Browsed by
Tag: teksty

image_pdfimage_print
Martyna 1

Martyna 1

Witajcie kochani czytelnicy!

Zapraszamy do lektury pierwszego rozdziału powieści, którą będziemy publikować w odcinkach. Poznajcie Martynę, zupełnie zwyczajne dziecię blokowiska, które ma całkowicie nadzwyczajne przygody. Można by powiedzieć – pozaziemskie i zdecydowanie nadnaturalne 😉

Rozdział 1

W którym okaże się, że ciężko jest nie wierzyć w życie pozaziemskie

Martyna zgasiła kulturalnie fajka w popielniczce i przekrzywiając głowę, zapisała w pamięci, że już czas wywalić do kosza ziemskie resztki w owej spoczywające. Przez chwilę wpatrywała się w górkę wysypujących się kiepów, ale nie znajdując w niej nic interesującego, dała sobie święty spokój i namacała odruchowo puszkę z resztką browaru.

Bałagan, bałaganem, ale jak by na to nie spojrzeć, życie piękne było. Martyna z westchnieniem wyprostowała nogi i ulokowała je na zielonym krześle balkonowym. Nic nie musiała. Mogła jedynie chcieć.

Pytanie, czy chciała chcieć?

To jest pytanie, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi, podobnie jak na to, gdzie się trzyma cukier. Zdecydowana większość ludzi słusznie powiedziałaby, że cukier trzyma się w cukiernicy. Martyna, nasza domorosła filozofka, zapewne prychnęłaby w tym momencie lekceważąco i stwierdziłaby autorytatywnie:

Cukier trzyma się w torebce z napisem „cukier”.

I też miałaby rację.

A wracając do tematu. Tego wieczoru Martyna zorientowała się, że skończył się browar, co pogrążyło ją w leniwym i bolesnym dociekaniu, czy powinna założyć jakieś spodnie i poczłapać do sklepu, czy też raczej dno w puszce oznacza, że najwyższy czas walnąć się w łóżko.  Problem przez dłuższy czas pozostawał nierozwiązany, więc nasza bohaterka z pewną ulgą skoncentrowała się na wyłaniającej się z mroku linii pobliskich bloków. Stukając niecierpliwie paznokciami po powierzchni wysuszonej puszki, Martyna oddała się rozmyślaniom, co może oznaczać pulsująca zieloność, która łagodnie odbijała się w oknach ósmego piętra i w chromowanych felgach stojącego pod blokiem samochodu Boratyńskiego spod piątki.

Zasadniczo miała to gdzieś, bo po akcji z dzieciakiem Szalińskiego spod czternastki nie interesowała się życiem sąsiadów, lecz w refleksach okien na ósmym piętrze było coś niesamowitego. Coś, co nie pozwalało tak po prostu odwrócić spojrzenia i iść spać. Martyna usilnie starała się zachować pion, gdy od niechcenia wstała z krzesła z zamiarem ostrożnego podejścia do balustrady. Zielone światło natarczywie mrugało i nasza bohaterka, chcąc nie chcąc, skoncentrowała się na felgach samochodu Boratyńskiego.  Przesuwając niedogolone nóżki po balkonowych kafelkach, zakradła się w strzęp nocnego kamuflażu znajdującego się dokładnie pomiędzy dwoma rachitycznymi tujami uwięzionymi w glinianych donicach.

Światło łagodnie pulsowało w nocnej ciszy i Martyna miotała się pomiędzy ciekawością a chciwą potrzebą skoczenia do kuchni po telefon.  Przed jej oczami rozgrywał się fascynujący kadr filmu. Wraz z pulsującym – z każdą minutą silniej – zielonym światłem na parking osiedlowy spływał bezszelestnie trójkątny obiekt. Po chwili zgrabnie zaparkował obok samochodu Boratyńskiego, nawet nie muskając nawoskowanej maski.

„Ciekawe, ile by mi za to w tefałenie zapłacili?” – pomyślała i prawie zachłysnęła się z wrażenia na myśl, ile wejść miałby taki filmik na you tube.

Stała nadal niezdecydowana, jak ma się ustosunkować do zjawiska, i nerwowo drapała się po głowie, gorączkowo przywołując z czeluści zamulonego mózgu wiadomości na temat złudzeń optycznych. Niechętnie rodziła się w niej myśl natrętna i nieznośna, że widowisko może mieć pewien związek z regularnymi dostawami piwa do organizmu. W chwili, gdy zaczynała formułować gorące zapewnienie, że już nie pije więcej, coś stanowczo i energicznie postukało ją w ramię.  Martyna podskoczyła do góry i gwałtownie się odwróciła, stając oko w oko ze świetlistą postacią ludzkich rozmiarów.

Nasza bohaterka nigdy nie potrafiła powściągnąć jęzora i wyhamować na czas jego mielenia w niewyparzonej gębie, co nie raz bywało źródłem jej kłopotów.  Kiedyś, gdy poszła do spowiedzi i pasjonujący się cudzym życiem ksiądz zadał jej pytanie: „A miałaś kiedyś stosunek z jakimś chłopakiem, dziecko?”, Martyna niewiele myśląc, odparła: „A ksiądz?”. Spuśćmy miłosiernie zasłonę milczenia na żenującą scenę, w której rozsierdzony Dobrodziej wyskoczył z konfesjonału i wyprowadził niedoszłą spowiedniczkę za ucho przed dostojny Dom Boży.  Niech nam wystarczy stwierdzenie, że w fascynującym organizmie Martyny najbliżej połączonymi naczyniami był kosmaty mózg i wzmiankowany wyżej język.  Nie powinno więc dziwić, że teraz, na widok świetlistego intruza zachowała się równie spontanicznie.

– A ty, kuźwa, co? – krzyknęła.

– Jajco – błysnął celną ripostą obcy, czym z punktu zaimponował dziewczynie.

Przez chwilę wpatrywali się w siebie nawzajem i Martyna pewnie wygrałaby w pojedynku pomiędzy swoimi brązowymi oczami a piwnym spojrzeniem złocistego, gdyby nie to, że opóźniony efekt równie złocistego piwa wpłynął znienacka na koordynację pracy jej gałek ocznych. Odwróciła wzrok, co jednak nie miało wpływu na jej zdolności oratorskie.

– Czego tu? – zapytała.

Obcy uśmiechnął się pojednawczo i gestem dłoni wskazał uprzejmie dziewczynie krzesło. Odczekał kulturalnie, aż gospodyni balkonu umości się wygodnie, i podgarniając z obu stron świetliste szaty, usiadł na drugim krzesełku. Uśmiechał się przy tym i wpatrywał w nieco kpiące, brązowe oczy. Martyna nie wytrzymała ciężaru zagadkowej ciszy.

– Browar się skończył. Chcesz fajka? – zagaiła prawie uprzejmie.

Obcy wyszczerzył rząd idealnie prostych i o dziwo białych zębów i potakująco skinął głową, więc

Martyna zapaliła fajka i pchnęła po stoliku w stronę nieproszonego gościa paczkę i zapalniczkę. Obcy rozejrzał się nieco nerwowo, ale sięgnął po papierosa i z lubością zaciągnął się dymem, gdy tylko go podpalił. Kopcili chwilę w milczeniu, lecz jęzor Martyny, szybszy niźli strzała Robin Hooda, wymlaskał całkiem logicznie, zważywszy na okoliczności.

– Wiem, że potrafisz gadać, bo powiedziałeś „jajco”. A teraz chcę wiedzieć, co, do cholery, robi na parkingu ten trójkątny gadżecik i co, do cholery, ty robisz na moim balkonie.

Obcy poprawił sprzączkę złocistego sandała po czym postanowił przerwać tajemnicze milczenie.

– No więc przywiozłem kluczyki. – powiedział.

– Jakie, kuźwa, kluczyki?

– No… kluczyki!  Od centrum dowodzenia.  Od dzisiaj obejmujesz tę planetę, o której Szef zapomniał i, prawdę mówiąc, bardzo dobrze, że tak zrobił.

– Ty, weź daj se siana, dobra? – powiedziała urażona Martyna. – Tylko nie zapomniana!

– Słuchaj, ja nie wiem, co dowództwo wcześniej tobie powiedziało, ale z alzheimera Szefa się nie żartuje – żachnął się obcy.

– Coś ty ćpał, chłopie? – wyszeptała nabożnie i dodała – Ja też chcę!

– Martyna, czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji?  – ryknął świetlisty. – Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co się w Centrali dzieje? Były Dyrektor Departamentu Spraw Ziemskich poleciał ze stołka i nieoficjalnie kazał mi przylecieć na to porąbane osiedle i dać klucze swojej duchowej siostrze, Martynie.  No to jestem.  Nie wiem, jakie masz układy z Szefem.  Ja tylko wypełniam ostatnie polecenie służbowe.

– O Jezu! – powiedziała Martyna, mając już tysiąc procent pewności, że najwyższy czas odstawić browar.

– Czyli jednak znasz Dyrektora! – Świetlisty strzelił entuzjastycznie pięścią w stolik.

Martyna miała dość jak na jedną noc, więc zgasiła nerwowym ruchem fajka w doniczce z tują i powiedziała:

– To ty z UFO jesteś czy z kurii? A weź zgiń, maro nieczysta!

– To jest cios poniżej pasa – powiedział urażonym głosem obcy i ciskając pękiem kluczy na stół, dodał – Odchodzę, ale ty przejmujesz od dzisiaj ten resort. Ja mam to w dupie. Trójkątne badziewie też ty przejmujesz – dodał mściwie.

– Znaczy, to coś, co stoi obok samochodu Boratyńskiego? – parsknęła śmiechem Martyna.

– Nie! To tylko statek zwiadowczy. Ty bierzesz dużą kupę złomu – powiedział złowieszczo obcy, po czym wstał i zniknął.  Po chwili z parkingu osiedlowego bezszelestnie wzbił się w stronę nieba trójkątny pojazd.

A Martyna poszła w stronę łóżka, solennie obiecując sobie wstrzemięźliwość alkoholową.

Szeptucha 15

Szeptucha 15

Świat przedsionka szpitalnego, czyli recepcji, nie uległ żadnej zmianie po klątwie Szeptuchy. Po hallu nadal snuły się rzesze przyszłych pacjentów, a bezduszna recepcjonistka Jadwiga, tkwiąc w szponach zawodowej znieczulicy, nie reagowała nawet rozszerzeniem źrenicy na wycieki krwi tętniczej, żeby o patologicznych akcjach porodowych nawet nie wspomnieć. Rajat wybałuszył migdałowe oczęta, ale wziął się w garść, i ciągnąc za sobą Lelkę i kierowcę, przedarł się do kontuaru.

– Umówieni jesteśmy – wyjaśnił władczo.

Jadwiga parsknęła złośliwym śmiechem i gestem polakierowanych paznokci odegnała intruza na koniec kolejki.

– Daj spokój, nie znasz realiów – warknęła ostrzegawczo Lelka.

Kierowca pokiwał gorliwie głową, zgadzając się z opinią dziewczyny.

Próby ponownego dodzwonienia się do Szeptuchy spełzły na niczym. Telefon milczał jak zaklęty.

– Przepraszam – zagaiła grzecznie Aurelia, gdy nadeszła jej kolej. – Szukam kogoś.

– A kogo?

– Mojej krewnej. – Lela zacukała się w jednej chwili, bo nagle sobie uświadomiła, że w sercu stolicy, w ogromnym szpitalu, pytanie o Szeptuchę nie ma najmniejszego sensu. – … Olesi.

– Oleńki? – W recepcjonistkę jakby piorun strzelił.

– Oleńki, Olesi, bez różnicy – potwierdził zmęczonym głosem Rajat.

A dusioł w skórze kierowcy obślinił się na wspomnienie kruchego dziewczęcia, które mu zwiało przy pomocy sił nieczystych podczas okupacji. Może teraz żylasta jest, może stara, ale nadal odpowiada za upokorzenie prastarego stworzenia.

– Profesor wydał dyspozycję, by gości Oleńki niezwłocznie skierować na oddział – wyjaśniła sztywno recepcjonistka. – Bardzo proszę, sala numer 7, drugie piętro.

Nie tracąc czasu na dalsze dyskusje, Aurelia, gnana niepokojem o prababkę, popędziła w stronę schodów. Rajat pobiegł za nią. W kompletnym zamieszaniu nie zauważyli sadzącego za nimi kierowcy i starej Stachańskiej, ciągnącej za sobą opierającego się faceta w kaszkiecie.

– Rajat – rozbeczała się w windzie Lelka. – Prababcia chyba chora poważnie, bo ta recepcjonistka taka poważna i opryskliwa była.

– Niech panienka się nie przejmuje tak bardzo! Recepcjonistki takie niesympatyczne z urodzenia chyba… – wciął się taryfiarz.

– Pan to kto? – wyszlochała Aurelia.

– Ja tutaj z klientką przyjechałem za wami.

Aurelia powiodła nieco bardziej przytomnym spojrzeniem po reszcie zgromadzonych w windzie osób.

– A co szanowna pani Stachańska tu w tej windzie robi? – oburzył się Rajat.

– Ty mnie tu, chłopcze, nie szykanuj! – parsknęła stara sąsiadka. – Ja tu świadków mam! – Szturchnęła taksiarza kościstym paluchem. – I on poświadczy, że tu się jakieś zbrodnie odbywają.

– Ale my nic złego nie robimy – zaprotestowała Lela.

– Wy nie, ale on! – wrzasnęła Stachańska, celując żółtym szponem w przebranego za kierowcę dusioła.

W tej samej chwili zgasło światło, a winda z niemiłosiernym zgrzytem stanęła między piętrami.

– Co się dzieje? – wrzasnął Rajat.

– Zbrodniarz nas uwięził i właśnie umknął, by wprowadzić swój zabójczy plan w czyn! – nakreśliła ponuro sytuację sąsiadka.

– Kurde, ja tu tylko po złote świnki… – jęknął taksiarz.

– Zapracować trzeba! Po pomoc dzwoń, baranie!

– Pani Zofio – Lelka starała się zachować rozsądek – o czym pani właściwie mówi? Prababci coś grozi?

– A wszystkim grozi – sapnęła sąsiadka. – Ten wasz kierowca zjadł waszego prawdziwego kierowcę i się w niego zamienił, i teraz coś kombinuje.

– Dusioł! – wrzasnęli chórem Rajat i Lela, i w panice naparli na drzwi windy.

– Chwilunia! – powstrzymał ich taksiarz. – Mam śrubokręcik, który zaraz rozwiąże nasze problemy.

– A w dupie mam pana śrubokręcik! – wrzasnęła arogancko Aurelia i wygenerowała z siebie błękitne światło.

Rajat natychmiast podszedł do niej i położył jej ręce na ramionach. Winda jęknęła i ruszyła w stronę drugiego piętra. Po chwili drzwi wypuściły z siebie pasażerów.

– Do sali numer siedem! Biegiem! – wrzasnął Rajat i puścił się sprintem po archaicznym linoleum.

Lelka nie zważała na Stachańską i jej taryfiarza. Gnała za Hindusem, modląc się w duchu, by babce nic się nie stało.

Szeptucha pogłaskała Oleńkę po buzi i odwróciła się w stronę Waldka.

– Dość masz na dzisiaj – orzekła.

– Daj, Oleśka, spokój – burknął stary. – Na co mi siły oszczędzać?

– Ot, choćby na to! – wrzasnęła prababka, odsuwając gwałtownie wózek inwalidzki pod okno i rzucając się całym ciałem na łóżko Oleńki.

Waldek kątem oka zauważył blondyna, który wtargnął do sali i bez ostrzeżenia skoczył na łóżko dziecka.

– Na pomoc! – wrzasnął Waldek, wciskając przycisk alarmowy.

– Waldek! Po Jaśka leć, niech moją wnuczkę znajdzie! – wrzasnęła Szeptucha. – To nie żarty!

Waldek wykrzesał z siebie wszelkie siły i w olimpijskim tempie wytoczył wózek na korytarz. W połowie nieomal zderzył się z grupą zziajanych ludzi.

– Oleńka! Jaśko! – zdołał wyksztusić i wskazał ręką kierunek, a potem zemdlał z wysiłku.

Lelka przebiegła sprintem obok inwalidy i z hukiem otworzyła drzwi pokoju numer siedem.

– Rajat! – wrzasnęła z mocą.

Chłopak podbiegł do niej i w ciągu kilku sekund ocenił sytuację. Istniały zaledwie dwie istoty zdolne ochronić babkę i tę dziewczynę leżącą na łóżku.

– Prababko?

– Róbcie, co trza! – sapnęła stara, próbując utrzymać rozwścieczonego dusioła w zaklęciu ochronnym.

Lelka chwyciła Rajata za rękę, posypały się iskry i młodzi zniknęli w mroku dziejów.

– Rusz się, do cholery! – wrzasnęła Stachańska do taksiarza. – Pomóc trzeba!

Biedny taksiarz w stanie kompletnego szoku stał jak kukła.

– Daj mu, Zośka, spokój! – wydyszała Szeptucha.– Pomóc chcesz, to leć do dyżurki po Jaśka, wnuka swojego przyszywanego. Waldka, swojego szwagra, do pokoju każ odwieźć. A tu się nie mieszaj. Na razie trzymam kurwiego syna w szachu, ale nie wiem, czy sił mi stanie na długo.

– Jezu, rodzina mi się znalazła – przeżegnała się sąsiadka i wybiegła na korytarz. Taksiarz ocknął się nagle i pobiegł za nią.

Jaśka ukołysała właśnie bliźniaki i poszła do kuchni szykować wigilijne pierogi. Dzieciaki dawały jej mnóstwo szczęścia i jeszcze więcej zajęć, a święta miały to do siebie, że nadchodziły rotacyjnie bez pytania, czy są mile widziane. A robota, jak zwykle, sama się zrobić nie chciała.

