i nikt nie wie co się dzieje. Przyjeżdża karetka, wpadają sanitariusze z noszami i młody lekarz.

Mój, najwyraźniej na niekończącym się dyżurze, ma solidnie podkrążone oczy.

– Wylew – ogłasza autorytatywnie i macha na chłopaków, by pakowali bezwładne ciało na nosze. Ignoruje przyspieszone bicie serca i delikatny trzepot palców dłoni. Tak macha skrzydełkami opadający z sił motyl, który zaplątał się w pajęczą sieć. Tak rzuca się śnięty już prawie karp wyjęty z siatki. I wreszcie tak reaguje debilny układ nerwowy ryby, gdy jej jaźń przeniesie się do ciała człowieka. Gupik jest tak głupi, że nie jest w stanie podjąć najprostszych funkcji życiowych z wyjątkiem oddychania. Już sam fakt zamiany skrzeli na płuca i konieczność oddychania powietrzem atmosferycznym pochłania wszystkie możliwości rybiego instynktu. Siłą rzeczy, reszta funkcji ciała człowieka przechodzi na tryb awaryjny. Teraz już to wiem. Wtedy nie rozumiałem niczego, a jedynym co pamiętam jest ogłuszający gwizd w uszach.

Obraz z drugiej strony był nieco rozmazany, ale może to moje oczy nie nawykły jeszcze do zmienionej perspektywy. Widziałem wszystko zbyt ostro, a wpadające przez kuchenne okno światło uderzało w szybę z taką mocą, że mimowolnie odwróciłem się tracąc z widoku ciało wynoszone z pomieszczenia. W lewym rogu akwarium stała jaskinia zrobiona ze skorupy kokosa. Wiem, bo sam kiedyś rozłupałem orzech i wydrążyłem w jego połówce niewielkie wejście. Jakiś czas temu, gdy hodowaliśmy z żoną brzanki zdarzało się, że podczas tarła samice składały tam ikrę. Brzanki zdechły i akwarium zarybiliśmy neonami i durnymi gupikami. Jaskinia jednak została i właśnie do niej, w rozpaczliwych ruchach dziwacznego ciała zmierzałem. Na miejscu zastanowię się nad popieprzonym losem, jaki przypadł mi w udziale. Błyskawicznie skoordynowałem ruchy płetw i omijając kilka przeszkód w postaci napalonych samic dałem nura pod liście Anubiasa. Rozrósł się, skubany, pomimo mało sprzyjającego PH wody i dzięki temu dotarłem szczęśliwie do kokosa. Zza kamieni wylazł bowiem rak, zakała akwarium. Miałem go w zeszłą sobotę przenieść do mniejszego zbiornika, bo mi strasznie rośliny wyżerał, ale jakoś się nie złożyło. A teraz stał na piasku, sukinsyn, i skanował długimi wąsami okoliczne zielsko. Niby mięsożerny nie był, przynajmniej tak w sklepie zapewniali, ale ostatnio podejrzanie dużo rybek zniknęło. Nie wydaje mi się, żeby to był zbieg okoliczności. O milimetry unikając otarcia się o wąsy pomknąłem pod kłączem wprost do skorupy. W środku było ciemno, a nad głową siedział przyklejony do sufitu ospały glonojad. Spróbowałem dojrzeć, co dzieje się w kuchni, ale nie dałem rady. Szyba była zbyt daleko a obraz kompletnie zamazany. Na pewno paliła się lampa nad stołem. Żona pewnie pojechała z ciałem do szpitala, więc światło nie zgaśnie tak prędko. Oświetlenie akwarium pewnie też. Żarcia raczej dzisiaj nie będzie, ale tego durne gupiki nie mogły wiedzieć, więc krążyły niespokojnie pod lustrem wody. Nie miałem pojęcia co dalej, więc wcisnąłem się najgłębiej jak się dało do wnętrza kokosa i zapadłem w letarg.

– Co z nim? – zapytała kobieta.

