Spox


Wiecie co? Ta nasza Jagna to naprawdę ma talent. O elektryczność mi chodzi i o psucie. Ja nic nie mówię, kiedy ta ofiara losu sama psuje sobie komórki i blendery, ale żeby u mnie też?! Nie dość, że w ostatni weekend, na odległość, spaliła mojemu mężowi kosiarkę, stopiła nam kabel pod trawnikiem, to na dokładkę wywaliła mi korki w połowie chałupy i jeszcze wysadziła bezpiecznik w bramie od garażu.  Zdolna sztuka, prawda? Tak, wysadzić w Krakowie siedząc sobie w Warszawie, to trzeba być mega wybitnym psujem  :)

Na szczęście mam remont i wyjątkowo zdolną ekipę pod ręką, więc kabel pod trawnikiem już mam nowy, garaż udało się naprawić za złoty pięćdziesiąt za bezpiecznik, plus czarodziejski czteropak Harnasia, a kosiarka i tak nie jest nam na razie potrzebna, bo po akcji ekipy remontowej, trawnika już właściwie nie mamy i może nowy będziemy mieć jakoś we wrześniu, jak już sobie wszyscy pójdą, więc na razie nie zawracamy sobie głowy kosiarką, bo aktualnie mamy tylko klepisko i nie ma co kosić.

Ale do rzeczy. Jak tak już Jagna wysadziła ten bezpiecznik od garażu, choć wcale nie był podpięty pod to samo, co kosiarka, to poleciałam w popłochu sprawdzać, co jeszcze zepsuła. Telewizji prawie wcale nie oglądam, więc na ostatni rzut sprawdziłam, czy telewizor jeszcze działa. Uff, działa.  Jakoś mi się włączyło w chwili, gdy na wizji pojawił się pewien facet, a mnie naszła myśl, że skądś gościa znam.

„… Wiadomości sportowe. Dziękuję za uwagę. Janusz…”

Ech, i wtedy mi się przypomniała największa gafa mojego życia. Oczywiście z udziałem tegoż właśnie pana z telewizji…

Początki mojej burzliwej korporacyjnej kariery przypadły mniej więcej na połowę lat dziewięćdziesiątych, kiedy to zatrudniono mnie w Browarze Żywiec – w charakterze przedstawiciela handlowego. Jako że mój ówczesny, niesłychanie zakręcony szef, nieprawdopodobnie bał się jakichkolwiek publicznych wystąpień, zawsze, na wszelkiego rodzaju okazje i konferencje prasowe wysyłał mnie. Przy tym tłumaczył się, że jako jedyna kobieta w zespole powinnam takie rzeczy robić i już. Tak było i tym razem. Właśnie czyniąc handlową wizytę w jakiejś wiejskiej kuflotece, wisząc na drabinie i ryzykując życie, bohatersko kleiłam tak zwane „firmowe wyklejki okienne”, gdy mój pager zapiszczał złowrogo z wiadomością – Pilny kontakt PKR! PKR równało się, że to szef właśnie siedzi przy telefonie i czeka z jakimś shitem, więc porzuciwszy drabinę i moje wyklejki z tańczącą parą krakowską, pognałam do najbliższej budki telefonicznej. Mniej więcej po kwadransie dowiedziałam się, że za godzinę mam się zameldować w krakowskim klubie prasowym Pod Gruszką i wziąć udział w konferencji prasowej dotyczącej Wyścigu Pokoju, którego to moja firma była głównym sponsorem.

– Ale Paweł, ja się kompletnie nie znam na kolarstwie!- naprawdę byłam bliska rozpaczy.

– No, to co? Przecież sobie poradzisz.

– Może niech tam pójdzie któryś z chłopaków, przecież jest ich dziesięciu. W końcu oni coś tam kminią z tych rowerów. Ja nie!

– Nie! Ty masz iść!

– Ale Paweł, ja nie mam pojęcia, o czym gadać do tych dziennikarzy od kolarstwa!

– Nieważne. Właśnie dzwonił do mnie redaktor K. z Gazety Krakowskiej i powiedział, że ty masz być i będzie gadał tylko z tobą!

Zdziwiona tak zdecydowaną postawą nieznanego mi redaktora K. z GK, posłusznie zwinęłam mój sprzęt do okiennych wyklejek i popędziłam w stronę domu, żeby ze służbowego dresu przeskoczyć w elegancki kostiumik, wyszorować paznokcie i godnie zaprezentować naszą firmę na konferencji prasowej. Trochę zaintrygował mnie fakt, że nasza ekipa od imprez plenerowych nie dograła tak istotnych szczegółów związanych z wyścigiem, więc zadzwoniłam do ich szefa i równo ochrzaniłam gościa, że mi wżenił swoją robotę.

– Wyścig Pokoju to wasza bajka!- huknęłam koledze w telefon.

– Ale o co ci chodzi? Przecież Wyścig Pokoju jest w trakcie i kończy się za dwa dni. Ja ogarniam temat, a wszystkie konferencje prasowe już były.

Zaskoczona, nieco spuściłam z tonu i coraz bardziej przestraszona skierowałam się w stronę klubu prasowego Pod Gruszką.

Redaktor K. już na mnie czekał i od razu przy prezentacji powołał się na dyrektor wydawniczą z jego gazety. Kurczę, powołał się na koleżankę mojej mamy…, która przypadkiem napuściła go na mnie. Tu przynajmniej wyjaśniło się, kto gościa na mnie nasłał.

Boże…, za co…

Przecież o kolarstwie to ja wiem tyle, że był kiedyś taki Szurkowski, i że jest peleton, i jeszcze jest jakaś premia lotna. Niestety redaktor sportowy K. nie dał mi czasu na myślenie, tylko na wejściu zaproponował banieczkę dla kurażu. Na szczęście mogłam wykpić się samochodem, ale i tak, niezrażony ucapił mnie za nadgarstek i pociągnął do stolika, gdzie z namaszczeniem przedstawił mi dwóch zaaferowanych facetów.

– Proszę, oto pan X z BBC. Nasz główny sponsor- oznajmił z powagą.

Pode mną z wrażenia ugięły się nogi.

– A to pan Y. Komandor wyścigu, czy możemy przejść do rzeczy….

Myślałam, że padnę z przejęcia, ale tylko do chwili, kiedy się okazało, że pan X i jego BBC to stacja benzynowa gdzieś pod Dębicą, pan Y- komandor wyścigu, to dentysta z Dębicy, a wyścig kolarski nie jest Wyścigiem Pokoju, tylko Wyścigiem Szlakiem Podkarpacia i chcą tylko kilka parasoli, paru banerów oraz dwa roll-bary na start i na metę.

Cóż, to cały mój szef :)

Już wyluzowana i ubawiona do granic stanęłam u boku redaktora K., by powitać tłumnie nadciągających dziennikarzy. Redaktor K. przedstawiał mnie wszystkim, gdy naraz weszło z sześciu dziennikarzy sportowych z różnych mediów i jeszcze jacyś ludzie. Zapanował lekki rozgardiasz.  Niespecjalnie starałam się zapamiętać, kogo witam, ale nagle do moich korporacyjnie wyczulonych uszu dotarło zakazane słowo: TYCHY!

Do tego redaktor K. dorzucił swoje.

– Nooo…, Tyskie, pani Izo. Konkurencja, co nie?

No tak… Tylko tego jeszcze brakowało. Mój zdolny do wszystkiego szef właśnie zgodził się sponsorować imprezę, gdzie sponsorem była również konkurencja. Tylko on mógł w tym swoim zamotaniu złamać niepisaną umowę między browarami, że nawzajem w drogę sobie nie wchodzimy. Ale cóż, stało się, trudno.  Jakoś przeżyjemy to Tyskie. A oni nas.

Wściekła na szefa, że tak bez sensu mnie wrobił, przystanęłam w kąciku i popijając soczek pomarańczowy przyglądałam się rosnącemu tłumkowi dziennikarzy sportowych. Nagle ktoś chwycił mnie za ramię.

No tak, to ten pajac z konkurencji.

– No… , wy to bogata firma, nie ma co. W kółko sponsorujecie tylu sportowców. Reprezentację piłki ręcznej- Anna Walkiewicz- Esjmont, no tak… Kolarzy też, i tak dalej. My to jesteśmy biedni. My tylko lokalnie, siatkówkę.