– Mamo! – wrzasnął upiorny głos za plecami gniotącej ciasto Janiny.

Kobieta odwróciła się błyskawicznie od stolnicy i stanęła naprzeciwko swojej najstarszej córki Aurelii.

– Jezusie, aleś mnie, córuś, przestraszyła!

– Mamo! – Lela była bardzo poważna. Trzymała kurczowo za rękę Rajata i z napięciem wpatrywała się w Jasię. – Prababcia ma kłopoty. Dusioł…

– Dawno trzeba było pozwolić, żeby bliźniaki skończyły z ta gadziną – syknęła mściwie matka Aurelii, bezwiednie obnażając ostre siekacze.

– Teraz muszą z nim skończyć! – wtrącił nerwowym głosem Rajat.

– Mamo – dodała Lela. – Musisz nam pożyczyć bliźniaki! Bez tego prababcia i inni…

– A w życiu nie dam dzieciątek! – żachnęła się Jasia.

– Mamo! – jęknęła Aurelka. – A prababcia?

– Dobra, idę z wami. Pierogi poczekają. Ale jeśli myślicie, że narażę maleństwa na jakiekolwiek niebezpieczeństwo…

– Dobra, mamuś, to one narażą cały szpital na niebezpieczeństwo, więc im samym raczej zbyt wiele nie grozi. Przygotuj się, bo skoczymy wprost do szpitala i wylądujemy przy łóżku bardzo chorej dziewczyny. A na niej będą siedzieć prababcia i dusioł.

Jaśka o nic więcej nie pytała. Pobiegła do sąsiedniego pokoju, chwyciła bliźniaki na ręce i skinęła głową. Para nastolatków podeszła do niej i położyła jej dłonie na ramionach. Niemowlęta spały jak susły. Skoczyli z głośnym syknięciem.

Jaśko stał kompletnie zdezorientowany w progu sali, a wszystko to, co rozgrywało się przed jego oczami, kompletnie nie poddawało się racjonalnym opisom. Oleńka, bledziutka jak nigdy dotąd, leżała nieruchomo z otwartymi szeroko oczami. Tuż nad nią lewitowała Szeptucha, najwyraźniej generując jakieś połyskliwe pole ochronne, i starając się odepchnąć potężnego blondyna atakującego łóżko. Mężczyzna szamotał się chaotycznie, a spod jego skóry przebijały refleksy zielonych łusek. Całość była kompletnie surrealistyczna, ale niewątpliwe groźna. Profesor próbował podejść bliżej, ale jakaś bariera osadzała go ponownie w progu.

– Nic nie rób! – miauknął Mruczek, bohatersko skacząc na pomoc Szeptusze.

Powietrze zgęstniało. Z niespodziewanym hukiem przy łóżku Olesi zmaterializowali się Lela z Rajatem i Jaśka z bliźniętami.

– Dzieci! – wrzasnęła Jasia. – Bierzcie dusioła!

Nie sprecyzowała, które konkretnie dzieci z przywiedzionej czwórki mają się brać za prehistorycznego gada, więc atak, nieco chaotyczny, nosił znamiona pospolitego ruszenia. W jednej chwili pościel Oleńki zakotłowała się, tracąc szpitalną biel.

– Połóżcie go na podłodze! – zadysponowała prababka, podnosząc się ciężko z łóżka.

Dusioł rozkrzyżowany na linoleum łypał złowrogo i co chwilę zmieniał wygląd.

– Czas na was, dzieciątka – wyszeptała Jasia w stronę śmiercionośnych bliźniąt.

Krwiożercze niemowlaki tylko na to czekały. Posadzone na podłodze, poraczkowały w stronę potwora, i radośnie gaworząc, zaczęły mu metodycznie zrywać zielone łuski.

– Jezu – mruknął Rajat. – Jakby się klockami Lego bawiły.

– No dalej, dzieci! – zachęciła maluchy Jasia. – Nie ma czasu.

Prababka odetchnęła z ulgą i spojrzała na tkwiącego w stuporze lekarza.

– Jaśko – powiedziała łagodnie. – Idź no do Oleńki.

To podziałało. Chirurg ocknął się gwałtownie i przypadł do łóżka córki, mierząc jej puls i sprawdzając źrenice. Wyglądało na to, że nic jej się nie stało.

W tym czasie dusioł wrzasnął przeraźliwie i znieruchomiał. Gadzi kształt zaczął powoli znikać i po chwili na podłodze leżał przeraźliwie blady i zdecydowanie martwy chłopak odziany w skórzaną przepaskę. W pokoju zapadła kompletna cisza, przerywana pojedynczymi i raczej upiornymi, zważywszy na okoliczności, perlistymi wybuchami śmiechu niemowląt.

– Jaśko – cmoknęła z zadowoleniem Szeptucha. – Coś mi się zdaje, żeś serce dla Oleńki właśnie dostał.

– Żartujecie chyba? To jakiś potwór z dna piekła albo inne zło wcielone!

– To i lepiej, Jaśko. To i lepiej! – zachichotała upiornie stara.

– A dlaczego niby?

– Boć on tego serca nie używał nigdy, więc trafił ci się zamiennik w doskonałym stanie.

Śnieg sypał bezgłośnie, ale wyjątkowo obficie. Las wyglądał zjawiskowo. Mruczek z furią w oczach przedzierał się przez sosnowy zagajnik, zżymając się na białe paskudztwo. Przez chwilę pomyślał nawet bluźnierczo, że hordy krwiożerczych komarów byłyby bardziej znośne. Tuż za nim szła dziarsko Szeptucha, a obok niej Jaśko, ten lekarz z warszawskiego szpitala.

– Jak Oleńka? – zapytała babka z troską.

– Stan stabilny, przeszczep powinien się przyjąć. Trzymamy ją w śpiączce farmakologicznej.

– Jaśko, jak ojca, a nie jak lekarza cię wypytuję!

– Bledziutka, aż przezroczysta, ale widać w niej wolę walki. Jest z nią teraz mój ojciec i całe plemię Stachańskich, razem z tym taksówkarzem, co się do Zofii, no wiecie, wdowy po moim wuju, przymieszkał, więc dlatego wyrwałem się na kilka godzin, ale zaraz muszę wracać.

– Wiem, wiem. To już niedaleko – uspokoiła go.

– Ona taka młodziutka jeszcze…

– No właśnie, aż nie pasuje do takiego starego konia jak ty.

– Późno się dochowałem. Pięćdziesiątkę przeszło miałem, a żona  ponad czterdzieści. To pewnie przez to mała jest taka słaba. Byliśmy już za starzy na rodziców, zresztą natura zatriumfowała nad nauką. Żona przy porodzie zmarła i to moja wina.

– Nie pleć, synek, głupstw! – ofuknęła go Szeptucha. – Co komu los pisał, tego uniknąć się nie da, a ty za cienki w uszach jesteś, żeby o tym decydować.

Choiny rozstąpiły się nagle i prababka poczłapała w stronę brzozowego młodniaka. Ruin leśniczówki nie było widać spod śniegu, ale zjeżona kocia sierść była najlepszym dowodem, że trafili dobrze.

– Andzia! Wyłaź! – krzyknęła Szeptucha. – Gościa ci przyprowadziłam.

Młodniak zaszumiał tajemniczo i pierzchnął na boki. Na polanie została tylko niewielka choineczka, na której nagle wyrosły świeczki. Jaśko przetarł ze zdumienia oczy i stanął jak wryty.

– No idź, z matulą się przywitaj. Zawsze miała teatralne wejścia… Auć!

Na głowę Szeptuchy spadła okazała pecyna śniegu. Stara otrząsnęła się jak kot i potulnie zamilkła. Stała i obserwowała, jak Jaśko powoli podchodzi do drzewka, nagle lśniącego setką mrugających światełek. Mruczek otarł się o jaśkowe kolana i wskoczył mężczyźnie prosto w ramiona.

– Jesteś! Tyle lat minęło – zaszumiała Andzia.

– Mamo – szepnął Jaśko. – Pamiętam. Teraz pamiętam. Choinkę ubierałem. Jakaś kobieta dała mi malowane orzechy.

– To była twoja babka.

– I ciebie pamiętam. Śmiałaś się do mnie. Taka młoda…

– Szczęśliwy jesteś, synku, w tym życiu?

– Bardzo. Mam rodzinę, córkę… Waldek Stachański mnie adoptował.

Choinka nagle rozżarzyła się czerwonym światłem, ale Andzia najwyraźniej miała już dość tej zemsty, bo po chwili wszystko przygasło.

– To dobrze, synu. Widzę, że Waldek winy swoje odkupił. Jakiś ty przystojny! Jak twój ojciec całkiem.­

– Opowiesz mi o nim? – poprosił Jaśko i przysiadł na pniu.

– Dawno temu, jeszcze przed wojną to było…

– Kocie! – szepnęła prababka. – Ostań tu z nimi. Ja do doma idę. Nic tu po mnie.

Tymczasem Andzia jeszcze długo snuła wspomnienia jakby opowiadała bajkę swojemu dwuletniemu synkowi. A Jaśko siedział jak zaczarowany. Po policzkach ciekły mu łzy.

Przed chałupą czekała na Szeptuchę Lelka.

– I co? I co? – podskoczyła niecierpliwie.

– Wszystko się dobrze ułożyło. Andzia zachwycona, i coś mi się zdaje, że jej dusza w końcu spokoju nieco zazna – odparła prababka, gładząc dziewczynę po włosach.

– Prababciu, ja się boję trochę.

– Czegóż znów się boisz?

– Bo matka Rajata ma tu przyjechać na Wigilię… i ona jest taka…

– Jaka?

– No, inna niż my.

– Musi być inna, skoro w Indiach dalekich wychowana.

– Ale oni są tacy nadziani…

– Czym nadziani? – nie zrozumiała prababka.

– Oj prababciu, no! Bogaci są.

– A my to nie?

– No, oni pałace mają…

– A my ten dom po ojcach, i las, który się nas słucha.

– Złoto, samoloty, hotele najdroższe wynajmują…

– A my rodzinę mamy, emeryturę niczego sobie, a ty całkiem fajne kiecki.

– Z lumpeksu – wtrąciła z goryczą Lela.

– Dziecko! Nie w kosztownościach tkwi bogactwo, toż ci już mówiłam.

– Oj, prababciu… – przewróciła oczami Aurelia. – Życia nie znasz.

Szeptucha zachichotała z głębi prawie dziewięćdziesięcioletnich płuc i cmoknęła szesnastolatkę w czoło.

– Tak jak mówiłam – powiedziała z powagą w głosie, choć w jej oczach tańczyły diabelskie ogniki – nie w kosztownościach tkwi bogactwo, a w totalizatorze sportowym. Tak jakoś po tych dożynkach trafiłam niechcący do kolektury i sprawdziłam numery, a potem, jak się cofnęliśmy w czasie i pojechałaś do sklepu po psią karmę dla słonia, to…

– Prababciu! Jesteś genialna! – wrzasnęła Lelka i puściła się pędem do chałupy na poszukiwanie zwycięskiego kuponu.

– Ha! – mruknęła pod nosem Szeptucha. – Ale się zdziwisz, jak zobaczysz kumulację.

A potem podreptała jak gdyby nigdy nic do domu, barszcz z uszkami szykować. Jaśka miała przynieść pierogi, Lelka upiekła makowce, a Boguś, szeptuchowy wnuk, szykował swoje popisowe śledzie. Zapowiadały się bardzo ciekawe święta. A jak się rajatowej matuli w Kierzbudach nie spodoba, to droga wolna! Rajat i tak nie wyjedzie. Indie, choć piękne, to cierpią na deficyt dwóch dóbr podstawowych: Aurelii i żurku. O!

Salon wyglądał zjawiskowo. Ściana z monitorami, szczelnie otulona kotarą, ginęła za dorodną choinką ustrojoną zabawkami wyprodukowanymi przez kolejne pokolenia dzieci. Mruczek, powsinoga jeden, wrócił w końcu z lasu, zaraportował, że odprowadził Jaśka na PKS, a teraz leżał na piecu i przeciągał się leniwie. Długi stół nakryty białym obrusem dźwigał półmiski z niezliczonymi potrawami.

– Lela! – krzyknęła Szeptucha.

– Co?

– No wychodźże z tej łazienki, zaraz goście się zjadą!

– No już! Kiecki dopiąć nie mogę!

– No to chodź tu, to ci pomogę.

Aurelia wynurzyła się z łazienki i podtrzymując nad biustem sukienkę, podeszła do prababci. Wyglądała zjawiskowo. Sukienka może i z lumpeksu, ale wyśmienicie uwypuklała jej smukłą figurę.

– Mam coś dla ciebie! – mruknęła prababka. – Wprawdzie młodość zdobi cię najlepiej, ale jak już o tych kamieniach tak żeśmy gadały…

Szeptucha pogrzebała w kieszeni i wyciągnęła małe pudełeczko, a z niego łańcuszek z medalionem.

– Co to?

– Medalion mojej matki. Posrebrzany ledwie, ale cenniejszy niż wszystkie skarby.

– Dlaczego? – zaciekawiła się Aurelia.

– Szeptucha, jak znajdzie godną następczynię, to jej ten medalion przekazuje.

– Och! Prababciu! Dziękuję! – westchnęła Lela i rzuciła się starej na szyję. – Masz rację, to cenniejsze niż te głupie kamienie!

– No ja myślę! Kazałam w środek wprawić trzy dwukaratowe brylanty! – zarżała jak koń Szeptucha i wskazała prawnuczce drzwi. – Goście idą, otwórz. Dzisiaj ty jesteś panią domu.

A potem chałupa rozbrzmiała głosami, śmiechem i pieśniami intonowanymi przez upojonego czerwonym winem Bogusia, który nieco złym okiem łypał na córkę tulącą się do Rajata. Klan Hindusów nad wyraz gładko odnajdywał się w tej świątecznej polskiej tradycji. Starsze siostry Rajata umiały nawet odśpiewać kilka kolęd całkiem znośną polszczyzną.

– Dobrze ich tam nasz Józuś przećwiczył – szepnęła prababka do Jaśki, kołyszącej na kolanach bliźnięta.

– Ano, prawie jak nasi – zgodziła się zębna, która sama z Niemiec do wioski przyszła.

– Ech, żal, że mój Józek tego nie doczekał – westchnęła Szeptucha.

– Bo śnieg taki, to dlatego! – wciął się w rozmowę wypchany pierogami Rajat.

– Co tam, synek, prawisz?

– Nie zdążył, bo korki przez ten śnieg…

– Józek żyje? – wrzasnęła prababcia. – Czemuś nic nie gadał?

– A… bo nikt nie pytał – odparł rozbrajająco Rajat.

I naraz rozległo się łomotanie w drzwi. Szeptucha poderwała się na równe nogi i pobiegła do przedsionka. A tam stał Józek, otupując ze śniegu buty, i uśmiechał się od ucha do ucha.

KONIEC

Spox

Spox

Wiecie co? Ta nasza Jagna to naprawdę ma talent. O elektryczność mi chodzi i o psucie. Ja nic nie mówię, kiedy ta ofiara losu sama psuje sobie komórki i blendery, ale żeby u mnie też?! Nie dość, że w ostatni weekend, na odległość, spaliła mojemu mężowi kosiarkę, stopiła nam kabel pod trawnikiem, to na dokładkę wywaliła mi korki w połowie chałupy i jeszcze wysadziła bezpiecznik w bramie od garażu.  Zdolna sztuka, prawda? Tak, wysadzić w Krakowie siedząc sobie w Warszawie, to trzeba być mega wybitnym psujem  :)

Na szczęście mam remont i wyjątkowo zdolną ekipę pod ręką, więc kabel pod trawnikiem już mam nowy, garaż udało się naprawić za złoty pięćdziesiąt za bezpiecznik, plus czarodziejski czteropak Harnasia, a kosiarka i tak nie jest nam na razie potrzebna, bo po akcji ekipy remontowej, trawnika już właściwie nie mamy i może nowy będziemy mieć jakoś we wrześniu, jak już sobie wszyscy pójdą, więc na razie nie zawracamy sobie głowy kosiarką, bo aktualnie mamy tylko klepisko i nie ma co kosić.

Ale do rzeczy. Jak tak już Jagna wysadziła ten bezpiecznik od garażu, choć wcale nie był podpięty pod to samo, co kosiarka, to poleciałam w popłochu sprawdzać, co jeszcze zepsuła. Telewizji prawie wcale nie oglądam, więc na ostatni rzut sprawdziłam, czy telewizor jeszcze działa. Uff, działa.  Jakoś mi się włączyło w chwili, gdy na wizji pojawił się pewien facet, a mnie naszła myśl, że skądś gościa znam.

„… Wiadomości sportowe. Dziękuję za uwagę. Janusz…”

Ech, i wtedy mi się przypomniała największa gafa mojego życia. Oczywiście z udziałem tegoż właśnie pana z telewizji…

Początki mojej burzliwej korporacyjnej kariery przypadły mniej więcej na połowę lat dziewięćdziesiątych, kiedy to zatrudniono mnie w Browarze Żywiec – w charakterze przedstawiciela handlowego. Jako że mój ówczesny, niesłychanie zakręcony szef, nieprawdopodobnie bał się jakichkolwiek publicznych wystąpień, zawsze, na wszelkiego rodzaju okazje i konferencje prasowe wysyłał mnie. Przy tym tłumaczył się, że jako jedyna kobieta w zespole powinnam takie rzeczy robić i już. Tak było i tym razem. Właśnie czyniąc handlową wizytę w jakiejś wiejskiej kuflotece, wisząc na drabinie i ryzykując życie, bohatersko kleiłam tak zwane „firmowe wyklejki okienne”, gdy mój pager zapiszczał złowrogo z wiadomością – Pilny kontakt PKR! PKR równało się, że to szef właśnie siedzi przy telefonie i czeka z jakimś shitem, więc porzuciwszy drabinę i moje wyklejki z tańczącą parą krakowską, pognałam do najbliższej budki telefonicznej. Mniej więcej po kwadransie dowiedziałam się, że za godzinę mam się zameldować w krakowskim klubie prasowym Pod Gruszką i wziąć udział w konferencji prasowej dotyczącej Wyścigu Pokoju, którego to moja firma była głównym sponsorem.