Lekarz wzruszył bezwiednie ramionami, choć było widać, że bardzo się stara powstrzymać. Rutynowa znieczulica była jednak zbyt głęboko zakorzeniona, by ostatnia pogadanka ordynatora na temat ludzkiego podejścia do rodzin coś zmieniła. Poza tym po 16 godzinach dyżuru nie zwraca się uwagi na pierdoły. Człowiek koncentruje się na potrzebie zrobienia kupy, umycia zębów i zwalenia się na łóżko. Uczucia pacjentów, a tym bardziej ich rodzin schodzą siłą rzeczy na dalszy plan.

– Wylew – odparł lakonicznie, zastanawiając się, czy w klopie na pierwszym piętrze jest papier.

– Ale jakie są rokowania? – drążyła żona pacjenta.

– A tego to nie wiemy. Najpierw trzeba zrobić badania, zwołać konsylium… – powiedział lekarz, wiedząc, że nic takiego nie nastąpi. Największym luksusem, jakiego zazna w najbliższych dniach pacjent będzie niecierpliwe cewnikowanie w wykonaniu siostry Honoraty. A reszta to bajka, bzdura i sloganik obliczony na uspokojenie rozszalałych emocji krewnych pacjenta.

Kobieta przygarbiła się i postarzała o sto lat. Wprawdzie miała trzydziestkę, ale z dodatkową setką zamieniła się w staruszkę, która ślamazarnie pełznie do windy. Spojrzy jeszcze na męża, jeśli pielęgniarki z nocnej zmiany nie opieprzą jej za to, że budzi personel, a potem wróci do domu i usiądzie na łóżku. Może tam dotrze do niej absurdalność zdarzeń minionego dnia.

Zgodnie z moimi przypuszczeniami lampa nie zgasła przez całą noc. Ryby tłukły się po akwarium kompletnie zdezorientowane. Dla nich światło oznacza dzień i aktywność, więc prędzej zdechną z wycieńczenia, niż porzucą swoje zajęcia, których nie mają znów tak wiele. Żarcie, bzykanko i wydalanie. Ewentualnie okazjonalny kanibalizm, gdy któraś z samic gupika urodzi młode. Powoli docierała do mnie beznadziejność położenia. Jak mam przekazać żonie, że tkwię uwięziony w ciele płomiennie czerwonego gupika w naszym akwarium? No dobra, chwilowo miałem inne zmartwienia. Do jaskini podpełzł rak i właśnie zapuszczał wąsy do środka. Spanikowany glonojad czmychnął pod warstwę piasku i najwyraźniej próbował zrobić podkop, a ja zamarłem pod powałą i gorączkowo myślałem nad sposobem wydostania się z pułapki.

Jedyną rzeczą, jaka przyszła mi do głowy była próba wprowadzenia przeciwnika w błąd. Chwyciłem w usta kilka ziarenek piasku i nadymając skrzela wyplułem je w stronę ciekawskich wąsów. Rak na chwilę stracił orientację, więc omijając go z lewej wystrzeliłem ze skorupy orzecha w stronę filtra. Miałem nadzieję, że tam uda mi się choć na chwilę schronić przed tym cholernym żarłokiem. Jak cudu wyczekiwałem chwili, gdy moja żona pojawi się w końcu w kuchni. Tymczasem dryfowałem skulony w centymetrowej szczelinie pomiędzy szybą a tylną ścianą filtra.

Najgorsze są chwile, gdy się budzisz i na otumaniony, spowolniony mózg zwala się niepojęty ciężar zdarzeń minionego dnia. Żona otworzyła oczy. Błękitna zasłona wydymała się delikatnie w porannym, wiosennym powietrzu. Chwilę później kobietę dopadło wspomnienie męża leżącego nieruchomo na białej terakocie. Wstała i apatycznie poczłapała do łazienki. Lustro pokazało tę samą trzydziestoletnią staruszkę, która wczoraj snuła się po szpitalnych korytarzach. Kobieta narzuciła na plecy szlafrok i powlokła się do kuchni. Widok białych płytek podłogowych osadził ją w progu. Stała niezdecydowana czy ma wejść i jak gdyby nigdy nic zaparzyć sobie kawę, czy raczej wycofać się do przedpokoju i tkwić tam, aż nadejdzie koniec świata. To dziwne, ale rzut oka na rozświetlone akwarium pomógł jej podjąć decyzję. Przekroczyła próg i zgasiła jarzeniówkę. Po chwili namysłu włączyła ją ponownie i uniosła klapkę. Nasypała szczyptę pokarmu i skierowała się w stronę czajnika.