Zagotowałam. Przesadził, kłamczuch jeden! Akurat dwa tygodnie wcześniej byłam na mistrzostwach świata w kick boxingu i Tyskie sponsorowało mistrzynie świata federacji jakiejś tam. Sama widziałam.

– A co pan taki skromny, przecież wy też dajecie radę, ten kick boxing i w ogóle…

– Nieee, skądże. My tylko siatkówkę, lokalnie – powiedział ten koleś z konkurencji, a mnie szlag trafił.

– Nieprawda! Tak się składa, że niedawno byłam na mistrzostwach świata w kick boxingu i na własne oczy widziałam, że sponsorujecie najwyżej lokowane zawodniczki federacji MMA! Marek Piotrowski wtedy walczył o utrzymanie pasa. Nie wie pan?!

– Nie sponsorujemy, my tylko siatkówkę, lokalnie.

– Panie. Niech pan nie ściemnia! Ja byłam i na własne oczy widziałam, że zwyciężczyni walk MMA miała na dresie wasze logo.

– Ale, jakie logo?- gość nie dał za wygraną.

– No wasze!- fuknęłam wściekle, bliska pobicia bufoniastego kłamczucha z konkurencji.

– Ale co ona tam miała napisane?

– No, jak to co?! No, TYSKIE!- wyplułam gotując wściekle, a facet tylko wywrócił oczami.

– Pani pozwoli, że ja jeszcze raz się przedstawię. Janusz Tychy. Telewizja Wisła…

P.s. Panie Januszu, jeśli pan to czyta-  to ja pozdrawiam serdecznie :)




Na ulicy Szemranej


Po kilku przeprowadzkach trafiłam w końcu tu, gdzie mieszkam. Nawet nie sądziłam, że ta, do niedawna ślepa, spokojna uliczka posiada właściwości podobne do trójkąta bermudzkiego i dzieją się tu różne dziwne rzeczy. I to w nieprawdopodobnym natężeniu, jak na dziesięć domów, jeden mały blok oraz dwóch pieszych na godzinę, na chodniku po drugiej stronie ulicy.

Wcześniej, przez dwadzieścia lat mieszkałam z rodzicami na sporym osiedlu, gdzie powinno dziać się wiele, ale poza tym, że tylko raz pod naszymi oknami wykoleił się pociąg, nie działo się tam kompletnie nic. Gdyby ten blok nie stał przy torach to nawet i tego wykolejeńca by nie było. W końcu szklanki regularnie wylatujące z kredensu, gdy jechał towarowy z węglem to chyba normalna sprawa, prawda?
Ale do rzeczy…
szemranaMoja ulica nosi najzwyklejszą nazwę świata, pochodzącą od miasta, które leży z trzysta kilometrów na wschód i ta nazwa zupełnie do tej ulicy nie pasuje. Kiedyś ustaliliśmy z sąsiadami, że powinniśmy wnioskować o zmianę nazwy, tak ku przestrodze dla przyszłych mieszkańców. Ogłosiłam wtedy nawet plebiscyt na pewnym forum i wygrała ul. Szemrana. Niestety formalności byłoby zbyt dużo, więc daliśmy spokój i jest jak było. Nic się nie zmieniło ani w nazwie, ani w tym, co się tutaj wyprawia. Bo tutaj nawet deszcz potrafi padać wzdłuż osi jezdni, a jak już wypierniczy wodociągi to od razu z połową ulicy i fontanną na wysokość drugiego piętra.

 

Drodzy. Nie jestem w stanie opisać wszystkiego, bowiem niniejszy felieton miałby długość kilometra, zatem skupię się jedynie na niektórych wydarzeniach…
Pod względem ilości i jakości kolizji samochodowych już dawno temu pobito tutaj rekord Guinnessa. Tu smaczku dodaje fakt, że ulica biegnie trochę pod górkę, więc szczególnie interesująco jest zimą. Przy pierwszych opadach śniegu zwykle wraz z mężem stajemy sobie w oknie i obstawiamy ilość stłuczek na godzinę. To normalka, choć w ostatnie zimy było marnie ze śniegiem, więc i zakładów było mniej, ale za to ostatniej wiosny napatoczył się jakiś napalony ford focus, który tak efektownie przycedził w betonową latarnię, że złamał ją na pół. A gdzie? Oczywiście przed naszym domem, a my tylko czekaliśmy aż nam ta latarnia wpadnie do ogrodu.
Była też i kobieta, której „maluch” uciekł z górki. Po drodze potrącił swoją właścicielkę, przetoczył się przez nasz podjazd i rąbnął w trzy samochody zaparkowane pod sklepem sąsiada. Dobrze, że godzinę wcześniej wstawiłam mój samochód do garażu, bo byłoby po nim.
U sąsiadów też była niezła akcja. Ich lekko upośledzony magazynier ze sklepu, postanowił przeparkować samochód mojej sąsiadki w inne, lepsze jego zdaniem miejsce i przy okazji skasował na amen dwa pozostałe auta sąsiada. Trzeba mieć talent, co nie?
Długo nie popracował, oj nie…
Ale najlepszy to był prawdziwy karambol.
W pewien marcowy poranek obudziły mnie moje dzieci stwierdzeniem, że auta dziwnie jadą z górki, bo im się koła nie kręcą.
No tak. Roztopy + mróz = szklanka. Jeszcze nie zdążyłam dobrze pomyśleć, jak mych uszu, z uchylonego okna doszedł huk i rozpaczliwe okrzyki:
– O, k…! O, k…!
Zaciekawiona podeszłam do okna. Rzeczywiście, fiacik wbił się w zaparkowanego po drugiej stronie ulicy poloneza, ale zanim odeszłam od okna nadjechał, a raczej stoczył się z górki zielony matiz i lewym bokiem, z lekkim trzaskiem, który towarzyszył uderzeniu, zatrzymał się na zlodowaciałej zaspie, na naszym podjeździe. Na to nadjechał opel i zatrzymał się na matizie, a na oplu zatrzymała się niebieska skoda. Takiej akcji nigdy wcześniej nie widziałam, więc zawołałam pozostałych domowników, bo w końcu prawdziwy karambol na własnym podjeździe nie zdarza się codziennie.
Ze stukniętych aut wyskoczyli wrzeszczący kierowcy i kłócąc się na środku ulicy ledwie uszli z życiem przed toczącą się z góry półciężarówką. Kierowca, z obłędem w oczach, próbując uniknąć rozjechania tych ludzi na marmoladę, postawił auto bokiem i wyrżnął tyłem w auto jadące z dołu, a przodem przywalił w tył zielonego matiza. Właścicielka od matiza na to wpadła w prawdziwą histerię (bez żartów), a pozostali kierowcy zaczęli się kłócić jeszcze głośniej.
Cóż było robić… W piżamie, adidasach i szlafroku poszłam do piwnicy po sól drogową. Niech sobie nieszczęśnicy posypią kawałek drogi, bo inaczej nie ruszą, a ja przecież muszę zaraz jechać z dziećmi do szkoły, a oni blokują mi wyjazd…
W końcu udało mi się ich przekonać, żeby wysłali kogoś na górkę z trójkątem ostrzegawczym, żeby nikt już więcej na to złomowisko nie dojechał.
Spóźniona nareszcie dotarłam do szkoły, ale za to po powrocie zastałam pod domem policję, pomoc drogową i męża kobiety od matiza, który w międzyczasie zdążył dojechać na miejsce katastrofy. Otóż mąż ów uznał, że to wszystko moja wina, bo jego żona o moją zaspę zahaczyła… Na szczęście, na koniec, na to wszystko podjechało białe mondeo combi z TVP1.
Relację z mojego karambolu puszczono w wieczornym wydaniu Kroniki Krakowskiej.
Tu, nasz dobry kolega właśnie przyszedł z pracy do domu, jak żona zawołała sprzed telewizora.
– Misiek!!! Chodź szybko! Patrz! Właśnie pokazują w kronice karambol pod domem Frączyków!!!
– No, widzę… Tylko dlaczego ja nie jestem zdziwiony?
No fakt. Misiek też już co nieco u nas widział… Na przykład policyjną obławę na dzika. Trzy radiowozy wtedy przyjechały, a policjanci z płaszczami, niczym zawodowi torreadorzy usiłowali osaczyć skołowane zwierzę. Dzik w końcu wymknął się władzy, a władza, obstawą w trzy auta pojechała za nim :)
Pewnego razu był też świadkiem (Misiek, nie dzik), jak pod naszym domem zaparkowała kolorowa ciuchcia. Było już ciemno, ale dla pewności zrobiliśmy wtedy zdjęcie. To tak na wszelki wypadek, żeby się upewnić, czy to aby nie zbiorowa halucynacja, bo ciuchci z wagonami to jeszcze nikt z nas na asfalcie nie widział. Misiek widział też jak w ciężarówce marki Volvo pękła miska olejowa.
A gdzie? No, jak to gdzie?
Oczywiście przy naszym podjeździe. Przyjechał wtedy wóz bojowy ze straży pożarnej, żeby zutylizować tajemniczym sorbentem wielką kałużę oleju, choć i tak, w międzyczasie, w tę ciemną kałużę wlazł mój nieszczęsny kot i później trzeba było jakoś zmyć olej silnikowy z kota.
Innego dnia, kiedy to właśnie Misiek od nas wyjeżdżał, jak tuż obok niego, na ulicy, w hondzie accord urwało się koło. Tu muszę wspomnieć też o tym, iż pewnego razu jeden z mieszkańców mojej szemranej ulicy przytarł kiedyś Miśkowi auto, bowiem ów mieszkaniec źle się złożył na zakręcie. Tak więc chyba sami przyznacie, iż trudno się dziwić, że Miśka wcale nie zdumiał fakt, że u nas mamy też i karambol :)
No dzieje się, dzieje… jak nie pielgrzymka, to druga pielgrzymka, bo Łagiewniki mamy blisko i przy niskim ciśnieniu całe kazania słyszę. Jak sąsiadowi kury nie uciekną, to mi kota spod domu ktoś wywiezie i potem dzwoni z drugiego końca miasta, że znalazł kota i żeby przyjechać i go sobie odebrać. Wprawdzie nic nie przebije tego, jak się najbliższym sąsiadom dom sfajczył i tego, że inny sąsiad spadł z czereśni i był to jego ostatni upadek w życiu, ale sami widzicie, że niełatwo tu żyć, choć teraz mamy nieco lżej, bo zlikwidowano bar i odpadli nam nocni pijaczkowie, którzy nieraz też potrafili dać czadu. Poprzewracane kosze na śmieci i słup ogłoszeniowy to standard, ale przewrócenie w nocy całego nowego ogrodzenia przy sąsiedniej posesji, demontaż progu zwalniającego, tudzież ułożenie się do snu na środku ulicy? Oczywiście u mnie, bo gdzie?! Litości….
Tak… Od miesiąca nic się nie dzieje. To znaczy, przez remont elewacji siedzę zamknięta w domu i niczego nie widzę, więc trzymajcie kciuki, bo boję się pomyśleć, co będzie jak mi balkon wyszykują i będę znów mogła obserwować życie na ulicy Szemranej.
Niestety zdjęcia ciuchci i karambolu przepadły bezpowrotnie wraz ze starym laptopem :( ale resztę na szczęście mam :)