– Ale Paweł, ja się kompletnie nie znam na kolarstwie!- naprawdę byłam bliska rozpaczy.

– No, to co? Przecież sobie poradzisz.

– Może niech tam pójdzie któryś z chłopaków, przecież jest ich dziesięciu. W końcu oni coś tam kminią z tych rowerów. Ja nie!

– Nie! Ty masz iść!

– Ale Paweł, ja nie mam pojęcia, o czym gadać do tych dziennikarzy od kolarstwa!

– Nieważne. Właśnie dzwonił do mnie redaktor K. z Gazety Krakowskiej i powiedział, że ty masz być i będzie gadał tylko z tobą!

Zdziwiona tak zdecydowaną postawą nieznanego mi redaktora K. z GK, posłusznie zwinęłam mój sprzęt do okiennych wyklejek i popędziłam w stronę domu, żeby ze służbowego dresu przeskoczyć w elegancki kostiumik, wyszorować paznokcie i godnie zaprezentować naszą firmę na konferencji prasowej. Trochę zaintrygował mnie fakt, że nasza ekipa od imprez plenerowych nie dograła tak istotnych szczegółów związanych z wyścigiem, więc zadzwoniłam do ich szefa i równo ochrzaniłam gościa, że mi wżenił swoją robotę.

– Wyścig Pokoju to wasza bajka!- huknęłam koledze w telefon.

– Ale o co ci chodzi? Przecież Wyścig Pokoju jest w trakcie i kończy się za dwa dni. Ja ogarniam temat, a wszystkie konferencje prasowe już były.

Zaskoczona, nieco spuściłam z tonu i coraz bardziej przestraszona skierowałam się w stronę klubu prasowego Pod Gruszką.

Redaktor K. już na mnie czekał i od razu przy prezentacji powołał się na dyrektor wydawniczą z jego gazety. Kurczę, powołał się na koleżankę mojej mamy…, która przypadkiem napuściła go na mnie. Tu przynajmniej wyjaśniło się, kto gościa na mnie nasłał.

Boże…, za co…

Przecież o kolarstwie to ja wiem tyle, że był kiedyś taki Szurkowski, i że jest peleton, i jeszcze jest jakaś premia lotna. Niestety redaktor sportowy K. nie dał mi czasu na myślenie, tylko na wejściu zaproponował banieczkę dla kurażu. Na szczęście mogłam wykpić się samochodem, ale i tak, niezrażony ucapił mnie za nadgarstek i pociągnął do stolika, gdzie z namaszczeniem przedstawił mi dwóch zaaferowanych facetów.

– Proszę, oto pan X z BBC. Nasz główny sponsor- oznajmił z powagą.

Pode mną z wrażenia ugięły się nogi.

– A to pan Y. Komandor wyścigu, czy możemy przejść do rzeczy….

Myślałam, że padnę z przejęcia, ale tylko do chwili, kiedy się okazało, że pan X i jego BBC to stacja benzynowa gdzieś pod Dębicą, pan Y- komandor wyścigu, to dentysta z Dębicy, a wyścig kolarski nie jest Wyścigiem Pokoju, tylko Wyścigiem Szlakiem Podkarpacia i chcą tylko kilka parasoli, paru banerów oraz dwa roll-bary na start i na metę.

Cóż, to cały mój szef :)

Już wyluzowana i ubawiona do granic stanęłam u boku redaktora K., by powitać tłumnie nadciągających dziennikarzy. Redaktor K. przedstawiał mnie wszystkim, gdy naraz weszło z sześciu dziennikarzy sportowych z różnych mediów i jeszcze jacyś ludzie. Zapanował lekki rozgardiasz.  Niespecjalnie starałam się zapamiętać, kogo witam, ale nagle do moich korporacyjnie wyczulonych uszu dotarło zakazane słowo: TYCHY!

Do tego redaktor K. dorzucił swoje.

– Nooo…, Tyskie, pani Izo. Konkurencja, co nie?

No tak… Tylko tego jeszcze brakowało. Mój zdolny do wszystkiego szef właśnie zgodził się sponsorować imprezę, gdzie sponsorem była również konkurencja. Tylko on mógł w tym swoim zamotaniu złamać niepisaną umowę między browarami, że nawzajem w drogę sobie nie wchodzimy. Ale cóż, stało się, trudno.  Jakoś przeżyjemy to Tyskie. A oni nas.

Wściekła na szefa, że tak bez sensu mnie wrobił, przystanęłam w kąciku i popijając soczek pomarańczowy przyglądałam się rosnącemu tłumkowi dziennikarzy sportowych. Nagle ktoś chwycił mnie za ramię.

No tak, to ten pajac z konkurencji.

– No… , wy to bogata firma, nie ma co. W kółko sponsorujecie tylu sportowców. Reprezentację piłki ręcznej- Anna Walkiewicz- Esjmont, no tak… Kolarzy też, i tak dalej. My to jesteśmy biedni. My tylko lokalnie, siatkówkę.

Zagotowałam. Przesadził, kłamczuch jeden! Akurat dwa tygodnie wcześniej byłam na mistrzostwach świata w kick boxingu i Tyskie sponsorowało mistrzynie świata federacji jakiejś tam. Sama widziałam.

– A co pan taki skromny, przecież wy też dajecie radę, ten kick boxing i w ogóle…

– Nieee, skądże. My tylko siatkówkę, lokalnie – powiedział ten koleś z konkurencji, a mnie szlag trafił.

– Nieprawda! Tak się składa, że niedawno byłam na mistrzostwach świata w kick boxingu i na własne oczy widziałam, że sponsorujecie najwyżej lokowane zawodniczki federacji MMA! Marek Piotrowski wtedy walczył o utrzymanie pasa. Nie wie pan?!

– Nie sponsorujemy, my tylko siatkówkę, lokalnie.

– Panie. Niech pan nie ściemnia! Ja byłam i na własne oczy widziałam, że zwyciężczyni walk MMA miała na dresie wasze logo.

– Ale, jakie logo?- gość nie dał za wygraną.

– No wasze!- fuknęłam wściekle, bliska pobicia bufoniastego kłamczucha z konkurencji.

– Ale co ona tam miała napisane?

– No, jak to co?! No, TYSKIE!- wyplułam gotując wściekle, a facet tylko wywrócił oczami.

– Pani pozwoli, że ja jeszcze raz się przedstawię. Janusz Tychy. Telewizja Wisła…

P.s. Panie Januszu, jeśli pan to czyta-  to ja pozdrawiam serdecznie :)

Na ulicy Szemranej

Na ulicy Szemranej

Po kilku przeprowadzkach trafiłam w końcu tu, gdzie mieszkam. Nawet nie sądziłam, że ta, do niedawna ślepa, spokojna uliczka posiada właściwości podobne do trójkąta bermudzkiego i dzieją się tu różne dziwne rzeczy. I to w nieprawdopodobnym natężeniu, jak na dziesięć domów, jeden mały blok oraz dwóch pieszych na godzinę, na chodniku po drugiej stronie ulicy.

Wcześniej, przez dwadzieścia lat mieszkałam z rodzicami na sporym osiedlu, gdzie powinno dziać się wiele, ale poza tym, że tylko raz pod naszymi oknami wykoleił się pociąg, nie działo się tam kompletnie nic. Gdyby ten blok nie stał przy torach to nawet i tego wykolejeńca by nie było. W końcu szklanki regularnie wylatujące z kredensu, gdy jechał towarowy z węglem to chyba normalna sprawa, prawda?
Ale do rzeczy…
szemranaMoja ulica nosi najzwyklejszą nazwę świata, pochodzącą od miasta, które leży z trzysta kilometrów na wschód i ta nazwa zupełnie do tej ulicy nie pasuje. Kiedyś ustaliliśmy z sąsiadami, że powinniśmy wnioskować o zmianę nazwy, tak ku przestrodze dla przyszłych mieszkańców. Ogłosiłam wtedy nawet plebiscyt na pewnym forum i wygrała ul. Szemrana. Niestety formalności byłoby zbyt dużo, więc daliśmy spokój i jest jak było. Nic się nie zmieniło ani w nazwie, ani w tym, co się tutaj wyprawia. Bo tutaj nawet deszcz potrafi padać wzdłuż osi jezdni, a jak już wypierniczy wodociągi to od razu z połową ulicy i fontanną na wysokość drugiego piętra.

 

Drodzy. Nie jestem w stanie opisać wszystkiego, bowiem niniejszy felieton miałby długość kilometra, zatem skupię się jedynie na niektórych wydarzeniach…
Pod względem ilości i jakości kolizji samochodowych już dawno temu pobito tutaj rekord Guinnessa. Tu smaczku dodaje fakt, że ulica biegnie trochę pod górkę, więc szczególnie interesująco jest zimą. Przy pierwszych opadach śniegu zwykle wraz z mężem stajemy sobie w oknie i obstawiamy ilość stłuczek na godzinę. To normalka, choć w ostatnie zimy było marnie ze śniegiem, więc i zakładów było mniej, ale za to ostatniej wiosny napatoczył się jakiś napalony ford focus, który tak efektownie przycedził w betonową latarnię, że złamał ją na pół. A gdzie? Oczywiście przed naszym domem, a my tylko czekaliśmy aż nam ta latarnia wpadnie do ogrodu.
Była też i kobieta, której „maluch” uciekł z górki. Po drodze potrącił swoją właścicielkę, przetoczył się przez nasz podjazd i rąbnął w trzy samochody zaparkowane pod sklepem sąsiada. Dobrze, że godzinę wcześniej wstawiłam mój samochód do garażu, bo byłoby po nim.
U sąsiadów też była niezła akcja. Ich lekko upośledzony magazynier ze sklepu, postanowił przeparkować samochód mojej sąsiadki w inne, lepsze jego zdaniem miejsce i przy okazji skasował na amen dwa pozostałe auta sąsiada. Trzeba mieć talent, co nie?
Długo nie popracował, oj nie…
Ale najlepszy to był prawdziwy karambol.
W pewien marcowy poranek obudziły mnie moje dzieci stwierdzeniem, że auta dziwnie jadą z górki, bo im się koła nie kręcą.
No tak. Roztopy + mróz = szklanka. Jeszcze nie zdążyłam dobrze pomyśleć, jak mych uszu, z uchylonego okna doszedł huk i rozpaczliwe okrzyki:
– O, k…! O, k…!
Zaciekawiona podeszłam do okna. Rzeczywiście, fiacik wbił się w zaparkowanego po drugiej stronie ulicy poloneza, ale zanim odeszłam od okna nadjechał, a raczej stoczył się z górki zielony matiz i lewym bokiem, z lekkim trzaskiem, który towarzyszył uderzeniu, zatrzymał się na zlodowaciałej zaspie, na naszym podjeździe. Na to nadjechał opel i zatrzymał się na matizie, a na oplu zatrzymała się niebieska skoda. Takiej akcji nigdy wcześniej nie widziałam, więc zawołałam pozostałych domowników, bo w końcu prawdziwy karambol na własnym podjeździe nie zdarza się codziennie.
Ze stukniętych aut wyskoczyli wrzeszczący kierowcy i kłócąc się na środku ulicy ledwie uszli z życiem przed toczącą się z góry półciężarówką. Kierowca, z obłędem w oczach, próbując uniknąć rozjechania tych ludzi na marmoladę, postawił auto bokiem i wyrżnął tyłem w auto jadące z dołu, a przodem przywalił w tył zielonego matiza. Właścicielka od matiza na to wpadła w prawdziwą histerię (bez żartów), a pozostali kierowcy zaczęli się kłócić jeszcze głośniej.
Cóż było robić… W piżamie, adidasach i szlafroku poszłam do piwnicy po sól drogową. Niech sobie nieszczęśnicy posypią kawałek drogi, bo inaczej nie ruszą, a ja przecież muszę zaraz jechać z dziećmi do szkoły, a oni blokują mi wyjazd…
W końcu udało mi się ich przekonać, żeby wysłali kogoś na górkę z trójkątem ostrzegawczym, żeby nikt już więcej na to złomowisko nie dojechał.
Spóźniona nareszcie dotarłam do szkoły, ale za to po powrocie zastałam pod domem policję, pomoc drogową i męża kobiety od matiza, który w międzyczasie zdążył dojechać na miejsce katastrofy. Otóż mąż ów uznał, że to wszystko moja wina, bo jego żona o moją zaspę zahaczyła… Na szczęście, na koniec, na to wszystko podjechało białe mondeo combi z TVP1.
Relację z mojego karambolu puszczono w wieczornym wydaniu Kroniki Krakowskiej.
Tu, nasz dobry kolega właśnie przyszedł z pracy do domu, jak żona zawołała sprzed telewizora.
– Misiek!!! Chodź szybko! Patrz! Właśnie pokazują w kronice karambol pod domem Frączyków!!!
– No, widzę… Tylko dlaczego ja nie jestem zdziwiony?
No fakt. Misiek też już co nieco u nas widział… Na przykład policyjną obławę na dzika. Trzy radiowozy wtedy przyjechały, a policjanci z płaszczami, niczym zawodowi torreadorzy usiłowali osaczyć skołowane zwierzę. Dzik w końcu wymknął się władzy, a władza, obstawą w trzy auta pojechała za nim :)
Pewnego razu był też świadkiem (Misiek, nie dzik), jak pod naszym domem zaparkowała kolorowa ciuchcia. Było już ciemno, ale dla pewności zrobiliśmy wtedy zdjęcie. To tak na wszelki wypadek, żeby się upewnić, czy to aby nie zbiorowa halucynacja, bo ciuchci z wagonami to jeszcze nikt z nas na asfalcie nie widział. Misiek widział też jak w ciężarówce marki Volvo pękła miska olejowa.
A gdzie? No, jak to gdzie?
Oczywiście przy naszym podjeździe. Przyjechał wtedy wóz bojowy ze straży pożarnej, żeby zutylizować tajemniczym sorbentem wielką kałużę oleju, choć i tak, w międzyczasie, w tę ciemną kałużę wlazł mój nieszczęsny kot i później trzeba było jakoś zmyć olej silnikowy z kota.
Innego dnia, kiedy to właśnie Misiek od nas wyjeżdżał, jak tuż obok niego, na ulicy, w hondzie accord urwało się koło. Tu muszę wspomnieć też o tym, iż pewnego razu jeden z mieszkańców mojej szemranej ulicy przytarł kiedyś Miśkowi auto, bowiem ów mieszkaniec źle się złożył na zakręcie. Tak więc chyba sami przyznacie, iż trudno się dziwić, że Miśka wcale nie zdumiał fakt, że u nas mamy też i karambol :)
No dzieje się, dzieje… jak nie pielgrzymka, to druga pielgrzymka, bo Łagiewniki mamy blisko i przy niskim ciśnieniu całe kazania słyszę. Jak sąsiadowi kury nie uciekną, to mi kota spod domu ktoś wywiezie i potem dzwoni z drugiego końca miasta, że znalazł kota i żeby przyjechać i go sobie odebrać. Wprawdzie nic nie przebije tego, jak się najbliższym sąsiadom dom sfajczył i tego, że inny sąsiad spadł z czereśni i był to jego ostatni upadek w życiu, ale sami widzicie, że niełatwo tu żyć, choć teraz mamy nieco lżej, bo zlikwidowano bar i odpadli nam nocni pijaczkowie, którzy nieraz też potrafili dać czadu. Poprzewracane kosze na śmieci i słup ogłoszeniowy to standard, ale przewrócenie w nocy całego nowego ogrodzenia przy sąsiedniej posesji, demontaż progu zwalniającego, tudzież ułożenie się do snu na środku ulicy? Oczywiście u mnie, bo gdzie?! Litości….
Tak… Od miesiąca nic się nie dzieje. To znaczy, przez remont elewacji siedzę zamknięta w domu i niczego nie widzę, więc trzymajcie kciuki, bo boję się pomyśleć, co będzie jak mi balkon wyszykują i będę znów mogła obserwować życie na ulicy Szemranej.
Niestety zdjęcia ciuchci i karambolu przepadły bezpowrotnie wraz ze starym laptopem :( ale resztę na szczęście mam :)

kolaz1

Szeptucha 13

Szeptucha 13

– Jeszcze tylko kilka schodków – wysapała babka.

– Miau!

– Łatwo ci, kocie, powiedzieć! Nie ty mnie po schodach dźwigasz!

– Miau!

– Toć mówiłam, że jak czas stoi, to i elektronika wszelka zamiera. Gadaj se zdrów, a winda i tak nie pojedzie – zirytowała się Szeptucha. – Z kosza, leniu, wyłaź, i po schodach na łapach idź!

Kot prychnął ze złością, ale usłuchał. Zaczął wbiegać z gracją po kolejnych stopniach. Szeptucha spoglądała zazdrośnie na zwierzaka i sapiąc parła w górę.

Korytarz drugiego piętra sprawiał wrażenie przytuliska dla trędowatych w prowincjonalnej kambodżańskiej wiosce z lat pięćdziesiątych minionego stulecia. Na odrapanych, przedpotopowych łóżkach zastygli odarci z prywatności pacjenci. Środkiem migały filuternie przybrudzone płytki PCV, pamiętające zapewne pierwszą pielgrzymkę Jana Pawła II. Szeptucha sentymentalna nie była, a omijanie kolejnych łóżek wprowadziło ją wyłącznie w stan irytacji.