Gdy moja żona wsypała pokarm, gupiki zwariowały, a woda się zakotłowała. Powyższym emocjom towarzyszyło kolektywne oddawanie stolca, który serpentynami odrywał się od rybich dupek i łagodnie osiadał na piasku. Nic mnie tak nie wkurwiało jak czyszczenie dna z rybich odchodów i za każdym razem zastanawiałem się, dlaczego człowiek kontroluje, kiedy się wypróżnia, tak samo koty, psy i większość stworzeń, a ryba wali pod siebie i nawet o tym nie wie. A może wie, tylko ma to gdzieś. Przywarłem do przedniej ściany akwarium i patrzyłem na żonę. Plecy otulone białym szlafrokiem nachyliły się nad kuchenką i po chwili wyprostowały. W czajniku grzała się woda, a ogromna postać mojej małżonki zbliżyła się ponownie do akwarium.

– Jedzcie – powiedziała głaszcząc szybę. – Ja nie mogę.

Przypadłem do zarysu jej dłoni, ale taką sztuczkę zna większość regularnie karmionych rybek, więc nie wzbudziłem w żonie nawet cienia zainteresowania. Wyszła z kuchni i podejrzewam, że wybierała się do szpitala by odwiedzić moje ciało.

Niedługo minie doba od momentu mojego uwięzienia, a ja nadal nie mam pojęcia jak się stąd wydostać. Co więcej, zagrożenia znam wyłącznie z teorii, bo jestem zbyt tchórzliwy, by zbadać całe środowisko. Opieram się tylko na obserwacji z zewnątrz, ale jak się okazuje to zdecydowanie zbyt mało.

Skorupa kokosa najwyraźniej nie była bezpiecznym schronieniem, a siedzenie za filtrem nie popychało akcji ratunkowej do przodu. I jeszcze ten rak, skurwysyn. Żona się uparła, żeby go kupić. Ładny taki, mówiła, niebieski i taki samotny w tym sklepie! Kupiłem, co miałem zrobić? Przełknąłem nawet to, że chamidło ze sklepu bez mrugnięcia okiem wcisnęło mi polskiego raka, który rzekomo przyleciał specjalnie dla mnie z Tajlandii i zainkasowało 150 złotych polskich.

Wylazł właśnie ze swojego kąta i niespiesznie usiadł koło mojej ulubionej roślinki. Z godnością zignorował tabletki specjalnie dla niego kupionego pokarmu (50 złotych!) leżącego w zasięgu otworu gębowego. Niespiesznie uchwycił młody listek Anubiasa i odciął. Myślicie, że zjadł? A skąd! Poszatkował i wypuścił. Schowałem się za stertą fantazyjnie ułożonych czerwonych kamieni. Można powiedzieć,  że miałem tam względny spokój. Stanowczo odganiałem napalone samice, które co jakiś czas naruszały spokój mojej samotni. Byłem przekonany, że jako wyższy gatunek nie mam prawa ulec pierwotnym, prymitywnym instynktom. Poza tym – zdradzić żonę z samicą gupika? Niedorzeczne i nienormalne.

Nie ukrywam, że z każdą chwilą moja osobowość podlegała degeneracji. Nie czarujmy się – tkwiłem w akwarium. Na miłość boską, czy taki wariant życia komukolwiek się choćby przyśnił? Śmiem twierdzić, że nawet Hitchcock nie wymyślił czegoś tak idiotycznego. Ogarnęła mnie rezygnacja. Pewnie poddałbym się i wskoczył do filtra, by ten przemielił mnie na łuski, gdyby nie Bogdan.