kolaz1




Skąd bierze się debiut?


Chcecie wiedzieć jak urodziła się Klara z powieści „Szczęście w nieszczęściu” i jak do tego doszło? To, że to wszystko przez Tornado oraz przez pewnego niedoszłego literackiego noblistę to powszechnie wiadomo, ale zapewnie niewielu z Was wie, że to również przez Jagnę :)

Ale po kolei…

Pisane na forum allegro felietony na temat wybryków mojego psa sprawiły, że zaczęłam tam słyszeć od innych forumowiczów, że powinnam pisać książki. Też coś! W życiu nie słyszałam podobnego nonsensu! Ja i książki? To jakaś niedorzeczność.

W następne wakacje po adopcji Tornado, wylądowaliśmy na urlopie w dwóch różnych ośrodkach wypoczynkowych położonych w lesie. Oczywiście bez psa, bo w jego przypadku nie zdążylibyśmy otworzyć drzwi od auta, jak już by dał nogę, zatem został u moich rodziców. W obu miejscach, dziwnym zbiegiem okoliczności miały miejsce zdarzenia dość nietypowe i nieraz przecieraliśmy oczy ze zdumienia. W owym czasie do jednego z tych miejsc przybył na kilka dni pewien starszy pan. Miał za sobą jakieś ciężkie przeżycia. Przyjechał podleczyć skołatane nerwy i porządnie się wyspać.

Tiaa… Jednej nocy zaliczył dwie „osiemnastki”, dokładnie w dwóch sąsiednich domkach, gdzie pozbawiona dozoru młodzież ogłosiła chyba rywalizację w temacie głośnej muzyki, ilości wypitego alkoholu i poziomu decybeli zbiorowych pijackich ryków. Dobrze, że po tej nocy oba domki ostały się całe :)

Następnej nocy też nie było lekko, bo jak tylko obsługa posprzątała po imprezie, natychmiast w domku obok zameldowało się kilkunastu młodych mężczyzn celem świętowania wieczoru kawalerskiego. Heh, jeszcze nigdy nie widziałam tak szybko uciekających w las nagich striptizerek. Tej nocy nasz dziadek pewnie uznał, że znowu nie pośpi, to wyszedł na zewnątrz, żeby chociaż popatrzeć. Kolejnej nocy też nie pospał, bo było wesele i dokładnie na ławeczce pod jego domkiem panna młoda postanowiła udzielić swych wdzięków drużbie i kuzynom pana młodego.

Nad ranem w końcu do niej dotarło, że przecież ma męża i też coś by wypadało poczynić w tej materii, zatem wraz ze świeżo poślubionym wskoczyli z gromkim okrzykiem do basenu. Panna młoda miała na sobie welon, a pan młody muszkę. Tylko welon i tylko muszkę. Tego już nasz dziadunio nie wytrzymał nerwowo. Zastukał do nas, do domku, przerażony.

– Nie może to być. Dzieci z kolonii zaraz na basen przyjdą, a oni tam coś skończyć nie mogą – zatroskał się mężczyzna i naciągnął sobie worki pod oczami. – Wyjeżdżam. To miejsce piekielne.

Tegoż dnia, nomen omen, właśnie skończyłam mądrą prozę, jak się później okazało kandydata do literackiej Nagrody Nobla. Była tak mądra, że nie zrozumiałam z niej nic. To wtedy mnie olśniło, że mam tyle zabawnych spostrzeżeń i jakbym to opisała, to może ludzie by rozumieli, co czytają. Przy ognisku zapytałam nasze grono, co o tym sądzą. „Taa! Jasne! Pisz. Pisz…”.

Nie trzeba było mi wiele, w tamtej chwili podjęłam decyzję. Hm… fajnie, tylko jak się za to zabrać? Nosiłam się z tym pomysłem do później jesieni. Już nawet mówiłam ludziom, że piszę książki, a jak pytali, co napisałam to odpowiadałam, że jeszcze nic :)

Myślałam, że jak nagadam głupot, to bardziej mnie to zmobilizuje, ale to też nie działało. Aż tu pewnego wieczora odpaliłam forum i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to post Jagny. Pochwaliła się publikacją ebook’a. Cóż, moja ambicja tego ciosu nie zniosła. Tego właśnie wieczora usiadłam do komputera i napisałam pierwsze strony „Pokręconych losów Klary.”

Kochani, dziś oddaję w Wasze ręce wznowienie tamtej powieści pod tytułem „Szczęście w nieszczęściu”. Zapewniam Was, że wszystkie urlopowe przygody przyjaciółek zdarzyły się naprawdę i większości przypadków sama byłam naocznym świadkiem. Moi drodzy, kto jeszcze nie miał okazji poznać Klary i Zośki- zapraszam do lektury mojej debiutanckiej powieści. Tym razem w nowej jakości edytorskiej i w nowej szacie graficznej :)

12472484_1192672977462677_2789864687133779354_n

kolaż




Ogrodnicze call center


Kwiecień, rok 1999

 

Dzwonek telefonu zadryndał w samochodzie. Wyjątkowo złapał mnie na siedzeniu pasażera, więc odebrałam od razu.

– Dzień dobry pani!- odezwał się męski głos. – Ja w sprawie iglaków, można?

– Można- odpowiedziałam ostrożnie.