– Kocie! – zadysponowała. – Szukaj Jaśka.

Mruczek przystanął i spojrzał z wyrzutem na babkę. Jaśka nie znał i wywąchać zguby nie miał jak.

– Mruczek, to ten sam, co z wizji na Zrębinach. Andzię wspomnij.

Kot wzdrygnął się na wspomnienie lasu i zrębinowych duchów. Powęszył chwilę i z nagromadzenia złych zapachów wyłowił trop chłopca, który uniknął rzezi w leśniczówce. Po chwili ruszył w stronę białych drzwi. Zatrzymał się pod nimi i usiadł, zamiatając ogonem linoleum. Babka chwyciła za klamkę i weszła do środka. W sali szpitalnej stały trzy łóżka. Pewnie byłoby ich więcej, ale pomieszczenie, niewiele większe od schowka na miotły, mogłoby nie pomieścić kolejnych. W ustawionym pod oknem leżała dziewczyna, a obok niej na metalowym, szpitalnym taborecie siedział siwy i bardzo szczupły mężczyzna w kitlu lekarskim.

– To on! – zatarła z radości ręce babka. – No patrz, kocie, jakżeśmy to wszystko zgrabnie połączyli!

– Miau! – ostrzegł kocur, wskakując ponownie do kosza.

– Tak, wiem, zaklęcie się zaraz wyczerpie.

I rzeczywiście, przebywające w pokoju osoby jakby zaczęły się wybudzać z głębokiego snu. Atmosfera, wcześniej gęsta niczym smoła, rozrzedzała się z każdą chwilą. Siedzący na taborecie lekarz powiódł po intruzach obojętnym, niewidzącym spojrzeniem, by zaraz cofnąć wzrok i odnotować niespodziewaną materializację jakiejś staruszki z kotem wyglądającym z wiklinowego kosza.

– Kim pani jest? – zapytał zdumiony. – To nie jest pora odwiedzin, a na teren szpitala nie można wprowadzać żadnych zwierząt!

– Jaśko? – bardziej stwierdziła niż zapytała Szeptucha.

– Kim pani jest? – ponowił lekarz, podnosząc się gwałtownie ze stołka.

– Cichaj, synuś – cmoknęła stara z dezaprobatą. – Prawie rodzina jestem, boć twój tatulo za mną bardziej w szkole niż za twoją matką ganiał, no ale wyszło, jak wyszło.

– Szanowna pani, ja jednak nalegam, żeby pani opuściła salę i nie zakłócała spokoju pacjentek – odparł stanowczym głosem lekarz.

– Jaśko, ja tu niczyjego spokoju zakłócać nie zamierzam. A co temu dziewczątku dolega?

– Tajemnica lekarska!

– Oj tam, zaraz tajemnica – zirytowała się Szeptucha. – Jak co komu za skórę wlezie, to krygować się nie ma czasu.

Lekarz westchnął ze zrezygnowaniem, i ponieważ miał głęboką świadomość faktu, że nie znajduje się w amerykańskim serialu, tylko w polskim szpitalu, a ochrona obiektu w tym drugim przypadku składała się wyłącznie z pana Miecia, więc na wszelki wypadek postanowił nie stawiać sprawy na ostrzu noża i współpracować z wariatką.

– Oleńka czeka na przeszczep serca – wyjaśnił. – Hospitalizowana przez większość swojego szesnastoletniego życia.

– Prawnuczkę w tym wieku mam. Aurelka się zowie – zafrasowała się babka, nie zdradzając bliższych związków z imieniem tej małej.

– Dziecko jeszcze, a wycierpiała tyle, że niejeden stary by nie podołał. – Lekarz wbrew sobie poczuł sympatię do starej wariatki.

– Jaśko – powiedziała miękko Szeptucha. – Ja podług twojej matuli do ciebie przyjechałam. Bom jej obiecała, że cię znajdę, ale to poczekać może. Obaczę pierwej, czy Oleńce pomóc mogę.

– Jak to matuli? O czym pani mówi? – zdenerwował się lekarz. – Moja matka od lat na Powązkach…

– Nie adopcyjna, chłopcze, ino prawdziwa.

– Skąd pani wie?

– Wiem Jaśko, po prostu wiem. Posuń się i chorą daj obejrzeć.

Działając pod wpływem szoku i delikatnego zaklęcia oszołamiającego, siwy profesor odszedł kilka kroków od łóżka, ustępując miejsca dziwacznej staruszce. Ta podeszła do obojętnej na wydarzenia i bledziutkiej Oleńki, i zaczęła wodzić dłońmi nad jej klatką piersiową.

– Słabiutko bije – stwierdziła babka.

– I z dnia na dzień gorzej – westchnął lekarz.

– Wzmocnić ją można trochę. Zaszeptam chorobę, ale bez przeszczepu się nie obejdzie – potwierdziła lekarską diagnozę stara.

– Szeptucha? – zdziwił się profesor.

– No przecie.

– W Warszawie?

– Toż przecie mówię, żem do ciebie z daleka przyjechała.

– Powiedzcie, możecie jej pomóc?

– Oleńce? A mogę wzmocnić, jak mówiłam.

– To odprawiajcie swoje modły, jej każda pomoc wskazana. Ja idę do dyżurki. Muszę się napić kawy. – Tu profesor skinął głową i wyszedł z sali, po drodze przykładając dłoń do czoła uśpionej pacjentki z łóżka pod drugą ścianą.

– Kocie! – mruknęła półgębkiem babka. – Idź za nim. Ja tutaj chwilę z tym dzieckiem posiedzę.

Lelka wyglądała świeżo i uroczo w czerwonym swetrze i błękitnych dżinsach. Mokre pasma włosów skręcały się w kędziory. Rajat usiadł na wersalce i westchnął z zachwytem.

– Musimy pogadać! – ogłosiła uroczyście Aurelia.

– A o czym?

– O wszystkim – wyjaśniła rzeczowo dziewczyna.

Rajat, złapany w pułapkę lelczynych oczu, nie śmiał się odezwać. Zegar z kukułką wybił beznamiętnie piątą po południu. Jak okiem sięgnąć, za oknem rozciągała się rozproszona bielą śniegu zimowa noc.

– Jak to jest…? – Aurelia westchnęła głęboko i zamilkła.

– No? – zachęcił ją chłopak.

– No więc, jak to jest, że mi mówisz o podróżach, hotelach i wielkim świecie, a tu przyjeżdżasz z prababką biedę klepać?

– Biedę? – podrapał się po brodzie chłopak.

– Sam widzisz, ile prababcia Olesia ma emerytury!

– Czego? – zdumiał się Rajat.

– No, pieniędzy na żarcie, matołku!

– A to na żarcie w domu pieniądze są potrzebne? – zdębiał chłopak. – Bo w restauracji to rozumiem.

– U ciebie w domu się jedzenia nie kupowało? – prychnęła Lela.

– A nie, nie przypominam sobie, prawdę mówiąc.

– To skąd się, do cholery, brało?

– No… służba przynosiła.

Kukułka schowała odrapany dziób do postkomunistycznej budki zegara. Fajerka osunęła się z niemiłym zgrzytem z kuchni, a Aurelia wpiła szeroko otwarte ze zdumienia oczy w Hindusa. Najwyraźniej jego polonizacja była powierzchowna i przeprowadzona po łebkach.

– Rajat? – zapytała ostrożnie.

– No?

– A ty masz jakieś pieniądze?

– Mam! – odparł radośnie chłopak.

– A czemuś babce na żur nie dołożył?

– Nic nie mówiła!

– A na bilety do Warszawy masz? – zaszemrała łagodnie Lela, co najwyraźniej miało zakamuflować jej gigantyczne wkurzenie.

– Lotnicze?

– Nie, na PKS! – wycedziła dziewczyna.

– Mam, Leluś!

– No to postanowione. Za prababką jedziemy, a ty za bilety płacisz!

– No dobrze, dobrze – położył po sobie uszy Rajat i niepewnie się uśmiechnął. – Już dzwonię i załatwiam.

Mruczek utrzymywał dystans, ale nie spuszczał z lekarza bursztynowych oczu i skradał się bezszelestnie szpitalnym korytarzem. Profesor, zwany przez babkę Jaśkiem, poczłapał w stronę maleńkiego pokoiku tuż za schodami i zamknął za sobą drzwi. Kotu cudem udało się prześliznąć do wnętrza i przycupnąć w cieniu nieco pożółkłej paprotki.

Lekarz podszedł do stojącego na stoliku ekspresu i podstawił pod dyszę kubek, łapiąc do niego gęstą jak smoła kawę. Od jej zapachu Mruczkowi aż się zakręciło w nosie. Szybko wtulił pyszczek pod lewą pachę, co nieznacznie wytłumiło kichnięcie.

– Kto tu jest? – Lekarz odwrócił się gwałtownie.

Kot zamarł w bezruchu. W pokoju było słychać tylko oddech mężczyzny.

– Zdawało mi się pewnie – mruknął Jaśko. – Starzeje się człowiek i już zaświaty słyszy. O! A teraz jeszcze sam do siebie gadam! Starość nie radość.

Mężczyzna usiadł za biurkiem pielęgniarki i w zamyśleniu wodził palcem po brzegu filiżanki. Trochę trudu to Mruczka kosztowało, ale w końcu dostroił się do fal mózgowych lekarza, i przebierając ostrożnie łapkami, nastawił uszy i zamknął bursztynowe oczyska. Odbierał przekaz.

Żółte liście bezgłośnie opływały spoczywającą na ramionach sześciu mężczyzn trumnę. Kondukt szeleścił z szacunkiem setką zanurzonych w listowiu stóp. Ledwie osiemnastoletni Jaśko starał się być dzielny, ale raz za razem wstrząsał nim tłumiony szloch. Obok niego szedł ojciec i teraz, gdy mężczyźni w końcu się zatrzymali przed grobem, położył wielką i ciepłą dłoń na ramieniu syna. Ten potężny mężczyzna miał oczy zaczerwienione, ale nie pozwalał sobie na płacz. Chłopców z jego pokolenia uczono, że łzy to wyłącznie kobieca rzecz. Obaj, ojciec i syn, stali z opuszczonymi ramionami, jeden wcale niepodobny do drugiego, ale tak dziwnie sobie bliscy po tej największej z możliwych stracie. Ksiądz podjął modły, ale do Jaśka nie docierało ani jedno słowo. Stał, czując ciepło ojcowskiej dłoni, ze wzrokiem wbitym w białą tabliczkę z czarnym napisem.

Eleonora Stachańska z rodu Krzesimirskich

Urodzona 16 lipca 1919 roku, zmarła 14 października 1959 roku

Kot podskoczył w miejscu jak podpięty do prądu i pokłusował w stronę drzwi. Skakał jak szalony na klamkę, kompletnie się nie przejmując zdumionym lekarzem, który poderwał się z krzesła i runął w jego kierunku. Zanim dobiegł, Mruczkowi udało się zawisnąć na klamce. Drzwi odskoczyły ze zgrzytem nienaoliwionych zawiasów, a kot wyprysnął na korytarz i zniknął w mroku klatki schodowej. Tam wyhamował z impetem i przez chwilę nasłuchiwał. Jaśko najwyraźniej nie zamierzał go gonić. Zwierzak bezszelestnie zakradł się do sali szpitalnej, w której przy Oleńce siedziała babka, i wiedząc, że nie zostało wiele czasu do przybycia lekarza, otarł się Szeptusze o kolana i wskoczył na nie. Oparł się łapkami o jej ramię i zaczął szeptać odkryte rewelacje do ucha.

– Co ty, Mruczek, opowiadasz? – zaniepokoiła się babka. – Pewnyś? Przekaz był bez zakłóceń?

– Czysty jak łza! Waldek Stachański najwyraźniej dzieciaka do sąsiedniej wsi nie oddał, a razem z nim do Warszawy zbiegł.

– W czasie okupacji? Co ty gadasz, kocie? Kto by się wtedy do miasta bez dokumentów na siebie i dzieciaka pchał?

– Może wspólnika miał co dokumenty załatwił?

– Waldek? – prychnęła babka – ten zdrajca?

– Na trumnie matki było napisane „Eleonora Stachańska z rodu Krzesimirskich” – cmoknął zniecierpliwiony kot.

– O słodki Jezu! Waldek zbałamucił młodszą siostrę partyzanta Michała, co u leśnych poległ? No, Mruczek, to mocno zmienia nasza misję – warknęła babka.

– Zaraz zbałamucił! – prychnął kot. – Jak za niego poszła, to chyba go chciała?

– Tego to my, Mruczek, nie wiemy – wycedziła Szeptucha. – Ale na pewno się dowiemy – dodała złowieszczo po chwili zastanowienia.

Oleńka jęknęła cichutko przez sen, co babkę natychmiast przywróciło do rzeczywistości.

– Kocie, znajdź gdzieś komputer i spróbuj to wszystko sprawdzić, ja teraz ważniejsze mam sprawy na głowie.

– Rajat! – roześmiała się tysiącem srebrnych dzwoneczków Aurelia. – Zwariowałeś chyba?

Przed wejściową furtką zaparkował właśnie ogromny, dwupiętrowy autokar, a ze środka wysiadł jasnowłosy kierowca i zachęcająco otworzył luki bagażowe. Lelka złapała uszy torby, i łapiąc w locie kurtkę, wybiegła ze śmiechem z chałupy. Rajat pamiętał o kluczu leżącym nad górną futryną i zanim pospieszył za dziewczyną, starannie zaryglował drzwi wejściowe. Po chwili brnął w śniegu w stronę autokaru.

– Ależ nie! – usłyszał Lelę, która z uśmiechem tłumaczyła kierowcy, że bagażu prawie nie ma i nic do luków wkładać nie będzie. – Może inni pasażerowie zechcą…

– Nie będzie innych pasażerów, Leluś – wyjaśnił uprzejmie Rajat. – A po co nam towarzystwo?

Lelka zmarszczyła ze zdumieniem brwi, ale nie skomentowała, i posłusznie wsiadła do autobusu. Rajat ruszył za nią, a kierowca otrzepał nogi ze śniegu i poszedł zamknąć luki bagażowe. Najpierw te z lewej strony. Pewnie by zaprotestował, widząc staruszkę wskakującą ze zwinnością gazeli do przedniego prawego luku, a już na pewno podniósłby alarm, gdyby zobaczył prehistorycznego, zielonego potwora moszczącego się w prawym luku tylnym, ale szczęśliwie dla pasażerów na gapę prawą stronę drogi spowijały ciemności. We wsi znów padły latarnie.

Autokar potoczył się po wąskiej drodze, by po kilku minutach skręcić pod lasem w prawo i leniwie wytoczyć się na szosę białostocką. Lela zapadła w ogromny fotel i położyła torbę na stoliku przed sobą.

– Rajat – zapytała. – A po co tak? Na autobus z Małkinii mogliśmy przecież pójść!

– Kazałaś jechać autobusem, to zamówiłem – uśmiechnął się niepewnie chłopak, siadając naprzeciwko. – Źle coś znów zrobiłem? – spłoszył się, widząc nieodgadniony wzrok Leli.

– Nie, wszystko w porządku – odparła Aurelia i zapatrzyła się w okno autobusu. Za szybą migał ośnieżony las, a ona dumała o różnicach, które dzielą ją i chłopaka nawet w najprostszych kwestiach. Pomyślcie tylko! Lela kupiłaby dwa ulgowe bilety na autokar, a Rajat zamówił luksusowy pojazd na wyłączność.

Mowę jej odjęło, gdy z tylnej części autokaru wyłoniła się uprzejma kelnerka i zapaliła świece na stoliku. A potem wręczyła osłupiałej dziewczynie kartę dań i bezszelestnie się oddaliła. Rajat zdecydowanie nie wyglądał na zaskoczonego i z zainteresowaniem studiował menu.

– Jejku! – wyrwało się Leli po przeczytaniu kilku pierwszych pozycji.

– Co się stało? – natychmiast zainteresował się chłopak.

– Niby w wielkim świecie nie bywałam, ale te dania jakieś dziwne są!

– Poprosiłem o tradycyjne potrawy z mojej rodzinnej posiadłości w Assam. Sam podawałem przepisy, a moja czcigodna matka podpowiadała – wyjaśnił Rajat.

– Kim jest twoja matka? – zainteresowała się Lela.

– Matka pochodzi z równej nam, Józka potomkom, kasty, i posiadła wykształcenie godne księżniczek – nadął się Rajat, a Lela odnotowała podświadomie, że z przyszłą teściową łatwo nie będzie.

Przez chwilę wertowała kartę dań w milczeniu.

– Rajat? – zapytała niewinnie. – A co to jest BB? Mnie zawsze uczyli, że to pokój ze śniadaniem, ale jakoś mi to do okoliczności nie pasuje.

– BB to przywieziona przez czcigodnego pradziadka Józka potrawa z waszych stron przecież!

– Tak? – zainteresowała się Lela. – Jakoś nie kojarzę!

– Bombay Bigos! – wyjaśnił uprzejmie Rajat.

– Aha! A CR?

– Curry Rosół.

– No, ale żuru nie macie.

– No, nie mamy – potwierdził ze smutkiem Rajat. – Wychowałem się na opowieściach pradziadka o niebywałym smaku żuru, i muszę przyznać, że mój czcigodny przodek nie przesadzał.

– Żałuję, że go nie poznałam, ale mamy prababkę.

– Robi najlepszy żur na świecie!

Lela parsknęła z oburzeniem.

– A twój jest tak samo dobry! – natychmiast zareagował chłopak.