– Funkcje życiowe są bez zarzutu – powiedział lekarz, ten sam, który kiedyś uporczywie myślał o tym, czy w toalecie na pierwszym piętrze jest papier toaletowy.

Gwoli ścisłości – nie było, ale przezorny lekarz zawsze nosi przy sobie gaziki.

– Co więc mu dolega? – zapytała kobieta.

– No więc konsylium orzekło, że pacjenta trzeba skierować na kolejne badania i …

– Jakie konsylium? W jakim składzie? Kto orzekł? Poproszę o nazwiska!

– Ale proszę się uspokoić! – wrzasnął, zdecydowanie niespokojny lekarz.

– Zadałam panu pytanie i czekam na odpowiedź!

– Ja nie muszę z ogóle z Panią rozmawiać, więc żegnam! – Uczeń Hipokratesa nadął się i odszedł.

Żona patrzyła przez chwilę w głąb korytarza, za którego rogiem właśnie znikał łopoczący, fartuch jej rozmówcy.

– A pies cię srał – wyszeptała i obróciła się na pięcie.

Z pewnymi wyrzutami sumienia opuszczała szpital i zostawiała w nim męża, ale po rozmowie z debilem, którego z nieznanych jej powodów ktoś mianował doktorem, nabrała pewności, że jedynie medycyna niekonwencjonalna coś tu pomoże.

Pod Wyszkowem, w otulinie puszczy Białej mieszkała pewna babka. Pekaes odchodził z Dworca Wileńskiego o 16.45. Żona podała kierowcy dychę i bohatersko wkroczyła w świat spoconych pracowników sezonowych. Droga, zakorkowana i pełna kolein doprowadziła autobus do skrętu z białostockiej na Długosiodło. Po obydwu stronach szosy rozpościerał się las. Kobieta wyskoczyła na pobocze i rozejrzała się. Zrobiło się dość późno i właśnie zapadał zmierzch. Droga znikająca w lesie za przydrożnym zajazdem sprawiała całkiem niezłe wrażenie. Gdzieś tam, za kolejnym zakrętem znajdowała się miejscowość, której próżno było szukać na mapie. Ba! Nawet Google Maps głupiały, gdy wpisywano nazwę owej wioski. Jedyną historyczną wzmianką o osadzie było rzekome uzbrojenie dachów w blachę na okoliczność przejazdu Towarzysza Gierka trasą białostocką. Plotki z połowicznym pokryciem w rzeczywistości.

No fakt, pojawiło się w wiosce kilku miastowych, coś tam pomierzyli, pomamrotali i za kilka tygodni do wsi wjechały cztery fury pełne zrolowanej blachy. Fachowcy wyskoczyli z szoferek i szybko poprzycinali surowiec. Ten z kolei został sprawnie zamocowany na północnej stronie dachów, skutecznie przesłaniając strzechę. Można uznać, że towarzysz Gierek, jeśli rzeczywiście przejechał trasą białostocką tuż za ruskimi czołgami, spuchł z dumy na widok kwitnących nowoczesnym budownictwem komunistycznych włości.

Jednak kobieta, przedzierając się z trudem pomiędzy krzakami dzikich malin, zupełnie o tym nie myślała. Miała świadomość, że zboczyła z głównej drogi, ale coś ciągnęło ją w zarośla, a instynkt podpowiadał, że zmierza wprost do chałupy babki. Spod nóg wyprysnął jej z przeciągłym miauknięciem spasiony, czarny kocur. Na wprost, nieznacznie zamaskowana gałęziami sosen majaczyła drewniana chałupa. W dwóch, niewielkich oknach widać było poblask płonącego w środku ognia. Kobieta skradała się bezszelestnie po wilgotnym mchu. Gdy drzwi otworzyły się przed nią z przeciągłym skrzypieniem, zamarła, ale po chwili ruszyła brawurowo do środka.