Nie miałam pojęcia, o co chodzi i liczyłam, że zaraz dowiem się więcej. Właśnie kilka dni wcześniej zostawiłam prawie dwie wypłaty w sklepie z iglakami, więc zainteresowana tematem, jako żywo, nadstawiłam ucha licząc, że może to jakiś konkurs z owego sklepu lub od biedy jakiś sąsiad, któremu spodobały się nasze nowe krzaki.

– Bo wie pani, ja bym się chciał dowiedzieć o wymagania glebowe, o to jak szybko rosną i żeby mi pani poradziła, jakie mam posadzić, żeby jedne na drugie nie wchodziły…

W pierwszej chwili poczułam zdziwienie, że w dzisiejszych czasach wystarczy kupić parę roślin, by stać się ekspertem, ale nabrałam powietrza w płuca i rada ze świeżo nabytej wiedzy, jednym tchem strzeliłam gościowi elegancki, obszerny wykład o iglakach. Sprawiał wrażenie zadowolonego, podziękował grzecznie i tyle.

Przez cały czas mąż przyglądał mi się dziwnie.

– Kto to był?- zapytał

– Nie mam pojęcia- odrzekłam zgodnie z prawdą.

– Że jak?! Dzwoni do ciebie jakiś obcy facet, a ty mu, ot tak sobie, przez kwadrans nawijasz o tujach?!- zbulwersował się małżonek.

– A czemu nie? Przecież jestem na bieżąco. Mam być świnią i nie pomóc człowiekowi w potrzebie?

Wtedy tak właśnie myślałam, nie mając pojęcia, co nastąpi później.

 

Maj, rok 1999

 

Telefon. Tym razem złapał mnie na zakupach.

– Dzień dobry pani, to znowu ja- w słuchawce rozległ się męski głos.

– Dzień dobry panu- ni czorta nie wiem, kto dzwoni.

– Czy macie już świeże sadzonki drzew kolumnowych, bo jak byłem ostatnio to mi pani obiecała te wiśnie japońskie.

Znowu zbaraniałam i nie popisałam się intelektem.

– Sadzonki czego?- zapytałam chcąc zyskać na czasie, bo rozpoznałam faceta od iglaków.

Człowiek najwyraźniej przekonany, że dzwoni do jakiegoś centrum ogrodniczego, telefonuje do mnie jak w dym.  No, ja nie mogę…

Nie mając pojęcia, czy mam na stanie świeże sadzonki wiśni japońskich, w zamian udzieliłam mu porady w temacie odległości nasadzenia. Miał chłop szczęście, bo akurat drzew kolumnowych też mam kilka i też niedawno sadzone :)

Na koniec, kazałam mu przyjechać i powołując się na naszą rozmowę, poprosić mojego szefa, żeby mu dał najświeższe, jakie mamy.

Konając ze śmiechu zakończyłam połączenie i zapomniałam o temacie.

Nawet nie wiecie, jakie było moje zdziwienie, kiedy ów mężczyzna zadzwonił do mnie po raz kolejny.

 

Kwiecień, rok 2000

 

Telefon.

– Dzień dobry! Pani to pewnie mnie nie pamięta, ale rok temu, tak mi pani dobrze poradziła z tymi tujami, że mi wyszedł najładniejszy ogród na całej ulicy. A ten pani szef to mi wtedy takie śliczne te kolumnówki wyczarował, od razu się przyjęły.- Faceta chwycił słowotok, więc zyskałam na czasie, by skojarzyć, o co mu chodzi i załapać, że to ten sam gość od ogrodu, który dzwonił rok temu. Uff.

Tym razem przeegzaminował mnie z zakresu drzew alejowych. Niestety, takowych nie posiadam, ale pamiętałam, że na ulicy przy mojej podstawówce rosły klony i były ładne. Szczególnym sentymentem darzyłam klonowe „noski”, więc wżeniłam facetowi kilka klonów i jeszcze pięć surfinii na taras. Właśnie chciał sadzić bratki, ale w lipcu już jest po bratkach, a wtedy to ciężko o rośliny do doniczek, więc kontent z wyboru, pożegnał się grzecznie. Byłam tak zadowolona z moich handlowych sukcesów, że aż poczułam dumę, najnormalniej szczęśliwa, że znów mogłam pomóc.

To nie do wiary, ale od tamtej pory, każdego roku, w okolicy maja, ten facet do mnie dzwoni i o coś pyta. Jak kilka lat temu szukał czegoś fajnego na żywopłot, to udałam, że mam właśnie klienta na jabłonki i żeby zadzwonił za chwilę. Uff. Zanim zadzwonił po raz drugi, zdążyłam do komputera, by zasięgnąć stosownych informacji o żywopłotach. Z różami też nie było lekko, bo róże się sadzi w takiej postaci, że ja nigdy nie wiem, która część to góra, a która to dół, ale jak na kogoś, kto bazylię w doniczce wymienia średnio co miesiąc, to i tak chyba nieźle, prawda?  Że też sobie nieszczęśnik znalazł autorytet, ech…

W zeszłym roku było łatwo, bo chciał tylko geowłókninę i korę, żeby podsypać pod te moje iglaki z dziewięćdziesiątego dziewiątego, ale za to dwa lata temu równo przeczołgał mnie z malin. Totalnie mnie zaskoczył pytaniem o ceny malinowych sadzonek, więc wykręciłam się, że jestem poza firmą i żeby dzwonił na stacjonarny. Zadowolona, że dobrze mi poszło, odetchnęłam z ulgą. Ale niestety, tylko na chwilę. Uparta sztuka, znowu telefon. Tym razem z pytaniem, czy maliny przycina się po wsadzeniu. Znaczy kupił, to dobrze, że w ogóle były, ale czy się przycina to ja przecież nie wiem. Ciężki kaliber. Nie ma co. Kazałam przyciąć. Jedno z dwojga. W końcu jak przytnie, to mu chyba kiedyś odrośnie, a jak nie przytnie, to może uschnąć, a ja bardzo nie chciałam, żeby mu te maliny zdechły. Bardzo mi zależało, żeby nie stracić mojej ogrodniczej reputacji, więc od razu poleciałam na facebook’a pytać ludzi o te przeklęte maliny.

 

15 maja, rok 2016

 

-A dlaczego ty mu po prostu nie powiesz, że wcale nie pracujesz w ogrodniczym i kompletnie się na tym nie znasz?- zapytała mnie niedawno koleżanka.

– A jak ty to sobie wyobrażasz? Mam powiedzieć gościowi, że od siedemnastu lat dzwoni po porady do osoby, która nie umie skutecznie wyhodować rzeżuchy na Wielkanoc? Przecież on w życiu mi nie uwierzy…

– A w tym roku już dzwonił?

– No właśnie nie. Zaczynam się martwić, czy aby nie umarł.

Po powrocie do domu sprawdziłam spis numerów. Mąż tylko popukał się po głowie, jak z jego telefonu, pod pretekstem pomyłki, zadzwoniłam sprawdzić, czy u faceta wszystko gra.

Gra. Żyje. Może po prostu w tym roku niczego nie sadzi…

 

20 maja, rok 2016

 

Telefon.

– Dzień dobry pani! To znowu ja. Wie pani, moja małżonka wymyśliła sobie oczko wodne …

Trzymajcie mnie…, a ludzie się mnie pytają dlaczego ja książki piszę :)

 

 




Tornado 8


Chyba sobie wykrakałam z tymi alimentami, bowiem z kolejnej ucieczki Tornado, o dziwo, samodzielnie powrócił do domu, ale – tu jeszcze większe dziwo – nie wrócił sam. Wraz z mężem przecieraliśmy oczy ze zdumienia na widok uroczej, beżowej suczki, której krągłości zdradzały ewidentne objawy zaawansowanej ciąży.  Biedaczka zziajana z przejęcia, łapczywie rzuciła się do miski z wodą, a ja w duchu zmówiłam błagalną modlitwę, by sobie poszła. Ja rozumiem, że właściciel psa ponosi odpowiedzialność za działania swego pupila. Że ma obowiązek, że to, że pstro…, ale skąd ja mam wiedzieć, czy to właśnie Tornado jest sprawcą suczej ciąży? Z drugiej strony, żal mi się zrobiło biednego suczydła. Przecież bidulki nie wyrzucę, bo tak się nie godzi, ale jeśli to nie jego dzieci, to co? No kaplica.