Coś tam w nim z szarmanckiego Polaka było, bo gdy po dwugodzinnej romantycznej kolacji autokar zaparkował z piskiem pod hotelem Mariott, Rajat zerwał się na równe nogi i podał Aurelii dłoń, pomagając jej wysiąść.

– Witaj w Warszawie, księżniczko! – wyszeptał zmysłowo i ukłonił się głęboko.

Lela wysiadła, potykając się o dolny stopień, i powiodła spojrzeniem po okolicznych wieżowcach. Wokół nie było nawet grama roślinności, wszędzie szary beton ciągnący się kilometrami w stronę ołowianego nieba.

– Jakoś obco tu – wyszeptała Aurelia.

W Rajata jakby piorun strzelił. Coś tam powiedział w kompletnie nieznanym Leli języku. Dziewczyna w oszołomieniu obserwowała, jak otaczają ją mężczyźni w białych turbanach, i kłaniając się nisko, prowadzą do wnętrza budynku. Wykręciła głowę i zdążyła zobaczyć, że Rajat stoi w grupie odzianych na czarno rodaków i gorączkowo gestykuluje, a otaczający go ludzie nagle padają na kolana, i tłukąc łbami o warszawski asfalt, najwyraźniej oddają mu cześć.

– Zwariowałam! – sapnęła Lelka. – Zwariowałam i mi się to śni. Po prostu.

Znaleźć komputer w państwowym szpitalu prosto nie było. Dyżurka pielęgniarek była spalona, zresztą kot nie miał pewności, czy stojący tam stary pecet miał łącze internetowe. Do recepcji nijak wrócić nie mógł. Dopomogło mu szczęście, i co tu dużo gadać, wrodzony spryt. Mijając maleńki oddział dziecięcy wsadził ciekawski nos do sali dziewczynek. Były cztery i wszystkie głęboko uśpione. A na białej szafeczce stał otwarty laptop. Mruczek bezszelestnie wśliznął się do pokoju i po chwili zmagań odpalił komputer. Z ulgą ujrzał znajome okno Google i zaczął stukać w klawiaturę. Dziwna sprawa, nie znalazł ani Waldka, ani jego rzekomej małżonki Eleonory. Nie znalazł też interesujących wyników dla Jana Stachańskiego ani dla Jana Krzesimirskiego. Zgodnie z wcześniejszą dedukcją, Szeptuchę przywiodło tutaj żmudne śledztwo zakończone zgoła banalnym wynikiem. Babka wpisała w domowym komputerze hasło Jan Zrębina i wyskoczyła strona warszawskiego szpitala MSW. Jak to się miało do wizji Jaśka? Dlaczego Waldek Stachański nie dał chłopakowi swojego nazwiska albo szlacheckiego miana małżonki? Jak udało mu się ukryć dzieciaka, nie zmieniając mu personaliów? Pytań było więcej niż odpowiedzi, i kot się w tym kompletnie zagubił. Jedno było pewne. Internet nie przyniósł żadnych informacji potwierdzających autentyczność wizji. Jednak Mruczek, jako istota obdarzona siedmioma życiami i tyloma mniej więcej zmysłami, był całkowicie przekonany o tym, że Jaśka wychowali Waldek Stachański i młodsza siostra partyzanta Michała Krzesimirskiego. Babka kiedyś gadała, że wieś przed wojną należała do hrabiostwa Krzesimirskich. Mieszkali we dworze nad Bugiem. I zdaje się, że właśnie tam należało szukać odpowiedzi. Kot szybko odnalazł linię genealogiczną Krzesimirskich. Gałąź nadbużańska kończyła się bezdzietnie. Zarówno Michał, jak i jego siostra Eleonora byli ślepymi zaułkami rodu. Reszcie familii z terenów Podlasia też się specjalnie nie poszczęściło i linia bezpowrotnie wygasła przed 1950 rokiem. Ki diabeł?

Mruczek zeskoczył bezszelestnie z szafki i pobiegł zdać babce raport. Już w progu sali Oleńki wyhamował gwałtownie. Jaśko właśnie podchodził do chorej i patrzył pytająco w oczy Szeptuchy.

– Śpi niebożę – wyjaśniła stara. – Com mogła, tom jej dała, ale tu szybki przeszczep być musi.

– Wiem, mała czeka w kolejce – lekarz pogłaskał uśpioną Oleńkę po czole.

Starej nie umknął ten czuły gest. Jaśko wyrósł na porządnego człowieka. Siwe skronie odbijały światło neonów z przeciwnej strony ulicy.

– Jaśko – powiedziała cicho babka. – A jak to z nami będzie? Matuli twojej obiecałam na grób, że cię znajdę.

– Nie pamiętam prawie nic. A ojciec nigdy nie chciał o tym opowiadać.

– Ojciec? – podsunęła chytrze Szeptucha.

– Waldemar, mój adopcyjny ojciec. Od matki wiem tyle, że mnie z rzezi hitlerowskiej wyrwał i do Warszawy przywiózł. Matka więcej mówić nie chciała, a ojciec, jak się tylko o wojnie wspomniało, to dostawał szału. Co wiecie o moich prawdziwych rodzicach? – Lekarz wpił stare, zmęczone oczy w babkę.

– Twoją matką była Andzia, córa leśniczego Wojciecha Zrębiny.

– Znaliście ją?

– Do szkoły razem chodziłyśmy. A ojciec twój to najpierw za mną latał, wiesz? – uśmiechnęła się do wspomnień Szeptucha.

– Jak się nazywał?

– Staszek Wesołowski.

– To czemu ojciec, Waldemar znaczy się, po nim mi nazwiska nie dał, tylko po matce?

– Wiesz, Jaśko, to delikatna sprawa trochę, i ja nie wiem, czy powinnam…

– Mówcie! – zirytował się lekarz.

– Waldek Stachański dziadów twoich i ojców Niemcom na zatracenie wydał – wyjawiła babka po chwili milczenia. – Ja myślę, że Andzię chciał tak uczcić i jej pamięć zachować, dając ci nazwisko Zrębinów…

– Jak wydał? – Poderwał się na równe nogi Jaśko. – Mój ojciec miałby być zdrajcą? Walczył w Powstaniu Warszawskim, na Pawiaku był! Jakby miał swoich wrogowi wydawać?

– Dawne dzieje, Jaśko. Niemce mu brata porwali i tak go zmusili. Nie frasuj się, synuś. O zmarłych mówi się przecie dobrze albo wcale. Niech Waldkowi ziemia lekką będzie. Nawet Andzia, twoja świętej pamięci matka, mu wybaczyła. I ucieszy się, jak jej powiem, że cię Stachański na ludzi wychował.

– Masz kontakt z duchami? – wyszeptał zbielałymi wargami lekarz.

– Toć nie dziwota.

– On żyje.

– Co żeś rzekł, chłopcze?

– Mój ojciec żyje.

Skąd bierze się debiut?

Skąd bierze się debiut?

Chcecie wiedzieć jak urodziła się Klara z powieści „Szczęście w nieszczęściu” i jak do tego doszło? To, że to wszystko przez Tornado oraz przez pewnego niedoszłego literackiego noblistę to powszechnie wiadomo, ale zapewnie niewielu z Was wie, że to również przez Jagnę :)

Ale po kolei…

Pisane na forum allegro felietony na temat wybryków mojego psa sprawiły, że zaczęłam tam słyszeć od innych forumowiczów, że powinnam pisać książki. Też coś! W życiu nie słyszałam podobnego nonsensu! Ja i książki? To jakaś niedorzeczność.

W następne wakacje po adopcji Tornado, wylądowaliśmy na urlopie w dwóch różnych ośrodkach wypoczynkowych położonych w lesie. Oczywiście bez psa, bo w jego przypadku nie zdążylibyśmy otworzyć drzwi od auta, jak już by dał nogę, zatem został u moich rodziców. W obu miejscach, dziwnym zbiegiem okoliczności miały miejsce zdarzenia dość nietypowe i nieraz przecieraliśmy oczy ze zdumienia. W owym czasie do jednego z tych miejsc przybył na kilka dni pewien starszy pan. Miał za sobą jakieś ciężkie przeżycia. Przyjechał podleczyć skołatane nerwy i porządnie się wyspać.

Tiaa… Jednej nocy zaliczył dwie „osiemnastki”, dokładnie w dwóch sąsiednich domkach, gdzie pozbawiona dozoru młodzież ogłosiła chyba rywalizację w temacie głośnej muzyki, ilości wypitego alkoholu i poziomu decybeli zbiorowych pijackich ryków. Dobrze, że po tej nocy oba domki ostały się całe :)

Następnej nocy też nie było lekko, bo jak tylko obsługa posprzątała po imprezie, natychmiast w domku obok zameldowało się kilkunastu młodych mężczyzn celem świętowania wieczoru kawalerskiego. Heh, jeszcze nigdy nie widziałam tak szybko uciekających w las nagich striptizerek. Tej nocy nasz dziadek pewnie uznał, że znowu nie pośpi, to wyszedł na zewnątrz, żeby chociaż popatrzeć. Kolejnej nocy też nie pospał, bo było wesele i dokładnie na ławeczce pod jego domkiem panna młoda postanowiła udzielić swych wdzięków drużbie i kuzynom pana młodego.

Nad ranem w końcu do niej dotarło, że przecież ma męża i też coś by wypadało poczynić w tej materii, zatem wraz ze świeżo poślubionym wskoczyli z gromkim okrzykiem do basenu. Panna młoda miała na sobie welon, a pan młody muszkę. Tylko welon i tylko muszkę. Tego już nasz dziadunio nie wytrzymał nerwowo. Zastukał do nas, do domku, przerażony.

– Nie może to być. Dzieci z kolonii zaraz na basen przyjdą, a oni tam coś skończyć nie mogą – zatroskał się mężczyzna i naciągnął sobie worki pod oczami. – Wyjeżdżam. To miejsce piekielne.

Tegoż dnia, nomen omen, właśnie skończyłam mądrą prozę, jak się później okazało kandydata do literackiej Nagrody Nobla. Była tak mądra, że nie zrozumiałam z niej nic. To wtedy mnie olśniło, że mam tyle zabawnych spostrzeżeń i jakbym to opisała, to może ludzie by rozumieli, co czytają. Przy ognisku zapytałam nasze grono, co o tym sądzą. „Taa! Jasne! Pisz. Pisz…”.

Nie trzeba było mi wiele, w tamtej chwili podjęłam decyzję. Hm… fajnie, tylko jak się za to zabrać? Nosiłam się z tym pomysłem do później jesieni. Już nawet mówiłam ludziom, że piszę książki, a jak pytali, co napisałam to odpowiadałam, że jeszcze nic :)

Myślałam, że jak nagadam głupot, to bardziej mnie to zmobilizuje, ale to też nie działało. Aż tu pewnego wieczora odpaliłam forum i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to post Jagny. Pochwaliła się publikacją ebook’a. Cóż, moja ambicja tego ciosu nie zniosła. Tego właśnie wieczora usiadłam do komputera i napisałam pierwsze strony „Pokręconych losów Klary.”

Kochani, dziś oddaję w Wasze ręce wznowienie tamtej powieści pod tytułem „Szczęście w nieszczęściu”. Zapewniam Was, że wszystkie urlopowe przygody przyjaciółek zdarzyły się naprawdę i większości przypadków sama byłam naocznym świadkiem. Moi drodzy, kto jeszcze nie miał okazji poznać Klary i Zośki- zapraszam do lektury mojej debiutanckiej powieści. Tym razem w nowej jakości edytorskiej i w nowej szacie graficznej :)

12472484_1192672977462677_2789864687133779354_n

kolaż

Szeptucha 12

Szeptucha 12

Zemsta cz. 1

Szeptucha umościła się wygodnie, oczywiście na tyle wygodnie, na ile pozwalał jej na to mocno dyskusyjny komfort siedzenia w przedziale klasy drugiej pociągu PKP. Nie narzekała. W przeciwieństwie do współpasażera świetnie pamiętała przedwojenne drewniane ławki w pociągach. Siedziała tuż przy oknie, tyłem do kierunku jazdy. W jej skromnym odczuciu właśnie ten sposób chronił przed ewentualnymi nudnościami. I poniekąd miało to głębokie uzasadnienie logiczne. Z zajmowanej przez nią pozycji rejestrowany kątem oka świat nie migotał jak wściekły, a odsuwał się łagodnie, ciągle pozostając w zasięgu wzroku. A co, gdy się siedzi przodem do kierunku jazdy? Szkoda gadać. Jak kto wrażliwy, to paw murowany. Siedzący naprzeciw babki facet był tego najlepszym przykładem. Zielony na pysku, próbował odizolować się od migającego i zaśnieżonego krajobrazu płachtami gazety. Na próżno. Wyglądał, jakby za chwilę miał się porzygać.

– Kawy wam trza – zagadała do niego przyjaźnie babka. – Od jej zapachu zaraz zemdlenie odejdzie.

Facet łypnął zza gazety podejrzliwym wzrokiem i coś burknął niezrozumiale.

– Miastowy? – odgadła Szeptucha.

Facet wzruszył tylko ramionami.

– No, zaraz zgadłam! – ucieszyła się babka. – Jak się w miejskiej dżungli mieszka, to i małpiego obycia się nabiera.
– Wypraszam sobie! Niech pani się zajmie łaskawie swoimi sprawami, a nie obcych ludzi tu obraża! – fuknął zielony pasażer. – Wsiura! – szepnął pod nosem i wrócił do studiowania gazety.

Na jego nieszczęście stara miała słuch doskonały i wyłapała obelgę co do literki. Coś też sobie zaraz pod nosem pomamrotała, zakręciła kilka kółek małym palcem lewej ręki i gbur poderwał się na równe nogi. W panice przycisnął dłoń do ust i wybiegł z przedziału.

– Ciesz się, żem większym palcem nie zakręciła, bo byś do kibla nie doleciał! – zarechotała szpetnie stara i z westchnieniem ulgi ułożyła stopy na jeszcze ciepłym fotelu naprzeciw niej.

W tym komfortowym położeniu dojechała do samej Warszawy, i gdy pociąg zahamował ze zgrzytem na Dworcu Centralnym, niespiesznie wstała, sięgnęła po swój wiklinowy kosz i udała się do wyjścia. Miała do pokonania spory dystans. Przystanęła na moment przy ruchomych schodach i pociągnęła nosem z odrazą. Nawet za Niemca na Dworcu Głównym przy Alejach Jerozolimskich w okupacyjnej Warszawie aż tak nie śmierdziało. Stara cmoknęła z dezaprobatą i pozwoliła się powieźć schodom w stronę przystanku tramwajowego. W ręku dzierżyła mapkę wydrukowaną z Google Maps. Słusznie podejrzewała, że od 1942 roku miasto mogło się nieco zmienić, zresztą była tu wówczas jedynie przejazdem. Czy z Niemcami, czy bez nich miasto nie mogło być przyjaznym miejscem do życia. Wystarczy popatrzeć na tych miastowych, jak im to szkodzi. Toteż i teraz Szeptucha nie zamierzała spędzić tu więcej czasu, niż było to konieczne.
Dość sprawnie odnalazła odśnieżony przystanek tramwajowy i grzecznie poczekała na dziesiątkę. Pojazd nadjechał po kilku minutach i ze skrzypieniem powiózł ją w stronę Mokotowa.

– Miau! – rozległa się przytłumiona skarga z wiklinowego kosza, który babka ustawiła na sąsiednim siedzeniu.
– Cicho bądź, kocie! – ofuknęła koszyk. – Biletu za ciebie nie kasowałam.
– Miau!
– No wiem, za siebie też nie kasowałam, ale ja mam legitymację emeryta, a ty nie.
– Miau!
– Nie ma gdzie! Jak wysiądziemy, to się wysikasz, obiecuję!

Za oknem przesuwał się zaśnieżony krajobraz Alei Niepodległości. Mapka pokazywała, że za około dwadzieścia minut tramwaj powinien dotrzeć do celu.

Lela siedziała na brzegu basenu znajdującego się pod domem prababki i leniwie rysowała stopą kółka na wodzie.

– Rajat?
– No? – odparł chłopak, kołysząc się na wodzie.
– A jak nas matka nakryje?
– A niby jak?
– No, prababcia pewnie jej powiedziała, że jedzie do Warszawy, więc jak tu przyjdą z ojcem, żeby sprawdzić, co i jak, i nas tu razem znajdą…
– Na basenie? – parsknął Hindus. – A jak niby? Kto by się miał domyślić, że za piecem jest zejście do sekretnego spa?
– No nie wiem – szepnęła Aurelia. – Jakieś złe przeczucia mam i martwię się o prababcię. I kompletnie nie rozumiem, dlaczego nam zabroniła ze sobą jechać.
– Sama może chciała być.
– Sama, sama! – fuknęła dziewczyna. – I to jest właśnie podejrzane! Dotąd nie miała przed nami tajemnic, prawda?
– No prawda – stropił się Rajat.
– Uważam, że powinniśmy za nią pojechać.
– Ale dokąd? Nie powiedziała dokładnie, gdzie się wybiera.
– No… do Warszawy.
– A byłaś ty kiedyś w Warszawie? – parsknął Hindus. – Oczywiście to nie Bombaj, ale i tak łatwo się tam zgubić.
– A ty niby skąd o tym wiesz? – obraziła się Lela.
– Przypłynąłem do Polski statkiem. No wiesz, Lucyna raczej do samolotu by się nie zmieściła.

Fakt, słonica być może zmieściła by w sobie samolot, ale raczej nie odwrotnie.
– Pierwsze słyszę, żeby statki zawijały do Warszawy – podsumowała ironicznie dziewczyna.