Bogdan sprawił, że w moje rybie ciało ponownie wstąpił duch człowieka, którym przecież ciągle byłem, ale coraz częściej o tym zapominałem. Z dużym trudem odpierałem awanse samic i zaczepki głodnych samców. Od trzech dni mojej żony nie było w mieszkaniu. W tym czasie wykorzystywałem liście, by schodzić z oczu rakowi. W kuchni nic się nie działo. Gupiki nadal kłębiły się pod otworem pokrywy. Żarcia nie było, ale po ostatnim karmieniu, tuż przed tym, zanim moja żona przepadła, pokrywka została krzywo położona. Dla ryb, owa szczelina oznaczała, że zaraz sypną jedzenie, więc trwały na posterunku od kilkunastu godzin. Ja wiedziałem, że nic z tego. Żona wyszła i najwyraźniej nie miała zamiaru prędko wrócić.

Kuląc płetwy przytuliłem się do kamienia i kalkulowałem siłę skoku. Gdybym się dobrze postarał, to może uda mi się wyskoczyć na pokrywę. To powinno wystarczyć. Zdechnę z braku wody i skończę tę bezsensowną szamotaninę.

Wystartowałem z samego dna i machałem ogonem jak oszalały. Zbliżając się do powierzchni zmobilizowałem wszystkie siły. Niepotrzebnie.

W chwili, gdy wyskoczyłem, coś pacnęło mnie w głowę.

Mucha. Mały śmierdziel i gównozjad wpadł w moją trajektorię lotu i unicestwił próbę samobójczą. Opadłem ze stęknięciem pod lustro wody. Mucha nic sobie z tego nie robiąc usiadła na wewnętrznej stronie pokrywy, zaledwie kilka milimetrów ponad zwierciadłem wody.

– Pan pozwoli, że się przedstawię, Bogdan hrabia Lubomirski – zabzyczała mucha.

– Bardzo mi miło, Krzysztof, obecnie gupik – odparłem, ledwie opanowując wściekłość.

– Wiem, wiem i współczuję koledze – odparł.

– Dziękuję.

Tylko to przyszło mi do głowy. Coraz mocniej odczuwałem w niewielkim i filigranowym układzie kostnym napór ludzkiego mózgu. Rybia fizjologia zwyczajnie tego nie wytrzymywała. Z każdym dniem coraz trudniej było zebrać myśli i dręczyły mnie koszmarne migreny. Mucha podająca się za hrabiego była elementem, który zdecydowanie wymykał się poza ramy.

– Długo tu Pan siedzi? – zagaił hrabia.

– Cztery doby, co daje…

– Dziewięćdziesiąt godzin piekła. Współczuję, ale muszę po namyśle przyznać, że do rekordzistów Panu daleko.

– A Pan? – zapytałem nerwowo trzepocząc płetwą ogonową.

– Ach! Przyjacielu! – zabzykał Hrabia z egzaltacją. – już ponad miesiąc tułam się po Warszawie w tej pożałowania godnej postaci.

– Ale jak to się stało? – wtrąciłem niecierpliwie.

– Normalnie, drogi przyjacielu. Miałem nieszczęście nawiązać niepożądany kontakt wzrokowy z muchą, która nieszczęśliwie wylądowała na moich blinach. Chcąc służbie oszczędzić fatygi osobiście pstryknąłem to nieszczęsne stworzenie w skrzydełka. I to był błąd. Zaplątała się nieboga w ziarnach kawioru i spojrzała z wyrzutem, ociężale machając skrzydełkami. A po chwili …

– Zassało Pana? Takie dziwne uczucie kurczenia się pod skórą…

– I ten niewyobrażalny pisk, chce się aż rękoma uszy zatkać …

– Ale nie można, bo te są już płetwami …

– Skrzydełkami gwoli ścisłości. – doprecyzował hrabia Bogdan i fachowo zabzyczał . – Ale o czym to ja mówiłem?

– O kawiorze.