W oczekiwaniu na rozwój wydarzeń atmosfera w domu zgęstniała. Do tego doszedł jeszcze kot Frykas z permanentnym fochem, że przygarnęliśmy psa i sierściuch stracił wyłączność. I teraz jeszcze suka. A jeśli to istotnie tornadowe dzieci? To co? A jak się zakochał w ciężarnej i jest gotów adoptować cudze? Mamy złamać mu serce?

Cóż, zrobiło się nerwowo. Na szczęście, po godzinie suka sobie poszła, a my odetchnęliśmy z ulgą, że przyszła tylko na picie, a nas właśnie ominęła adopcja beżowej suni wraz z potencjalnym miotem nie wiadomo czyich szczeniąt.

Przez moment powiało grozą, ale wreszcie udało się doprowadzić na zabieg zdrowego psa i po kastracji, z nadzieją spojrzeliśmy w przyszłość, pewni że nasze życie znów wskoczy na normalne, względnie proste tory. W końcu jestem za młoda, żeby zostać babcią. Nawet psią.

Minął może tydzień od zabiegu, jak Tornado czmychnął córce przez uchyloną furtkę i tyle go widzieli. Znów ładowanie telefonu i czekanie, aż ktoś zadzwoni. Standard. Zaczęłam się przyzwyczajać. Jest!

– Dzień dobry. Pani pies jedzie ze mną tramwajem. Jest bardzo zdenerwowany. Jedziemy w stronę Dworca Głównego PKP.

Tym razem to mąż wskoczył w samochód i tym razem to on złamał wszystkie przepisy, żeby dogonić tramwaj i przejąć psa jeszcze przed dworcem, co w godzinach szczytu nie było wyzwaniem łatwym.

– Cholera by go wzięła- wysapał po powrocie wkurzony mąż.- Wcale się nie zdziwię, jak to bydlę następnym razem pojedzie na lotnisko!

– Słuchaj, a może na jego identyfikatorze, przed numerem telefonu dodamy +48?- zaproponowałam prawie pewna, że pewnego dnia, czekając na telefon od znalazcy usłyszę: Dobrý den, ne-li zahynout paní psa? Albo Buenos días, me encontré con un perro. Ewentualnie coś w suahili. Wniosek przeszedł jednogłośnie, zatem niezwłocznie zamówiłam nowy identyfikator. Jak widać szwędacz u naszego psa wcale nie był wynikiem miłosnych ciągot i to coś,  na co tak bardzo liczyliśmy, właśnie przeszło nam koło nosa. Stało się jasne, że on tak już ma i tak mu zostanie. Wprawdzie weterynarz próbował nas pocieszyć, że pies nawet i kilka tygodni po zabiegu może jeszcze czuć wolę bożą oraz zapewnił nas, że obciął wszystko co trzeba, ale my i tak już wiedzieliśmy swoje. Dlatego też wcale nie zdzwił nas późniejszy telefon z zajezdni MPK. Dyspozytor oznajmił, że pies objechał autobusem pół Krakowa i wraz z kierowcą, na koniec zmiany, odmeldował się w zajezdni. Cóż było robić. Należało znów pojechać po psa. Całe szczęście blisko. U dyspozytora trzeba było wyasygnować kwotę na zwyczajowe pół litra, ale czegóż człowiek nie zrobi dla szczęśliwie odnalezionego pupila. Nie było innego wyjścia, tylko jeszcze bardziej zabezpieczyć ogrodzenie. Już byliśmy pewni, że mysz się nie prześlizgnie, a już tym bardziej pies, ale nasz Tornado ma wybitne zdolności. Raz wyszedł przez drzwi klapką dla kota, którą nie miał prawa wyjść, bo jest do tej klapki za duży. Ale wyszedł. Fakt, razem z całą klapką. Ale jakim cudem? Żebra ma z gumy, czy jak? A może on rzeczywiście z jakiegoś cyrku zwiał, a tam robił coś takiego jak człowiek-guma? Cóż począć, na wszelki wypadek kupiłam większą klapkę…, a moje dłonie w ostatniej chwili zastygły nad klawiaturą zanim kliknęłam na allegro w aukcję z drutem kolczastym.




Dzień dziecka


Witajcie drodzy czytelnicy!

Wszystkim małym i dużym dzieciom życzymy szerokiego uśmiechu i samych radości w życiu. Dzień dziecka jakoś nas sprowokował do wspomnień, czego efektem są poniższe felietony :)

glowa_izy

W sumie to byłam grzecznym dzieckiem. A przynajmniej w świadomości rodziców. Moich i cudzych. Nawet niektórzy stawiali mnie za przykład, a mój kolega tak się kiedyś wkurzył, że kazał swoim rodzicom mnie adoptować, a jego oddać do domu dziecka. Był nawet skłonny to przeżyć, byle tylko go oddali z wieżą hi-fi :)

Uczyłam się dobrze, ale to właśnie ja nauczyłam całą klasę z podstawówki pluć na odległość i gwizdać na palcach. Ech, ależ ja się wtedy oplułam, żeby posiąść tę przydatną umiejętność. Ja nie wiem dlaczego, ale zawsze jak w szkole ktoś coś zmalował, to wszyscy w pierwszej kolejności patrzyli na mnie. Ale to nic.  Przy naszej podstawówce był spory most, a przy moście szła rura ciepłownicza. Oczywiście biegła na zewnętrz, już poza barierkami i wiadomo, że co większy kozak musiał po niej przejść. Hm, przyznałam się mamie jak już miałam po trzydziestce. Nie chcecie wiedzieć jak się zdenerwowała.

Później, w liceum, na amen unieruchomiłam sprzęt audio w pracowni języka angielskiego. Jako że chodziłam do klasy językowej, to nasz nauczyciel nękał nas tym angielskim przez dziesięć godzin tygodniowo, a w poniedziałki robił nam klasówki ze słuchu.  Sprzęt trzeszczał, chrzęścił, nikt niczego nie kumał i nie słyszał, więc w poniedziałki wszyscy równo chwytali pały.

Nasz nauczyciel trzymał taśmy do tego cholerstwa w metalowej szafce zamykanej na klucz, więc pewnego razu wetknęłam w zamek kawałek zapałki i tym oto sposobem załatwiłam gościa na kilka tygodni, a rzesza uczniów po dziś dzień nie wie, komu zawdzięcza wyższą średnią z Anglika. Cóż, niestety nasze szczęście nie mogło trwać wiecznie, bo w końcu przyszedł pan Zbyszek, czyli nasz woźny i jakoś dobrał się do tej szafki i z powrotem uruchomił w niej zamek. Koszmar powrócił. Poniedziałkowy horror powrócił do klas. Na szczęście, niedługo po tym tragicznym w skutkach zdarzeniu przyjechali do nas Duńczycy na wymianę i szkoła zorganizowała dyskotekę. Zgłosiłam się na ochotnika do pilnowania szatni i jeszcze namówiłam kolegę. Heh, wcale nie dlatego, że nie chciało mi się tańczyć z Wikingami, ale dlatego, że szatnia miała się mieścić w naszej angielskiej pracowni. A tam był ten przeklęty audio sprzęt, a od czasu ponownego otwarcia metalowej szafki, znów w poniedziałki hurtowo posypały się pały.

No tak, do mojego planu był potrzebny ktoś silny, więc skołowaliśmy jeszcze szkolnego osiłka, co rozumem nie grzeszył i przystąpiliśmy do dzieła. Zdjęliśmy tablicę ze ściany, bo tam biegł kabel do głośnika. Przecięliśmy kabel i od razu połatałam go zwędzoną tacie taśmą izolacyjną tak, żeby nic nie stykało. Z wierzchu owinęliśmy go ładnie i koledzy z powrotem powiesili tablicę na swoim miejscu.