– Oj, Lela, statek przybił do portu w Gdyni, ale zanim Lucyna przeszła kwarantannę, zwiedziłem to i owo. Poleciałem do Warszawy na kilka dni, więc ci mówię, jak tam jest. Z okien najwyższego hotelu nie widać końca miasta.
– Hotelu, hotelu! – nadęła się do reszty Aurelia. – Na hotel masz, a babce do żuru nawet się nie dołożysz!
– A co to ma niby znaczyć? – zdenerwował się Rajat i energicznie wyskoczył na brzeg basenu.
– A nic! – Dziewczyna poderwała się na równe nogi i obrażona pobiegła w stronę schodów.

Rajat odprowadził ją wzrokiem i podrapał się po głowie w międzynarodowym geście wyrażającym kompletny brak zrozumienia sytuacji.

Tramwaj wyhamował łagodnie na ulicy Wołoskiej i Szeptucha wygramoliła się ostrożnie na nieodśnieżony chodnik, ściskając na podołku wiklinowy kosz. Podreptała na drugi brzeg ulicy. Szczęśliwie z boku parkingu rosły uginające się pod śniegiem krzaki.

– Wyłaź! – szepnęła do kota.

Z koszyka wysunął się spasiony kocur, i ostrożnie stawiając łapy na szarawym śniegu, oddalił się z godnością za strzeliste jałowce. Zaraz też wystawił zza krzaków wąsaty pysk.

– Nie mogę! – zamiauczał żałośnie. – Spalinami tu cuchnie!
– Delikatesik się znalazł! – zarechotała babka. – Nie chcesz, to nie. Do kosza właź, bo sprawę mamy do załatwienia.

Za chodnikiem rozpościerał się wydeptany tysiącem stóp szlak wiodący do świątyni cierpienia. Tam właśnie podreptała Szeptucha. Kot rozdął nozdrza i wzdrygnął się z odrazą, ale posłusznie pokłusował za swoją panią. Tuż przed schodami wskoczył sprawnym susem do koszyka.
Szpital MSW na Wołoskiej napierał szarą fasadą wąskiego frontu na ruchliwą arterię ulicy. Wystarczyło jednak wejść za stalową bramę i zewnętrzny świat znikał, stłumiony szmerem stóp odwiedzających. Lizol atakował zmysły już w holu. Babka poczłapała do rejestracji i stanęła grzecznie na końcu kolejki. Bardzo długiej kolejki.

– Lela! – błagał Rajat, pukając natarczywie w drzwi łazienki. – Lela, no wyjdź! Co ja ci takiego zrobiłem? Coś złego powiedziałem?

Zza drzwi słychać było przytłumiony szloch nastolatki i jękliwe próby wydmuchania nosa.

– Leluś! Otwórz! – prosił chłopak. – Mam nie jeść żuru? O to chodzi? Mogę nie jeść, tylko wyjdź już!

Subtelne parsknięcie mogło być zarówno objawem rozbawienia, ale równie dobrze wyrazem głębokiej pogardy. Nastolatki płci żeńskiej to bardzo skomplikowane emocjonalnie stworzenia. O tym pradziad Józek również kiedyś mu mówił, ale dopiero teraz Rajat zaczynał rozumieć, o co nestorowi chodziło.

– No to mam jeść? – szepnął cichutko do dziurki od klucza.

Parskanie za drzwiami tym razem z pewnością nie było łkaniem ani nawet wyrazem dezaprobaty. Lelka rżała jak koń, ale dla porządku rzeczy próbowała wytłumić kolejne spazmy śmiechu, przyciskając twarz do ręcznika.

– To ja pójdę i wypuszczę Lucynę na pole szlachetnej pani Stachańskiej – powiedział Rajat, wycofując się bezszelestnie spod drzwi łazienki. – Słyszysz? Zaraz wracam, a ty może wyjdź już. Dobrze?

Jak okiem sięgnąć, podwórze spowijała gruba warstwa śniegu, która na okolicznych polach uformowała gigantyczne zaspy. Rajat westchnął głęboko i chwycił łopatę. Jeśli znów nie zacznie sypać, to najdalej za godzinę przebije się do stodoły i wypuści słonicę na wieczorny spacer. Lucyna była nieco apatyczna po wyjeździe Mruczka do stolicy, ale w dalszym ciągu miała pewne potrzeby fizjologiczne. Gigantyczne z ludzkiego punktu widzenia.
Cichy i spokojny zimowy wieczór był tak kompletnie egzotyczny dla mieszkańca zatłoczonych Indii, że ów oparł się o łopatę i zapatrzył w rozgwieżdżone niebo.

– No, tera to widać, że polskie korzenie masz! – rozległ się chropowaty głos zza płotu.
– Kto tu jest? – spłoszył się Rajat.
– A kto ma być? – zarechotał starczo głos. – Sąsiadka, ta sama, której pole paskudzicie pospołu z tym słoniem.
– Ja tam niczego nie paskudzę! – zaoponował gorąco chłopak.
– Ha! Więc się właśnie przyznałeś, że słoń fajda!
– Przyznałem się? – zapytał ostrożnie Hindus, po raz kolejny tego dnia dziwiąc się meandrom, którymi krążyły kobiece myśli.
– No tak. Powiedziałeś, że to nie ty, ale nic o słoniu nie prawiłeś.

Wątpliwa logika nie do końca przekonała Rajata, więc bez słowa powrócił do odśnieżania podwórka. Głos jednak najwyraźniej nie skończył złowieszczej konwersacji.

– A gdzie to Oleśkę wywiało? – zapytała starucha nieomal niewinnie.
– Ja tam nie znam żadnej Oleśki – wydyszał lojalnie Rajat znad łopaty.
– Nie dworuj se ze starej sąsiadki, chłopcze! Wiesz dobrze, że mi się o Szeptuchę rozchodzi.
– Było się jej samej przed wyjazdem zapytać – oburknął chłopak.
– Czyli pojechała tam?
– Nie pani rzecz!
– Pociągiem?

Rajat zaczął mocniej wywijać łopatą, próbując ignorować wścibską Stachańską. Nie dało się. Właśnie wparowała na podwórze ze skrzypnięciem furtki i z podziwu godną zwinnością brnęła w stronę chłopaka przez śnieg.

– Pociągiem, pytam? Na Dworzec Centralny? – wysyczała baba.
– A niby skąd mam wiedzieć, na jaką stację? – próbował się bronić chłopak.
– Ha! Znaczy i pociągiem, i do Warszawy – zarechotała sąsiadka. – A ty się, chłopcze, pilnuj. Po coś z tą familią zatraconą w konszachty wchodził, to ja nie wiem.
– Ja jestem z rodziny! – dał się podejść Rajat.
– Nie jesteś! – podpuszczała dalej Stachańska.
– Jestem prawnukiem Józka!

Sąsiadka popatrzyła wnikliwie na chłopaka i uśmiechnęła się złośliwie. Bez słowa obróciła się na pięcie i niezwykle dziarsko wymaszerowała z podwórza. Cień pobliskich jałowców dosłownie wessał ją w mrok. W sumie miała sporo szczęścia. O pół metra zaledwie minęła dusioła, którego z lasu wygnał w obejście Szeptuchy głód. Miał nadzieję ukraść jakąś kurę, ale w obliczu najnowszych wydarzeń głód gwałtownie go opuścił.

– Szeptucha to Olesia? Możliwe to? – Oblizał się niepewnie, a jego zielone nozdrza rozdęły się na wspomnienie dziewuchy, która nie dość, że nie dała się zjeść, to i osłabiła go z części mocy na długie dziesięciolecia. Od 1942 roku dusioł czekał cierpliwie. Może to być, że zemsta właśnie teraz się dokona?

– Dziecko, ja nie o pozwoleństwo pytam, ino informuję, po co przybyłam! – wyjaśniła z godnością Szeptucha recepcjonistce.

Recepcjonistka, przy tuszy i dobrze po pięćdziesiątce, stuknęła z irytacją pazurami w kontuar.

– Próbuję pani właśnie wyjaśnić, że do pana profesora to się trzeba zapisać na wizytę. Skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu mieć. A potem wyznaczymy termin wizyty.
– A na kiedy?
– A ma pani skierowanie?
– Nie mam jeszcze, ale jakbym miała, to na kiedy się można zapisać? – droczyła się stara.
– Bez skierowania nie powiem! – nadęła się recepcjonistka.
– Powiesz! – pstryknęła paluchami Szeptucha i wpiła w kobietę natarczywe spojrzenie.
– No dobrze. Powiem – skapitulowała natychmiast nieuprzejma baba. – Na szóstego czerwca bym mogła zapisać.
– Szaleju się chyba, dziecko, najadłaś! Dzisiaj mamy dwudziesty dzień grudnia, a ty chcesz mnie pół roku w poczekalni przetrzymać?
– No, nie w poczekalni. Do domu pani pójdzie, i w wyznaczonym dniu przyjdzie na wizytę…
– Ja dzisiaj do doktora mam sprawę! – rozsierdziła się babka. – Jakbym z nim w czerwcu do pogadania miała, to bym się dzisiaj do tego miasta zatraconego nie pchała. Zaraz mi go tu wołaj!
– Niech się pani łaskawie uspokoi, bo ochronę zawołam! – wrzasnęła recepcjonistka.
– A se wołaj, smarkulo, wołaj. Samam ciekawa, jak szybko przylecą! – zarechotała złośliwe Szeptucha i uchyliła wieko wiklinowego koszyka.

Kot wystawił ostrożnie łebek ze środka i niespiesznie lustrował okolice recepcji.

– Mruczek, w oczy jej patrz! – rozkazała Szeptucha. – A ja tu trochę uładzę okolicę.

Recepcjonistka, schwytana w bursztynowy potrzask kocich oczu, uśmiechnęła się głupawo i zaczęła się bezmyślnie kołysać z boku na bok. Babka w tym czasie wyciągnęła zza pazuchy mały drewniany krzyżyk, i mamrocząc pod nosem, celowała nim w stłoczonych w sali ludzi. Zdumienie szybko zgęstniało na ich twarzach, a po chwili zastygli całkowicie w pozach, w których zaskoczyło ich zaklęcie.

– Mruczek, do mnie! – zakomenderowała Szeptucha.

Kot wycofał się do koszyka. Babka zgarnęła go pod pachę i niespiesznie podreptała w stronę schodów, omijając po drodze nieruchome ludzkie figury.

– Miau! – skomentował Mruczek.
– Dlaczego akurat krzyżyk, pytasz? – zarechotała babka. – Moja matula mówiła, żeby karmić ludzi tym, co znają, bo obce wyplują. A poza tym ten krzyżyk fikuśny taki i poręczny. No! Idziemy na drugie piętro.
– Miau!
– Nie można windą. Stanęła razem z czasem. Nie działa, jak amen w pacierzu. Na piechotę nam trza.

Rajat dotarł do stodoły i z niemałym trudem otworzył skrzydło drzwi. Lucyna zatrąbiła na jego widok entuzjastycznie i wybiegła truchtem na pole Stachańskiej. Chłopak miał mętlik w głowie. Czuł, że niepotrzebnie dał się tej starej wiedźmie pociągnąć za język, i że baba mózg mu skołowała. Miał tylko nadzieję, że nie wynikną z tego jakieś kolejne kłopoty. Podobało mu się życie w Kierzbudach, choć aktualna aura stanowiła dla niego nie lada wyzwanie. Dobrze mu tu było na tej prowincji egzotycznej z cioteczną prababką i z Aurelią. Takich przygód jak tutaj to nie przeżył nigdzie. A widział sporo. Chłopcy wywodzący się z zacnych warn przed osiągnięciem pełnoletniości byli wysyłani do zagranicznych szkół. Tak Rajat poznał Wyspy Brytyjskie, większość krajów europejskich i kilka miast Ameryki Północnej. A jednak w tej nadbużańskiej wsi żyło mu się najlepiej. I nie chciał, żeby coś się zmieniło. Poczłapał przez śnieg do domu, i otupawszy starannie buty, wszedł do sieni. Miał nadzieję, że Lelka już wyszła z łazienki i przestała się dąsać. Bo Rajat kompletnie nie rozumiał, o co jej chodziło.

– Lela? – zapytał cichutko, wchodząc ostrożnie do salonu, będącego jednocześnie centrum zarządzania babki. Monitory błyskały tajemniczo, emitując sceny z chałup wszystkich mieszkańców wioski. Rajat podszedł do pierwszego z lewej strony komputera i pospiesznie sprawdził, czy nie ma nowych wiadomości na poczcie. Oprócz kilku niezwykle fascynujących propozycji powiększenia biustu znalazła się krótka wiadomość od matki.

Ufam, żeś zdrów. Nie mamy od Ciebie wieści, synu.

Rajat obiecał sobie, że wkrótce nadrobi to zaniedbanie, i szybciutko wylogował się ze skrzynki. Ze skrzypnięciem drzwi z łazienki wyłoniła się w obłokach pary Aurelia.

– Musimy porozmawiać – ogłosiła, zaciskając mocniej pasek szlafroka. Oddaliła się w stronę sąsiedniej izby i musztardowej szafy, w której prababka jej półkę na ciuchy przeznaczyła.

Ogrodnicze call center

Ogrodnicze call center

Kwiecień, rok 1999

 

Dzwonek telefonu zadryndał w samochodzie. Wyjątkowo złapał mnie na siedzeniu pasażera, więc odebrałam od razu.

– Dzień dobry pani!- odezwał się męski głos. – Ja w sprawie iglaków, można?

– Można- odpowiedziałam ostrożnie.

Nie miałam pojęcia, o co chodzi i liczyłam, że zaraz dowiem się więcej. Właśnie kilka dni wcześniej zostawiłam prawie dwie wypłaty w sklepie z iglakami, więc zainteresowana tematem, jako żywo, nadstawiłam ucha licząc, że może to jakiś konkurs z owego sklepu lub od biedy jakiś sąsiad, któremu spodobały się nasze nowe krzaki.

– Bo wie pani, ja bym się chciał dowiedzieć o wymagania glebowe, o to jak szybko rosną i żeby mi pani poradziła, jakie mam posadzić, żeby jedne na drugie nie wchodziły…

W pierwszej chwili poczułam zdziwienie, że w dzisiejszych czasach wystarczy kupić parę roślin, by stać się ekspertem, ale nabrałam powietrza w płuca i rada ze świeżo nabytej wiedzy, jednym tchem strzeliłam gościowi elegancki, obszerny wykład o iglakach. Sprawiał wrażenie zadowolonego, podziękował grzecznie i tyle.

Przez cały czas mąż przyglądał mi się dziwnie.

– Kto to był?- zapytał

– Nie mam pojęcia- odrzekłam zgodnie z prawdą.

– Że jak?! Dzwoni do ciebie jakiś obcy facet, a ty mu, ot tak sobie, przez kwadrans nawijasz o tujach?!- zbulwersował się małżonek.

– A czemu nie? Przecież jestem na bieżąco. Mam być świnią i nie pomóc człowiekowi w potrzebie?

Wtedy tak właśnie myślałam, nie mając pojęcia, co nastąpi później.

 

Maj, rok 1999

 

Telefon. Tym razem złapał mnie na zakupach.

– Dzień dobry pani, to znowu ja- w słuchawce rozległ się męski głos.

– Dzień dobry panu- ni czorta nie wiem, kto dzwoni.

– Czy macie już świeże sadzonki drzew kolumnowych, bo jak byłem ostatnio to mi pani obiecała te wiśnie japońskie.

Znowu zbaraniałam i nie popisałam się intelektem.

– Sadzonki czego?- zapytałam chcąc zyskać na czasie, bo rozpoznałam faceta od iglaków.

Człowiek najwyraźniej przekonany, że dzwoni do jakiegoś centrum ogrodniczego, telefonuje do mnie jak w dym.  No, ja nie mogę…

Nie mając pojęcia, czy mam na stanie świeże sadzonki wiśni japońskich, w zamian udzieliłam mu porady w temacie odległości nasadzenia. Miał chłop szczęście, bo akurat drzew kolumnowych też mam kilka i też niedawno sadzone :)

Na koniec, kazałam mu przyjechać i powołując się na naszą rozmowę, poprosić mojego szefa, żeby mu dał najświeższe, jakie mamy.

Konając ze śmiechu zakończyłam połączenie i zapomniałam o temacie.

Nawet nie wiecie, jakie było moje zdziwienie, kiedy ów mężczyzna zadzwonił do mnie po raz kolejny.

 

Kwiecień, rok 2000

 

Telefon.

– Dzień dobry! Pani to pewnie mnie nie pamięta, ale rok temu, tak mi pani dobrze poradziła z tymi tujami, że mi wyszedł najładniejszy ogród na całej ulicy. A ten pani szef to mi wtedy takie śliczne te kolumnówki wyczarował, od razu się przyjęły.- Faceta chwycił słowotok, więc zyskałam na czasie, by skojarzyć, o co mu chodzi i załapać, że to ten sam gość od ogrodu, który dzwonił rok temu. Uff.

Tym razem przeegzaminował mnie z zakresu drzew alejowych. Niestety, takowych nie posiadam, ale pamiętałam, że na ulicy przy mojej podstawówce rosły klony i były ładne. Szczególnym sentymentem darzyłam klonowe „noski”, więc wżeniłam facetowi kilka klonów i jeszcze pięć surfinii na taras. Właśnie chciał sadzić bratki, ale w lipcu już jest po bratkach, a wtedy to ciężko o rośliny do doniczek, więc kontent z wyboru, pożegnał się grzecznie. Byłam tak zadowolona z moich handlowych sukcesów, że aż poczułam dumę, najnormalniej szczęśliwa, że znów mogłam pomóc.