– No tak, tak. Więc spanikowany oderwałem skrzydła od kawioru i w swej przytomności umysłu podfrunąłem na pobliski żyrandol. A moje ciało, dobrze z tej perspektywy widoczne zaczęło zachowywać się w sposób całkowicie kompromitujący członka rodziny, która męstwem wsławiła się w czasie bitwy …

– Ciało upadło? Pogrążyło się w śpiączce? Zamknięte oczy i delikatne, prawie niezauważalne trzepotanie dłoni? – przerwałem niecierpliwie.

– Niezauważalne? Drogi przyjacielu – zabrzęczał hrabia – moje biedne, opanowane przez owadzi móżdżek ciało zaczęło gwałtownie machać rękoma, najwyraźniej w nadziei na wydostanie się z restauracji drogą powietrzną. Muszysko, nie rozumiejąc, że coś się zmieniło, zaczęło w panice miotać się po restauracji i tłuc wszystko, co stanęło jej na drodze. Potem obezwładnili ją kelnerzy, ktoś wezwał pogotowie. Wpadli, w kaftan owinęli, nawet się jakiś paparazzi trafił i zdjęcie zrobił.

– Poleciał pan za ciałem?

– Próbowałem, ale zgubiłem karetkę tuż za Puławską. Jakiś wróbel mnie wypatrzył i musiałem się salwować ucieczką do pobliskiego sklepu mięsnego, gdzie w obecnej postaci nie byłem zbyt mile widziany. – Hrabia Bogdan umilkł zatapiając się w dramatycznych wspomnieniach.

– Rozumiem – wypełniłem po chwili ciszę, przerywaną wyłącznie pluskiem wody lejącej się z filtrów. – U mnie było zwyczajnie. Padłem w kuchni na terakotę, żona zawołała pogotowie, przyjechali, zabrali i tyle.

– A wie Pan, dokąd Pana zawieźli? – zapytał hrabia.

– Pewności nie mam, ale myślę, że do szpitala rejonowego – odparłem. – Zresztą, cóż to ma za znaczenie?

– Wbrew pozorom jest to szalenie istotna informacja, drogi Panie. Zapewne Pan wie, że nasze godne pożałowania położenie nie jest przypadkiem beznadziejnym i …

– Chce Pan przez to powiedzieć, że zamianę można odwrócić? – przerwałem mu niezbyt grzecznie.

– Otóż podobno można, co w sumie byłoby logiczne, aczkolwiek w dostępnej literaturze medycznej nie znajdzie Pan opisu jakiegokolwiek przypadku inwersji wtórnej, choć z pewnością wiele przypadków rzekomych udarów, czy też nagłego obłąkania doskonale pasuje do objawów towarzyszącym inwersji pierwotnej.

– Inwersji?

– Od łacińskiego inversio, czyli zamiana – wyjaśnił hrabia uprzejmie. – To niezmiernie ciekawe, bowiem pierwsze zapiski, jeszcze z czasów Imperium Rzymskiego w których owo sformułowanie się pojawia w niewyjaśnionym dla czytelnika kontekście, mogą oznaczać, że zjawisko nie jest czymś nowym i powiedzmy związanym z jakimiś mutacjami, zatruciem, czy nadmiarem telewizji …

– … lecz jakimś starym procesem, któremu nie my pierwsi ulegliśmy. – dokończyłem.

-W istocie, do podobnych wniosków doszedłem pomieszkując w Bibliotece Narodowej. Tam też studiując wszelką dostępną literaturę próbowałem ustalić dokąd trafiło moje ciało.

– No a nie mógł pan wpisać w Google? – zapytałem.

– Drogi panie Krzysztofie! Mucha waży setne części grama. Gdybym się nawet spod sufitu rozpędził w celu natarcia na konkretne klawisze, jedyne co bym tym sposobem zyskał, to trwałe uszkodzenie skrzydeł, przylg i wyjątkowo delikatnego szkieletu.

– Czy jest dla nas jakikolwiek ratunek?

– Otóż niewykluczone, że jest. Jeśli moje badania mają pokrycie w rzeczywistości i, jeśli rozumiem grekę oraz łacinę w dostatecznym stopniu, to ponowne nawiązanie kontaktu wzrokowego powinno odwrócić proces.