Ech! Iluż fachowców nie wzywano na odsiecz. Nawet niektórzy zdejmowali tę tablicę, ale widząc profesjonalnie połatany i zaizolowany kabel, wieszali ją z powrotem. Sprzęt działał, a nie działał. I na tym właśnie polegał geniusz naszego podstępu, bo o ile mi po wielu latach doniesiono, ten głośnik nie działa do dziś. :)

Mam tylko nadzieję, że dyrekcja szkoły nie skojarzy mnie jutro po panieńskim nazwisku. A może jednak, na wszelki wypadek, usunę moje liceum z Facebooka. (?) :)

kolaż 1

 

glowka_Jagny_new

Z dniem dziecka najbardziej kojarzy mi się wyprawa do Zielonej Budki z dziadkiem. Miałam pewnie nie więcej, niż sześć lat, był piękny słoneczny dzień. Taki w sam raz na spacer zalaną słońcem ulicę Rakowiecką prosto do Puławskiej. Dziadek palił „radomskiego”, ja podskakiwałam podniecona wizją lodów w więcej niż dwóch smakach. A tak! W Zielonej Budce były aż cztery smaki, czyli śmietankowe, truskawkowe, pistacjowe i kakaowe, co w tamtych czasach było poczytywane jako rozrzutność granicząca z szaleństwem.

Nas, dzieci PRL-u życie specjalnie nie rozpieszczało, jeśli chodzi o sferę doznań kulinarnych. Czekoladę widywało się głównie na święta i to też nie zawsze a teoretycznie powszechnie dostępne „wyroby czekoladopodobne” były tak pyszne że aż gębę wykręcało. Był głód wszystkiego. W mojej podstawówce hitem były oranżadki w proszku sprzedawane w trójkątnych, papierowych rożkach z wizerunkiem D’Artagnana z popularnej w latach 80’ bajki z pieskami w roli głównej.

Się na taką oranżadkę zrzucało solidarnie z koleżanką i kupowało w pobliskim warzywniaku. A potem szło chodnikiem, ciągnąc worki z kapciami po ziemi i na zmianę maczało brudne, obślinione paluchy w owej oranżadce. Oranżadki zresztą nie zawsze w warzywniaku były, ale i na to kreatywne dzieciaki PRL-u miały rozwiązanie. Chodziło się do apteki po „Visolvit”, który był (podobno) zestawem witamin dla dzieci. W torebce, w proszku, musujące i słodkawe – to wystarczało :)

Raz na jakiś czas szkołą wstrząsała wiadomość: w warzywniaku pojawiły się żelkowe misie! Biegło się z wypiekami na twarzy i nerwowo szukało pieniędzy po kieszeniach. Tak! Stać mnie na trzy! A rumiany Pan Wiesio z namaszczeniem kładł szczypcami na kawałek gazety rzeczone trzy misie, zawijał fachowo i podawał nieletnim klientom, którzy między sobą szeptali z przejęciem, że miśki przyjechały aż z RFN :)

Z tym warzywniakiem wiąże się jedno z moich najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa. Otóż miałam może ze cztery lata i szłam z mamą po zakupy. Uparłam się, żeby zabrać jakiegoś pluszaka w wiklinowym koszyku. I pech chciał, że stojąc z mamą w kolejce przejechałam tym koszykiem jakiejś starszej pani po pończochach, oczywiście drąc je niemiłosiernie. Kobieta zaczęła się awanturować w sposób niewspółmierny do okoliczności i wyzywać mnie od tumanów. Moja matka, grzecznie przepraszając wyjęła z portfela kwotę znacznie przekraczającą wartość pocerowanych pończoch i równie grzecznie poprosiła, żeby kobieta łaskawie przestała się drzeć na dziecko, czyli na mnie :)

Nie powiem, byłam przerażona, zwłaszcza, że kobieta wyrwała mojej mamie pieniądze z ręki i wyzywając ją od chamek dostojnie opuściła warzywniak. A niezastąpiony pan Wiesio wyskoczył zza lady, złapał mnie pod pachy i posadził na świętej ladzie na której stał słoik z żelowymi miśkami. Chwilę pomajstrował szczypcami w środku i położył mi kilka upragnionych żelków na dłoni. Tego dnia czułam się jak królowa warzywniaka :)

A jak już przy pierwszych wspomnieniach jesteśmy, to dziwnym zbiegiem okoliczności dosłownie parę dni temu rozmawiałam o tym z moją matką chrzestną. Ona moje wczesne dzieciństwo pamięta nieco inaczej.

Tu muszę wyjaśnić, że jako niespełna dwuletnie dziecko przejawiałam niezdrową fascynację guzikami. Moja mama twierdzi, że „gui” czyli guzik było pierwszym słowem, jakie wypowiedziałam. Mogłam się bez końca nimi bawić i jakoś nikt się wtedy nie zastanawiał, czy ich nie zeżrę i się nie zadławię.

Feralnego dnia podróżowałam z moją matką chrzestną dość zatłoczonym autobusem. Siedziałam u niej na kolanach. Koło nas stał facet. Trzeba Wam wiedzieć, że wtedy rozporki były z guzików. Namierzyłam gościa i krzycząc radośnie „guzik” chwyciłam go za przyrodzenie :)

kolaż2




Nawigacja


13293187_1163657236998049_1495012031_n

 

Zauważyłam, iż za sprawą postępu dzieje się tak, że człowiek głupieje na starość i co gorsza nic nie może na to poradzić. Choćby w samochodzie.  Jakieś 70 % mojego dotychczasowego żywota spędziłam za kierownicą i nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że można korzystać z wynalazku o nazwie „czujniki parkowania”. Jakoś zawsze człowiek bezpiecznie celował, równo parkował, nikogo nie przytarł, aż tu nagle pojawiły się w zderzaku te małe, upierdliwie piszczące kółeczka. Na początku starałam się udawać, że ich tam nie ma, ale jak udawać, skoro toto nie odróżnia wiechcia trawy od betonowej donicy?  W końcu przywykłam, ale lekko nie ma, bo w kolejnym samochodzie wstawili te przeklęte piszczące kółka również i z przodu. Też wyją, tylko innym tonem, niż te z tyłu i też nie widzą różnicy między trawą a betonem. Idzie zgłupieć.  W końcu przywykłam, do tego błogosławiąc w duchu fakt, że mój babowóz na szczęście jeszcze nie parkuje sam i jeszcze mam co robić, i do czegoś jeszcze jestem potrzebna.

To wcale nie koniec uprzykrzających życie atrakcji, bowiem od niedawna życiem ludzi zmotoryzowanych zawładnęła szeroko pojęta NAWIGACJA.  Jako osoba z dobrze rozwiniętym poczuciem podróżnego azymutu, obśmiałam niegdyś u znajomego elektroniczny kompas wbudowany w lusterku wstecznym i przez kilka lat konsekwentnie ignorowałam inne satelitarne wynalazki, z nawigacją na czele.

Aż do zeszłego tygodnia, kiedy to przyszło mi gościć na Śląsku w dodatku z harmonogramem spotkań dopiętym co do minuty. Od zawsze wiadomo, że w tamtych stronach nie ma żartów, bo wszędzie albo jednokierunkowe, albo remont, albo pod prąd, więc uznałam, że w sumie to się przeproszę z tą nawigacją. W sumie, co mi szkodzi?

Na pierwszy ogień poszedł adres hotelu w Gliwicach. Wpisanie adresu do nawigacji w moim pojeździe graniczy z cudem i wymaga anielskiej cierpliwości oraz sporej koncentracji tudzież refleksu, bo urządzenie złośliwe. Nie daj Bóg ręka człowiekowi drgnie i wszystko na marne.  Na wszelki wypadek, skoro nareszcie wymyśliłam jak to zrobić, zawczasu wpisałam sobie również adresy bibliotek w Czerwionce-Leszczynach i Knurowie. Zawsze to potem łatwiej wybrać adres z listy. Na autostradzie nawigacja powinna być cicho, zatem w drogę.

– Jedź tą drogą- mniej więcej w połowie drogi na prostym płatnym odcinku A4, napomniał mnie damski głos godzien seks telefonu.

– He, mądrala! Ciekawe jak jej pójdzie w Gliwicach- powiedziała Ewa, moja towarzyszka.

– Pewnie lepiej niż nam, bo ja w temacie dróg na Śląsku wolę być pokorna.

Droga upłynęła bez przeszkód, ale gdy minęłyśmy dwa zjazdy w stronę Gliwic, Ewa wyraziła zaniepokojenie:

– Słuchaj, a czemu ona nic nie gada?

– Nie wiem, może się obraziła o ten seks telefon.

Nawigacja rzeczywiście zamilkła i przerzuciła się na system obrazkowy. Naraz jednak odzyskała głos i kazała mi skręcić w lewo na autostradzie.  Ech, żeby chociaż jakiś ślimak tam był, ale nie.