To nie do wiary, ale od tamtej pory, każdego roku, w okolicy maja, ten facet do mnie dzwoni i o coś pyta. Jak kilka lat temu szukał czegoś fajnego na żywopłot, to udałam, że mam właśnie klienta na jabłonki i żeby zadzwonił za chwilę. Uff. Zanim zadzwonił po raz drugi, zdążyłam do komputera, by zasięgnąć stosownych informacji o żywopłotach. Z różami też nie było lekko, bo róże się sadzi w takiej postaci, że ja nigdy nie wiem, która część to góra, a która to dół, ale jak na kogoś, kto bazylię w doniczce wymienia średnio co miesiąc, to i tak chyba nieźle, prawda?  Że też sobie nieszczęśnik znalazł autorytet, ech…

W zeszłym roku było łatwo, bo chciał tylko geowłókninę i korę, żeby podsypać pod te moje iglaki z dziewięćdziesiątego dziewiątego, ale za to dwa lata temu równo przeczołgał mnie z malin. Totalnie mnie zaskoczył pytaniem o ceny malinowych sadzonek, więc wykręciłam się, że jestem poza firmą i żeby dzwonił na stacjonarny. Zadowolona, że dobrze mi poszło, odetchnęłam z ulgą. Ale niestety, tylko na chwilę. Uparta sztuka, znowu telefon. Tym razem z pytaniem, czy maliny przycina się po wsadzeniu. Znaczy kupił, to dobrze, że w ogóle były, ale czy się przycina to ja przecież nie wiem. Ciężki kaliber. Nie ma co. Kazałam przyciąć. Jedno z dwojga. W końcu jak przytnie, to mu chyba kiedyś odrośnie, a jak nie przytnie, to może uschnąć, a ja bardzo nie chciałam, żeby mu te maliny zdechły. Bardzo mi zależało, żeby nie stracić mojej ogrodniczej reputacji, więc od razu poleciałam na facebook’a pytać ludzi o te przeklęte maliny.

 

15 maja, rok 2016

 

-A dlaczego ty mu po prostu nie powiesz, że wcale nie pracujesz w ogrodniczym i kompletnie się na tym nie znasz?- zapytała mnie niedawno koleżanka.

– A jak ty to sobie wyobrażasz? Mam powiedzieć gościowi, że od siedemnastu lat dzwoni po porady do osoby, która nie umie skutecznie wyhodować rzeżuchy na Wielkanoc? Przecież on w życiu mi nie uwierzy…

– A w tym roku już dzwonił?

– No właśnie nie. Zaczynam się martwić, czy aby nie umarł.

Po powrocie do domu sprawdziłam spis numerów. Mąż tylko popukał się po głowie, jak z jego telefonu, pod pretekstem pomyłki, zadzwoniłam sprawdzić, czy u faceta wszystko gra.

Gra. Żyje. Może po prostu w tym roku niczego nie sadzi…

 

20 maja, rok 2016

 

Telefon.

– Dzień dobry pani! To znowu ja. Wie pani, moja małżonka wymyśliła sobie oczko wodne …

Trzymajcie mnie…, a ludzie się mnie pytają dlaczego ja książki piszę :)

 

 

Szeptucha 11

Szeptucha 11

Dożynki cz. 3

Jasia dała się zaprowadzić do zrujnowanej kuchni i posadzić na fotelu. Ten Hindus, podobno krewny wujka Józka, tego, co w czasie wojny bez wieści przepadł, nadskakiwał jej i z troską poprawiał poduszki, donosił talerzyki z delicjami i wafelkami, a przed chwilą postawił na stoliku parujący kubek herbaty.

– Prawdziwy assam! – zachwalił i błysnął bielą zębów.

Jasi nie umknęło zachwycone spojrzenie, jakim wodziła za chłopakiem jej córka. Tu cię babko, mam! Pod bokiem córkę mi swatasz. Tylko dlaczego? Co w nim takiego jest? I co tu jest w ogóle grane? Co babka chcą z tym dzieciakiem zrobić? Niepotrzebnie się z tymi zębami wyrwała. Poznał swój swojego, a starej to z pewnością nie umknęło…

– Poczęstuj się! – zachęciła niewinnym głosem Szeptucha, podsuwając żonie wnuczka talerzyk z ciasteczkami. – To wszystko … – machnęła ręką – może wygląda trochę nietypowo, ale zapewniam cię, że Aurelii krzywda się tu nie dzieje, a i oceny ze szkoły dobre przynosi.

– Wiem – przerwała jej drętwym głosem Jaśka. – Na wywiadówce byłam.

– No widzisz! – ucieszyła się babka.

– Oceny to jedno, ale jak, babko, wyjaśnicie tego słonia, kota, Hindusa, a teraz to niemowlę Kapelusznego?

– Zaprosiłam cię tutaj, żeby o pomoc poprosić. – Szeptucha zignorowała pytania Jasi, podając niemowlę Rajatowi.

– W jakiej sprawie?

– Próbowałam pewne zawiłości twojemu mężowi, a mojemu wnukowi, wyjaśnić, ale on twardo po ziemi stąpa i…

– …jakby mu nawet ufoludki na podwórku zaparkowały, to by ich legitymować chciał. – weszła jej w słowo Jaśka.

– No właśnie! – ucieszyła się, nie wiedzieć czemu, stara. – Więc, no jakby to powiedzieć, dzisiaj zrobiłam z dzieciakami taki niewielki pokaz pewnych, hm… nietypowych umiejętności dla Bogusia, no i on najwyraźniej nie poznał się na kunszcie dzieci i…

– Jakich umiejętności? – zmroziła atmosferę Jasia.

– Spokojnie. Nie zauważyłam u Leli twoich… skłonności…

– Wiecie?

– Od zawsze, jakżeś tylko do wsi przyszła.

– I nie przeszkadzało wam, jak się z Bogusiem zaręczyłam?

– A czemuż by? – zachichotała demonicznie starucha. – Krew rodową wzmocniłaś, i jak się okazuje, bardzo szczęśliwie dla całej gminy! Ale o tym potem.

– Co to za sprawa? – postanowiła zmienić temat matka Lelki.

– A widzisz, chodzi o to, że spotkałam przed chwilą Zenka z dzieciakiem w lesie i pomyślałam sobie, że zaproszę cię na herbatkę i zapytam, czy nie zechciałabyś maleństwu matkę zastąpić?

– I zaprosiliście mnie w południe, wiedząc, że po południu dzieciaka znajdziecie? Co tu się dzieje? – rozsierdziła się od nowa Jasia. – Jak mamy współpracować, to ja proszę o wyjaśnienia!

– No dobrze – westchnęła stara. – Ćwiczymy z dzieciakami skoki w czasoprzestrzeni, i prawdę mówiąc, trochę nam się to wszystko poplątało. Nie rozpracowaliśmy techniki lądowania, i jak na razie siada precyzja określenia czasu docelowego.

– Jezu… – Jaśka zbladła i z troską spojrzała na jedyną córkę.

– Jasia, ja bym zaprzestała tych prób, ale raz żeśmy się przenieśli dni ledwie kilka wprzód i się okazało, że jakaś masowa zagłada wybiła całą naszą gminę. I tak skakaliśmy dalej, nawet Bogusia próbowaliśmy zainteresować sprawą, ale ciągle nic nam nie wychodziło. Coś zmienialiśmy, a i tak na końcu same trupy były…

– Jezu… – powtórzyła Jasia.

– No wiem! – przytaknęła babka. – I kiedy dzisiaj złapaliśmy zenkowego dzieciaka, jak w lesie dusioła mordował…

– Co? – wrzasnęła Jaśka i poderwała się na równe nogi.

– Cichaj! – zaszemrała łagodnie Szeptucha. – Dzieciak nikomu krzywdy nie uczyni. Co innego mi się umyśliło, jak żem Kapelusznego zobaczyła. On w tym lesie jest zawsze o tej samej porze. Czasem stoi sam, czasem ma dzieciaka przy sobie, grzyby zbiera albo wino w krzakach pije, rozumiesz? Wszystko się zmienia w zależności od naszych decyzji, ale Zenek zawsze jest lesie i najwyraźniej nie poddaje się aberracji czasowej. I tak mi się umyśliło, że to on ma ścisły związek z zagładą gminy.

– Można go usunąć – zaangażowała się Jaśka, nieznacznie wysuwając siekacze.

– No widzisz, i o tym pomyśleliśmy, ale po pierwsze, człowieka żal, a po drugie, umyka nam w kolejnych wersjach czasoprzestrzeni. Nigdzie nie możemy go upolować. Tylko w tym lesie. A tam nie ma jak go dorwać. A to dusioł, a to dzieciak…

– Pod sklepem szukaliście?

– Jasia, toć my nie są amatorami! – żachnęła się babka.

– No dobrze, ale co to ma ze mną wspólnego?

– Pomyślałam se, że dołączysz do nas i pomożesz odnaleźć Zenka. Twoje zdolności niuchania krwi…

– Wiecie o nich? – zdziwiła się Jasia.

– Niejednego zębnego w życiu widziałam przecie!

Jaśka na wszelki wypadek nie kontynuowała wątku.

– Wstawaj, Zenek! – Trącana lakierkiem zapita twarz Kapelusznego nieznacznie tylko zmieniła położenie względem przedsklepowej ławeczki. – Wstawaj! – Głos stał się bardziej natarczywy, a but wcisnął głowę nieprzytomnego amatora tanich win głębiej w piach.

Nad wsią z ociąganiem rodził się wieczór. Sołtys cmoknął ze zniecierpliwieniem i przysiadł na ławce. Przez chwilę rozmyślał nad ciężką dolą przywódcy i nawet cichutko pozłorzeczył losowi, który obarczył go takimi podopiecznymi.

– Pani Jadziu! – Wykręcił głowę w stronę sklepu. – Pani pozwoli tu z wiaderkiem wody i ocuci tego gamonia.

Sklepowa, spragniona jakiejkolwiek rozrywki, wyjątkowo ochoczo wypełniła dyspozycję sołtysa. Zenuś, mokry od stóp do głów, usiadł gwałtownie i zamrugał.

– No co? – wybełkotał płaczliwie.

– Zenek, weź ty się w garść, chłopie! – huknął na niego Alojzy Gąsior. – Chlejesz mi tu pod sklepem, a czas ucieka. Babom wiktuały załatwiłeś?

– Sołtysie, ja tu taki problem mam. Dzieciak mi się urodził i…

– Nie pierwszy i nie ostatni, Kapeluszny, a dożynki rzecz święta! – przerwał mu sołtys.

– No wiem – chlipnął Zenuś. – Ja właśnie względem tego chciałem powiedzieć…

– Gadaj, coś załatwić zdążył, zanim znowu do Słodziutkiego się dorwałeś!

– No więc tu mam kosz grzybów…

– Każdy głupi by załatwił – zgromił go zwierzchnik.

– I jeszcze dziczyzna, sołtysie…

– Dziczyzna!

– No! Ja tu na ławeczce Jacka Wrębnego na dwie sarny i dzika ugadałem. Sołtys nawet na flaszkę dawać nie musi dla niego.

– No, to już coś – pochwalił go niechętnie Gąsior. – A dowiedziałeś się, co tam konkurencja z Wieprzewa szykuje?

Zenuś przecząco pokiwał głową, a potem ostrożnie zaczął się gramolić z ziemi.

– Polecę już, sołtysie. Na przeszpiegi się zakradnę.

– No. Nie taka całkiem niemota z ciebie. Koszyk weź i Łopianowej zanieś, zanim grzyby zrobaczywieją na amen! Sprawdzone? Babka Łopianowa niedowidzi trochę.

– Tak jest – wyprężył się służbiście Kapeluszny i pokłusował w stronę drogi.

Alojzy Gąsior westchnął głęboko i spojrzał na sklepową Jadźkę. Babie mózg pracował jak szalony i przetwarzał zasłyszane informacje, aż jej para z uszu szła.

– Daj, Jadzia, małe piwko – poprosił. – Pić się chce.

Zenek zanurzył się w las z wyraźną niechęcią. Cóż jednak było robić? Jedyna droga do Wieprzewa prowadziła wyłącznie pomiędzy ciasno rosnącymi choinami. Kiedyś kierzbudziańskie dzieciaki maszerowały tędy codziennie do szkoły, ale odkąd w Kierzbudach powstała szkoła podstawowa, to ścieżka praktycznie zarosła. Przerażające, jak szybko las pożera ślady człowieka. Po kwadransie zza rzędu świerków błysnęły Kapelusznemu pokryte mchem dachy zabudowań starej szkoły. Ostrożnie zakradł się przez polanę wybujałych pokrzyw i przycupnął za niewielkim, trawiastym wzniesieniem. We wrogiej wsi panował pozorny bezruch, ale oko Zenka już po chwili wypatrzyło w połowie ukrytą za starą lipą chałupę. Wyglądała na opuszczoną. Okiennice prawie się rozpadły, drewno konstrukcyjne poczerniało, a płot leżał smętnie. Tylko ciekawe, dlaczego komin był świeży, murowany z pustaków, i wysyłał nad polanę kłęby siwego dymu? Zenek podczołgał się bezszelestnie i kucnął za domem. Po chwili jego oko już obserwowało wnętrze domostwa przez brudną szybę, a działy się tam rzeczy zaiste dziwne. Na środku stała kuchnia, na niej cztery ogromne gary. Wokół skakały wieprzańskie baby. Nieopodal stał fotel, na którym siedziała stara Zośka Stachańska.

– Ożeż ty! – szepnął Zenek i podciągnął się wyżej pod drewniany parapet.

Stachańska trzymała w ręku jakąś witkę i machała nią energicznie, aż jej rękawy białej bluzki furkotały. Coś też najwyraźniej gadała, ale tego Zenuś nie słyszał. A inne baby krzątały się nad kuchnią i coś tam w garach mieszały.

– Ożeż ty! – powtórzył Zenek, i to właściwie były ostatnie słowa, jakie zdołał wypowiedzieć. Coś go potężnie strzeliło w łeb, a potem nastała ciemność.

Jaśka przez chwilę spoglądała bez słowa na Szeptuchę i analizowała sytuację.

– Jasia – powiedziała łagodnie stara. – Lela cię potrzebuje. Ja też. I, prawdę mówiąc, cała gmina.

– Nie mogę się zdemaskować. Wiecie, co by się wtedy ze mną stało? A z Lelą? A z Mateuszem? Z Bogusiem nawet… – wyszeptała bogusiowa żona.

– Boguś radę sobie da, bo feralnego dnia będzie na patrolu w sąsiedniej gminie. – uspokoiła ją babka. – Na dzieciakach się skup i na reszcie mieszkańców.

– Mówicie, że cała gmina…

– Prawie cała. Parę dzieci znajdą i siostrę Żelisławę z kościoła w Zrębie. Ledwie będzie dychać, ale żywa do szpitala pojedzie. Reszta pokotem na placu za kościołem ducha wyzionie.

– Jezu Chryste! – przeżegnała się Jaśka.

– Daj spokój, dziecko, będzie dobrze – uspokajająco zaszemrała Szeptucha. – Lela, Rajat, chodźta tu!

– Tak, prababko? – Dzieci natychmiast przypadły do starej, a Jasia mimowolnie pokiwała z aprobatą głową, widząc pełen posłuch.

– Gdzie dzieciak?

– Usnął.

– Nażarł się, to pośpi – ucieszyła się stara.

Jasia nawet wolała nie pytać, czym się niemowlak tak najadł.

– Mnie się kochani widzi, że musimy jeszcze raz skoczyć do przodu. Jasia pójdzie z nami. Pomoże Kapelusznego znaleźć – zadysponowała babka.

Tego widowiska bogusiowa żona miała nie zapomnieć przez długie lata życia. Jej rodzona córka podeszła do Hindusa, i stając za nim, położyła mu dłonie na ramionach. W jednej chwili powietrze zapachniało ozonem, a nad głową chłopaka zaczęły pełgać niewielkie niebieskie wyładowania elektryczne.

– Mruczek! – wrzasnęła babka i kot posłusznie wskoczył Aurelii na ramię. – No, nie dziw się tak – zwróciła się do synowej. – Kot zadziała jak katalizator.

Jaśka z niedowierzaniem patrzyła, jak babka montuje się na krześle za Lelką i łapie prawnuczkę w pasie.

– Słabam w nogach – wyjaśniła stara. – A tam trochę trzęsie po drodze. – Chodź no tu, dziewczyno, i za ramiona mnie schwyć. I miej baczenie, coby nie puścić, bo się nam gdzieś w czasie jeszcze zagubisz.

Gdy już cała kompania stanęła w dziwnym łańcuchu, w jednej chwili błysnęło, huknęło, i nogi Jaśki oderwały się gwałtownie od podłogi. Dobrze, że tornado kuchnię dachu pozbawiło, to jest którędy polecieć! W uszach zaświstał jej wiatr, a zza hałaśliwych podmuchów dało się słyszeć harmider i przytłumione brzęczenie wielu ludzkich głosów.

Wylądowali za plebanią. Dzwony właśnie ogłaszały koniec dożynkowego nabożeństwa i przed kościół we Wrębie wytoczyła się masa mieszkańców gminy. Opodal stała drewniana scena, a za nią rozciągało się marzenie żarłoka. Jak okiem sięgnąć wypłowiałą łąkę oplatały drewniane, ustrojone płodami rolnymi zadaszone stoiska z wypisanymi na białych tablicach nazwami wiosek. Parafianie z godnością zajmowali strategiczne miejsca wokół głównej sceny, ale często spoglądali nerwowo w stronę powiewających tajemniczo zasłon.

– Musimy trzymać się jak najdalej od ludzi – zadysponowała stara, wstając z kuchennego krzesła.

– A o to dlaczego? – zdumiała się Jaśka.

– Bo my przecie wszyscy tam jesteśmy, i jak nas podwójnie zobaczą, to będzie podejrzane, a i jakąś nową katastrofę wywołać to może!

Rajat przesłonił oczy dłonią i pilnie wpatrywał się w stoiska z żarciem.

– Czcigodna prababko!

– Co tam synek?

– Tym razem trochę wcześniej chyba wylądowali.

– Mówi się wylądowaliśmy – poprawiła go stara. – Widzę, jeszcze się żarcie nie zaczęło. Przyjdzie nam posłuchać przemówienia wójta i proboszcza – westchnęła.

– To co robimy? – gorączkowała się Aurelia.

– Obserwujemy – ucięła stanowczo Jasia.

– Mamo, ale to nudne!

– Cichaj, Lela – zgasiła ją prababka. – Matka ma rację. Tu się nie ma co gorączkować, ino zastanowić się nad strategią działania.

W zamuloną jaźń Zenka wciął się mdlący zapach gotowanej kapuchy. Łojezu, moja głowa! Ale się zadźgałem… Zaraz, przecież nic prawie nie piłem. Sołtys do lasu wygnał… Ale smród, cholera jasna. Zaraz pawia rzucę. Gdzie ja jestem?

Na ostatnie pytanie w swoim czterdziestoletnim życiu Zenek już nie raz nie potrafił udzielić odpowiedzi, ale tym razem nie zgadzały się okoliczności natury. Czy raczej ich brak. Kapuściana duchota poważnie zakłócała rytuał budzenia się na piachu przed sklepem. Coś było zdecydowanie nie tak.

– Budzi się – zasyczał jakiś głos. – Dajta tu wody. Docucim szpiega.

To był dokładnie ten moment, w którym należało gwałtownie otworzyć oczy. Obraz był nieco zamglony, ale zwalista kobieta w kwiecistej spódnicy z pewnością nie była fikcją.

– Gdzie ja… – wychrypiał Kapeluszny.

– Cicho bądź, szpiegu! – ofuknęła go kobieta.

Zenek usiadł z trudem i powiódł wzrokiem po izbie. Niewiele widział. Wokół niego stały półkolem baby z Wieprzewa. I nagle spłynęło na niego wspomnienie chałupy, dymu z komina i starej Stachańskiej, kolaborującej z obcą wsią, i to przed samymi dożynkami.

– Czego chceta? – krzyknął, i sam się zdziwił, jak piskliwie zabrzmiał jego głos.

– My? – roześmiała się jedna z bab. – A to my szpiegujemy? Nas jakoś nie interesuje, co w Kierzbudach warzą!

– Cichaj, Antośka! – rozszedł się pod powałą władczy głos. Kiecki się rozstąpiły i przed Zenkiem stanęła stara Stachańska.

– Czego tu chcesz, Zenek? – zaszeleściła starym głosem. – Alojzy cię przysłał?

– A co wam do tego? To ja was mogę zapytać, co wy tu robicie! – wrzasnął buńczucznie Kapeluszny. – Nie tu chyba czas warzyć?

Stachańska sapnęła ze złością i odwróciła się na pięcie. W prześwicie między babskimi spódnicami Zenek zdołał dojrzeć piec, na którym podskakiwały ogromne garnki. Znaczy się, zdrada. Kapeluszny poderwał się na równe nogi.

– Bigos czuję! – rzucił triumfalnie.

W tej samej chwili baby rzuciły się na Zenka z łoskotem spódnic. Najgrubsza wyciągnęła zza pleców drewniany wałek i wzięła solidny zamach.

– Zamknąć w komórce i pilnować do końca dożynek! – rozkazała Stachańska.

– Lelka, zakradnij się jakoś do naszego stoiska – rozkazała Szeptucha.

– Się robi, prababciu!

– Za krzakami się przyczaj i słuchaj wszystkiego, co tam gadają.

Nad dożynkową łąką niósł się głos proboszcza. Najwyraźniej exposé w kościele nie zaspokoiło jego instynktów krasomówczych. Większość parafian całkiem otwarcie zerkało w stronę stoisk z potrawami regionalnymi i chyba tylko Zośka Pirynowa z wypiekami na twarzy spijała słowa z ust dobrodzieja.

Aurelia zniknęła za szpalerem krzaków.

– Jasia, wyczuwasz Kapelusznego? – szepnęła stara.

– Nie – odparła jej synowa. – Ale od dobrodzieja tak chucią ciągnie…

– Wiem, dziecko, wiem. Skup się.

Rajat najwyraźniej się nudził i postanowił przekraść się do stoiska kumoch z Wieprzewa. Miał szczęście. Nikt na niego nie zwrócił uwagi, więc zanurkował pod zasłonę oddzielającą żarcie od gawiedzi, i z zachwytem spostrzegł, że na stole stały patery z kromkami chleba ze smalcem, miski z ogórkami i grzybami, a na turystycznej kuchni bulgotały aromatycznie żur z grzybami i bigos. Chłopak skubnął od niechcenia posmarowaną skibkę i bezszelestnie przekradł się do kolejnego straganu.

– Wyczuwam jakiś ślad… – szepnęła Jaśka.

– Zenek?

– Raczej jego wspomnienie, zapach.

– Gdzie? – niecierpliwiła się Szeptucha.

– Stoisko.

– Które?

– Chyba nasze, babko.

– Idziemy!

Szeptucha z Jasią zakradły się na tyły stoiska i przycupnęły za krzakiem. Po chwili podpełzła do nich Lelka.

– Nic się nie dzieje – szepnęła bezgłośnie.

– Zenka widziałaś? – zapytała prababka.

– Nie, ani śladu.

– Czuję go, ale jakoś tak bardzo niewyraźnie – odezwała się Jasia.

Baby właśnie otwierały stoisko. Przed wejściem kłębił się tłum spragniony kanapek ze smalcem, lokalnych pulpecików, ryb w occie i pieczeni z sarny. Kierzbudziańskie stoisko najwyraźniej robiło furorę. Łopianowa z córkami zaczęła rozdawać bigos sporządzony według sekretnej receptury swojej ciotki.

– W bigosie go czuję – szepnęła Jaśka do babki. – Ślad krwi, ale nie wiem, skąd.

– To bigos!

– Grzyby! Pamiętacie koszyk, który Zenek miał w lesie przy sobie?

Jaśka chciała się poderwać na równe nogi, ale babka ją powstrzymała.

– Leż, dzieciaku! Nic teraz nie pomożesz.

– Mamo? – zapytała płaczliwie Lela. – Taty tu chyba nie ma?

– Nie ma.

– Mamy patrzeć jak, umierają? – zapytała Jaśka.

– Nie dziecko, widziałam to już kilka razy – stęknęła Szeptucha, podnosząc się z klęczek. – Wracamy. Trza nam koszyk Zenkowi odebrać i dusioła poniechać.

– A po co? – zdziwił się Rajat.

– Zenkowi stresu oszczędzić i sprawę załagodzić musimy. On się na grzybach zna jak nikt. Tylko we wzburzeniu mógł trujących nazbierać!

Po chwili kompania zebrała się za plebanią i z trzaskiem powróciła na polanę przed chałupą.

– Rajat! – zadysponowała babka. – Leć po Zenkowe niemowlę. Ruszamy dalej.

– Nie możemy go tam wziąć! – wrzasnęła Jasia.

– A to dlaczego? – zdumiała się Szeptucha.

– Paradoks będzie, babko! Zabierzemy nasze niemowlę, a tam to samo niemowlę będzie z Zenkiem.

– A to ambaras! – zasępiła się stara. – To zostawiamy go. Ruszcie się!

– Prababko, pomysł mam – skłonił się nisko Rajat.

– No co tam, dziecko, żeś wykombinował?

– Może weźmy ze sobą parę butelek wódki?

– Matko Boska i wszyscy święci w niebiosach! Ledwie drugi miesiąc w Kierzbudach, a on chce na wycieczkę gorzałę zabierać! Nie pij, synuś, zobacz na Zenka…

– Nie dla mnie przecież! – roześmiał się Hindus. – Dla Zenka właśnie. Jak go otumanimy, to może pomyśli, że dusioł to alkoholowy omam?

– Tak zrobimy! – wcięła się Jaśka.

– Ale ta gorzała to ma być na… – Szeptucha zatkała dłonią usta i przeklęła w myślach własne gadulstwo.

– Na? – zawiesiła znacząco głos Jaśka.

– Na zaręczyny – przyznała cichutko Aurelka. – Ale niech mama tacie nie mówi! – poprosiła.

– Ech! – westchnęła Jasia. – Jak wam ratowanie świata wychodzi tak, jak urządzanie zaręczyn, to mamy jeszcze parę lat spokoju.

– No dobra! – klasnęła w dłonie babka. – Rajat, leć do kuchni po gorzałkę i startujemy.

Ekipa ratująca świat wylądowała za jałowcem.

– Babko! Babko, ratuj! – wydarł się akurat histerycznie Kapeluszny.

– Ha, ha, ha! – zarżał dusioł i uchwycił łapczywie główkę dziecka w zębatą paszczę.

– Teraz! – krzyknęła Szeptucha i wraz z kompanami wyskoczyła na polankę. – Rajat, ściągnij dzieciaka z dusioła!

Hindus podbiegł do potwora i zaczął ciągnąć dzieciaka w swoją stronę. Co ciekawe, bardziej zapierało się niemowlę, niż dusioł.

– Lelka! – wrzasnęła babka. – Walnij Zenka czymś w łeb na ogłuszenie!

Aurelia rozejrzała się gorączkowo wokół i namierzyła całkiem solidną gałąź. Nie zastanawiając się zbyt długo, podbiegła do Kapelusznego i strzeliła chłopinę na odlew. Zenuś osunął się łagodnie na mech.

– Czcigodna prababko! – wrzasnął Rajat. – Nie mogę dziecka odciągnąć!

Szeptucha chwyciła niemowlaka za nogi i zaczęła ciągnąć do siebie. Wspólnymi siłami oderwali go od dusioła i z impetem potoczyli się po ziemi. Rajat bohatersko zasłonił babkę i niemowlę przez stworem. Wkrótce okazało się to zbędnym heroizmem. Przed nimi wyrosła znienacka Jasia. Obnażyła imponujące siekacze, i sycząc obchodziła dusioła kołem.

– Odejdź ssstąd! – wysyczała.

Dusioł oblizał się nerwowo, zakręcił w miejscu i umknął w głąb lasu.

– Mmmamo? – odezwała się niepewnym głosem Lela.

– Cichaj, dziecko, potem o tym pogadamy. Dawajcie tu Zenka! – zadysponowała stara.

Zenek coś tam pod nosem mamrotał, ale najwyraźniej popadł w stupor. Gorzała i ostatnie przeżycia załamałyby nawet największego wioskowego pijaka.

– Zenuś! – poklepała go po nieogolonym policzku Szeptucha. – Słyszysz mnie?

– Mmmm…

– Zenuś, co się stało na dożynkach? – ponowiła babka.

– Babko, skąd on ma to wiedzieć? – zapytała Jaśka, która najwyraźniej odzyskała równowagę i normalną postać. – Tego jeszcze nie było.

– Cholerne podróże w czasie! To nie na mój rozum – pożaliła się stara.

– Będzie dobrze, zobaczycie – uspokoiła ją bogusiowa żona, wskazując na koszyk z grzybami. – Tak mi się widzi, że teraz wszystko wróciło do równowagi.

– Rajat! – zadysponowała Szpetucha. – Weź no tu Zenkowi ze trzy flaszki zostaw. Na zapomnienie się nada. Koniecznie koszyk z grzybami weź.

– A co z dzieciakiem? – zapytała Jasia.

– A co ma być? Weźmiesz.

– Ale to już dwójka będzie!

– Cholerne podróże w czasie – pożaliła się babka raz jeszcze. – Weźmiesz, Jasia, niemowlaki, i jak swoje wychowasz. Zębne są. Lepszej matki nie znajdą.

– A co ja Bogusiowi powiem?

– Zahipnotyzujesz i wmówisz, że jego. Wiesz przecież, jak to zrobić.

– To też wiecie? – jęknęła Jasia.

Szeptucha zarżała szatańsko i wetknęła niemowlaka w ręce zębnej. Jaśka podeszła do Zenka i nachyliła się do jego ucha.

– Temu damy Mieszko. Tamten będzie Ziemowit, dobra?

Kapeluszny wymamrotał coś niezrozumiale, ale ustalono przez aklamację, że to musiało oznaczać zgodę.

– No to wracamy do domu! – zadysponowała babka.

Nad polaną pojawiło się słońce i rozświetliło młodziutką twarz Aurelii.

– Lela?

– Tak, prababciu?

– Masz ten kupon totka?

– Mam, no pewnie!

– Jaki kupon? – wcięła się Jasia.

– A… nieważne – zaszemrała łagodnie stara. – Dzieciaka pilnuj.

W milczeniu doszli do maliniaka. Za nim rozpościerała się skąpana w słońcu wieś.

Tornado 8

Tornado 8

Chyba sobie wykrakałam z tymi alimentami, bowiem z kolejnej ucieczki Tornado, o dziwo, samodzielnie powrócił do domu, ale – tu jeszcze większe dziwo – nie wrócił sam. Wraz z mężem przecieraliśmy oczy ze zdumienia na widok uroczej, beżowej suczki, której krągłości zdradzały ewidentne objawy zaawansowanej ciąży.  Biedaczka zziajana z przejęcia, łapczywie rzuciła się do miski z wodą, a ja w duchu zmówiłam błagalną modlitwę, by sobie poszła. Ja rozumiem, że właściciel psa ponosi odpowiedzialność za działania swego pupila. Że ma obowiązek, że to, że pstro…, ale skąd ja mam wiedzieć, czy to właśnie Tornado jest sprawcą suczej ciąży? Z drugiej strony, żal mi się zrobiło biednego suczydła. Przecież bidulki nie wyrzucę, bo tak się nie godzi, ale jeśli to nie jego dzieci, to co? No kaplica.

W oczekiwaniu na rozwój wydarzeń atmosfera w domu zgęstniała. Do tego doszedł jeszcze kot Frykas z permanentnym fochem, że przygarnęliśmy psa i sierściuch stracił wyłączność. I teraz jeszcze suka. A jeśli to istotnie tornadowe dzieci? To co? A jak się zakochał w ciężarnej i jest gotów adoptować cudze? Mamy złamać mu serce?

Cóż, zrobiło się nerwowo. Na szczęście, po godzinie suka sobie poszła, a my odetchnęliśmy z ulgą, że przyszła tylko na picie, a nas właśnie ominęła adopcja beżowej suni wraz z potencjalnym miotem nie wiadomo czyich szczeniąt.

Przez moment powiało grozą, ale wreszcie udało się doprowadzić na zabieg zdrowego psa i po kastracji, z nadzieją spojrzeliśmy w przyszłość, pewni że nasze życie znów wskoczy na normalne, względnie proste tory. W końcu jestem za młoda, żeby zostać babcią. Nawet psią.

Minął może tydzień od zabiegu, jak Tornado czmychnął córce przez uchyloną furtkę i tyle go widzieli. Znów ładowanie telefonu i czekanie, aż ktoś zadzwoni. Standard. Zaczęłam się przyzwyczajać. Jest!

– Dzień dobry. Pani pies jedzie ze mną tramwajem. Jest bardzo zdenerwowany. Jedziemy w stronę Dworca Głównego PKP.

Tym razem to mąż wskoczył w samochód i tym razem to on złamał wszystkie przepisy, żeby dogonić tramwaj i przejąć psa jeszcze przed dworcem, co w godzinach szczytu nie było wyzwaniem łatwym.

– Cholera by go wzięła- wysapał po powrocie wkurzony mąż.- Wcale się nie zdziwię, jak to bydlę następnym razem pojedzie na lotnisko!

– Słuchaj, a może na jego identyfikatorze, przed numerem telefonu dodamy +48?- zaproponowałam prawie pewna, że pewnego dnia, czekając na telefon od znalazcy usłyszę: Dobrý den, ne-li zahynout paní psa? Albo Buenos días, me encontré con un perro. Ewentualnie coś w suahili. Wniosek przeszedł jednogłośnie, zatem niezwłocznie zamówiłam nowy identyfikator. Jak widać szwędacz u naszego psa wcale nie był wynikiem miłosnych ciągot i to coś,  na co tak bardzo liczyliśmy, właśnie przeszło nam koło nosa. Stało się jasne, że on tak już ma i tak mu zostanie. Wprawdzie weterynarz próbował nas pocieszyć, że pies nawet i kilka tygodni po zabiegu może jeszcze czuć wolę bożą oraz zapewnił nas, że obciął wszystko co trzeba, ale my i tak już wiedzieliśmy swoje. Dlatego też wcale nie zdzwił nas późniejszy telefon z zajezdni MPK. Dyspozytor oznajmił, że pies objechał autobusem pół Krakowa i wraz z kierowcą, na koniec zmiany, odmeldował się w zajezdni. Cóż było robić. Należało znów pojechać po psa. Całe szczęście blisko. U dyspozytora trzeba było wyasygnować kwotę na zwyczajowe pół litra, ale czegóż człowiek nie zrobi dla szczęśliwie odnalezionego pupila. Nie było innego wyjścia, tylko jeszcze bardziej zabezpieczyć ogrodzenie. Już byliśmy pewni, że mysz się nie prześlizgnie, a już tym bardziej pies, ale nasz Tornado ma wybitne zdolności. Raz wyszedł przez drzwi klapką dla kota, którą nie miał prawa wyjść, bo jest do tej klapki za duży. Ale wyszedł. Fakt, razem z całą klapką. Ale jakim cudem? Żebra ma z gumy, czy jak? A może on rzeczywiście z jakiegoś cyrku zwiał, a tam robił coś takiego jak człowiek-guma? Cóż począć, na wszelki wypadek kupiłam większą klapkę…, a moje dłonie w ostatniej chwili zastygły nad klawiaturą zanim kliknęłam na allegro w aukcję z drutem kolczastym.