– A może ona nie zna tej drogi? W końcu to wszystko tutaj nowe.

– Możliwe. Pewnie trzeba zaktualizować cholerę.

Ciekawa, czy da się ustawić milszą dla ucha opcję męskiego głosu, trzykrotnie objechałam mój cel w kółko, żeby przy cmentarzu usłyszeć szept nawigacji, że właśnie osiągnęłyśmy cel podróży.

– Zwariowała chyba, to miał być hotel, nie park sztywnych.

Przez przejście dla pieszych przepuściłyśmy kondukt żałobny. I całe szczęście, bo w międzyczasie zauważyłyśmy nasz hotel, skryty w krzakach po drugiej stronie ulicy.

– Jest! Kurczę. Pod hotelem jakoś pogłośnię tę babę. Wprawdzie jeszcze nie wiem jak, ale pogłośnię. W sumie to nawet zegarek mam nadal ustawiony na czas zimowy, bo nie umiem go przestawić. Ale spróbuję.

Istotnie nie było to łatwe. Z zapartym tchem i w pełnym skupieniu zagłębiłam się w coraz to bardziej, i co tu dużo gadać, szczegółowe i coraz bardziej skomplikowane menu. W końcu ustawiłam. Nawet nie wiedziałam, że nie oddycham, w takim skupieniu kręciłam multi-funkcyjnym pokrętłem, ale nareszcie szczęśliwie podciągnęłam głośność na maksa, bo w systemie obrazkowym to jak widać, ja jeździć nie umiem.

Hmm, chyba jednak nie zatwierdziłam zmian, bo do Czerwionki- Leszczyn znów dojechałyśmy za pomocą obrazków, ale na szczęście wcześniej sprawdziłam sobie w googlach, jak wygląda biblioteka i znalazłam ją „na oko” :)

Udało się dojechać na styk, by po fantastycznym, półtoragodzinnym spotkaniu przemieścić się na następne. W Knurowie.  W międzyczasie całkowicie zachrypłam i gotowa pożyczyć ten seksowny głos od nawigacji w panice rozglądałam się za apteką. Vocaler poszedł w ruch. Jedziemy! Knurów, już, już! Czas nagli. Dobrze, że już kiedyś tam byłam, bo ta pinda z komputera znowu ogłosiła strajk i przestała wyświetlać nawet obrazki. Jesteśmy. Dosłownie co do minuty. Jeszcze mi się tabletka nie zdążyła rozpuścić, jak znów przyszło mi gadać. Widownia liczna. Wymagająca. Inteligenta. Mega wyzwanie, a tu z głosem kruchutko. Gdy cudowne spotkanie dobiegło końca, postanowiłam na dobre rozprawić się z wredną kobietą od nawigacji, boleśnie świadoma, że bez pomocy tej elektrycznej baby, za Chiny nie trafię do hotelu. Uf, chyba włączyłam. Powinno być dobrze. Policzyła sobie trasę, więc chyba działa. Wracamy. Wprawdzie znów nie gada, ale przynajmniej pokazuje obrazki, więc ujdzie. Jak coś, to będziemy szukać cmentarza…

Zgodnie z wyświetlanymi parametrami, jakiś kilometr od celu Ewa powiedziała, że poznaje okolicę. Odetchnęłam i sięgnęłam po kolejny vocaler. Za kilka metrów również i ja rozpoznałam otoczenie , w końcu wyluzowałam. Z ulgą pacnęłam dłonią w pokrętło i wyłączyłam przeklętą babę od nawigacji, która pewnie tak jak i ja, na amen straciła głos.

Odprężona wzięłam ostatni zakręt, gdy wtem – z rykiem o natężeniu miliarda decybeli odezwało się ta krowa z satelity:

– Twój cel znajduje się po lewej stronie!!! Brak sygnału z satelity!!!- huknęła franca na cały regulator.

Dobrze, że byłyśmy przypięte pasami, bo inaczej wybiłybyśmy głowami dziury w dachu i również wylądowały na cmentarzu.  Jak coś, na wszelki wypadek miałyśmy w bagażniku kilka bukietów. :)

Poniżej fotorelacja z dwóch cudownych spotkań autorskich. Niniejszym dziękuję za zaproszenie, liczny udział oraz cudowną atmosferę. Po prostu Was kocham <3 i zdzierżę nawet nawigację :)

13 maja 2016 – Biblioteka w Czerwionce- Leszczynach

kolaż1

kolaż2

13 maja 2016- Biblioteka w Knurowie

kolaż1

kolaz2




Elektryka prąd nie tyka


13279432_1161938593836580_1582512296_n

Tak przynajmniej mówią a ja nie mam podstaw, żeby nie wierzyć. Pan Darek, który przy okazji każdego remontu grzebie w moich domowych instalacjach ma się świetnie.

Czyli muszą istnieć ludzie, których prąd lubi a ponieważ świat nie znosi pustki, muszą być też tacy, których prąd ma w głębokiej pogardzie. I ja Wam zaraz udowodnię, że należę do tej drugiej kategorii i jestem jaskrawym przykładem prądowej nietolerancji, by nie powiedzieć dyskryminacji.

Jeśli komukolwiek walnie żarówka przy włączeniu światła to zawsze jestem to ja. Strzelają sobie te żarówki radośnie w kuchni, sypialni, w łazience, na klatce schodowej a nawet w akwarium. Regularnie wysadzam też korki a zapewniam Was, że nie robię niczego podejrzanego. Co więcej, niezrozumiała nienawiść prądu do mojej skromnej osoby rozciąga się na wszystkie urządzenia, które ten piekielnik ma w swojej władzy. I oczywiście zawsze wszystko się sypie w najmniej oczekiwanym momencie.

Kiedyś nowy piekarnik nawalił, to znaczy tuż po zamontowaniu zwyczajnie nie ożył . Dzwonię na infolinię, mówię co i jak.

– Ale to nie ma prawa się zepsuć proszę pani – odpowiada pan technik.

Zęby zaciskam, podążam za wskazówkami technika i oczywiście nic z tego nie wychodzi. Po kilku dniach przychodzi serwisant. Drapie się po głowie, myśli, kombinuje.

– Programator by nawalił? Ale w nowym? Niemożliwe.

No jak niemożliwe, jak możliwe? Nie takie rzeczy są dla mnie możliwe. Panie kochany ja nawet umiem tak kanał w telewizorze przełączyć, że jest czarny ekran a dźwięk słychać, albo tak, że jest obraz jednego kanału i dźwięk z poprzedniego! A czasem pilot kompletnie nie reaguje na moje polecenia. Rzucam się wymieniać baterie a w tym czasie mąż przechwytuje owo szatańskie urządzenie i spokojnie zaczyna zmieniać kanały. A ja stoję w progu pokoju z bateriami w garści i przekleństwem na ustach.

A wracając do piekarnika. Pan serwisant wymienił niesprawną część, zademonstrował, że wszystko działa i sobie poszedł. Cała zadowolona postanowiłam go włączyć. I co? Korki huknęły aż miło. Doprowadzona do furii dzwonię po pomoc do pana Darka.

– Oj pani nic nie rusza, bo to jak nic jakieś zwarcie.

No więc nie ruszam. Po godzinie zjawia się elektryk. Włącza jednym palcem piekarnik a korki w milczeniu współpracują. Pan Darek zagląda w ich czeluść i chwilę coś tam sprawdza.

– Ale tu wszystko w porządku jest – mówi, a ja wiem, że uważa mnie chyba za wariatkę, tylko przez grzeczność nic nie mówi.

Czasami psuję coś tak, że pada na amen, tak jak mój stary laptop. Ot zgasł sobie i po nim. No to ja w lament, bo jak pisać bez komputera? Mąż, jak zwykle przy okazji moich awarii elektryczno-elektronicznych jest gdzieś tam w świecie w delegacji. Dzwonię, jęczę, pytam retorycznie – jak żyć?

– Stary był, miał prawo się zepsuć – kwituje mąż, chyba głównie po to, żeby babskich lamentów nie słuchać.

Sprzęt faktycznie nie młody, naprawiać pewnie się nie opłaca. Zapada decyzja. Kupujemy nowy. Stary walnęłam do jakiejś szafki i więcej do niego nie wracałam, choć w środku zostało parę rzeczy, które wolałabym odzyskać. I tak z rok zleciał. Pewnego dnia mój mąż szukał czegoś w rzeczonej szafie i przy okazji odnalazł stary komputer.

– O! Zupełnie o nim zapomniałam – ćwierkam radośnie. – Może by go tak dać do jakiegoś magika od odzyskiwania danych?

Mąż bez słowa wyciągnął zakurzony sprzęt i ustawił na stole. Nacisnął jeden przycisk a komputer bez protestu ożył. Mąż popatrzył na mnie dziwnie i chyba nawet trochę poczerwieniał na twarzy. A komputer odziedziczyła moja mama. Służy jej bez najmniejszego problemu :)

Psuję aparaty fotograficzne, suszarki, blendery, wszystko co ma związek z prądem. Gdy jedziemy gdzieś samochodem, to mąż patrzy z obawą za każdym razem, gdy mój palec zbliża się do radia. Ale to wszystko to pikuś w porównaniu z tym co mam z telefonami. Ciągle się psują, zawieszają, coś im się kasuje, same dzwonią albo nie dzwonią wcale. Budzik dzwoni kiedy chce, albo nie dzwoni w ogóle. Czasem dostaję sms-y po roku od wysłania go przez nadawcę a bywa, że moje nigdy nie docierają do adresata.

Kojarzycie taki sen, że się biegnie i stoi w miejscu, albo porusza się bardzo wolno? I oczywiście prawie zawsze ktoś groźny nadbiega z tyłu. No to ja regularnie śnię taki koszmar, że muszę gdzieś zadzwonić i to jest sprawa życia i śmierci. I oczywiście stukam palcem w telefon, otwiera się milion rzeczy, ja się przez nie przedzieram, czas ucieka i nie mogę zadzwonić. Koszmar, mówię Wam 😀

Nietrudno więc zgadnąć, że swój elektroniczny numer stulecia wywinęłam właśnie przy pomocy telefonu. Tego zdradzieckiego, cholernego telefonu.

A było to tak. Jakiś czas wcześniej, przed właściwą akcją, poznałam przemiłą dziewczynę, mieszkającą w Polsce Irlandkę. Poznałyśmy się przez naszych mężów, którzy to z kolei poznali się w sferach zawodowych. Dziewczyna nie miała wówczas zbyt wielu znajomych, więc przylgnęła do mnie od razu. Co tu dużo gadać, polubiłyśmy się od pierwszego wejrzenia. Dwa razy umówiłyśmy się na mieście aż przyszedł czas na „udomowienie” nowej koleżanki. Umówiłyśmy się, że przyjedzie do mnie (wraz z małym synkiem w wózku) metrem i przechwycę ją na stacji metra. Przed wejściem na swoją stację miała mi puścić sms-a, że już jedzie.

No i super. Chałupa wysprzątana, lasagne w piekarniku czeka na podgrzanie. Przychodzi sms, więc powoli się ubieram, jednocześnie pisząc wiadomość, że zaraz wychodzę. W połowie pisania telefon zaczyna wariować. Ale jak malowniczo! Wyłącza się i włącza raz za razem. W kółko i bez końca.

Zadowolona z własnego pomysłu wyjęłam dziadowi baterię. Poczekałam chwilkę, zamontowałam ponownie. Telefon ożył… i po chwili powrócił do niekończącego się resetowania. Czas mijał, więc wrzuciłam wyśpiewujący bez końca melodyjkę startową telefon do torebki i pobiegłam do metra. Czekam. Wjeżdża jeden pociąg, potem drugi, trzeci. Jak okiem sięgnąć żadnej dziewczyny z wózkiem. Wyszłam na schody, przy których miała na mnie czekać. Chwilę postałam, oczywiście cały czas mocując się z telefonem. Potem uznałam, że muszę natychmiast wracać do domu i odzyskać utraconą łączność z koleżanką przy pomocy telefonu stacjonarnego. Wbiegłam z rozwianym włosem do domu, łapię za słuchawkę i w tej samej chwili spływa na mnie bolesna świadomość. Przecież jedynym miejscem, gdzie jest zapisany numer Irlandki jest szalejący bez chwili przerwy telefon. Opadły mi ręce, ale umysł gorączkowo zaczął szukać rozwiązania. Mam! Zadzwonię do męża, który w tymże czasie przebywał na arcyważnym szkoleniu gdzieś w Anglii. On pewnie ma w swoim telefonie numer do niej! Przytykam paluch do klawiatury.

Eeeee… więc właściwie to jaki numer jest do niego?

Rzuciłam się do teczki z dokumentami, wytrząsam papier za papierem na podłogę. Jest! Umowa abonencka, niżej numer. Wklepuję. Dzwonię. Poczta się włącza. Dzwonię ponownie. Nie odbiera. Kolejna świetlana myśl – sms-a mu wyślę, że bardzo ważną sprawę mam. Oh wait… sms-a stacjonarnym? Może jeszcze selfika sobie strzelę? Zaśmiałam się ponuro i właściwie nie bardzo wiedząc co dalej ze sobą robić, zaczęłam raz za razem bezmyślnie wstukiwać mężowski numer. A nuż się uda?

Co w tym czasie działo się u koleżanki? Otóż puściła mi sms-a, że jest, że po drugiej stronie stacji widzi windę, wjedzie na górę, i tam się spotkamy. Zaniepokojona moją nieobecnością i milczeniem postanowiła zadzwonić do mojego męża, ale potem sobie przypomniała, że nie ma do niego numeru. Zadzwoniła więc do swojego męża, który był na arcyważnej konferencji w Stanach. Mąż też się zmartwił co się ze mną stało i zadzwonił do mojego męża do Anglii. Ten, jak się domyślacie zaczął wydzwaniać na moją komórkę, która dalej skręcała się w konwulsjach na kuchennym blacie. Na stacjonarny nie miał prawa się dodzwonić, bo przecież ja, jak nienormalna dzwoniłam do niego. Co więcej, coś kiedyś w nim popsułam i jak ktoś dzwonił a było zajęte, to od razu włączała się poczta głosowa.

Zdenerwowany mąż postanowił więc zadzwonić do mojej matki, która oczywiście natychmiast zaczęła dzwonić do mnie na komórkę i na stacjonarny i podobnie jak mężowi – nic jej z tego nie wyszło. Postanowiła więc zadzwonić do mojej siostry. Siostra niewiele myśląc założyła buty i przybiegła do mnie, cały czas próbując rzecz jasna dodzwonić się na moją komórkę i stacjonarny.

Siostra zastała mnie nad setną próbą dodzwonienia się do męża. Wpadła z obłędem w oczach i od progu wysapała.

– Żyjesz?

Żyłam, a jakże, właściwie to wewnętrzna furia tak mną targała, że żyłam bardziej niż zwykle :)

Namierzyłam jej telefon i rzuciłam się jak harpia. W połowie lotu zorientowałam się, że przecież siostra nie może mieć numeru do mojej koleżanki, której nawet nie zna. Zadzwoniłyśmy więc do mojego męża do Anglii, który zadzwonił do męża koleżanki do USA a tamten podał numer, który potem przyszedł do mojej siostry sms-em z Anglii :)

Po przeszło godzinie międzykontynentalnych poszukiwań zlokalizowałam dziewczynę po drugiej stronie stacji metra. Pobiegłam jakby mnie diabeł gonił, osierocając restartujący się telefon tam, gdzie go poprzednio rzuciłam. Siostra popukała się wymownie w czoło i poszła do domu. A ja gnając chodnikiem myślałam, że w sumie to szczęście, że mój telefon daje tak wyraźne dowody swojego szaleństwa, to pokażę go koleżance, żeby nie myślała, że jakaś psychiczna jestem. Ujrzałam ją koło windy, już dobiegając do niej zaczęłam się kajać i opowiadać co cholerny telefon mi wyciął. I jeszcze rzuciłam coś w stylu, że pokażę jej ten fenomen, gdy tylko dotrzemy na miejsce.

Wchodzimy do mieszkania. Odruchowo spojrzałam na zdradziecki telefon. Leżał sobie cichutko na kuchennym blacie. Zamrugałam oczami z niedowierzaniem. Usadziłam koleżankę nad kubkiem herbaty z mlekiem i drżącą ręką sięgnęłam po telefon. Spróbowałam włączyć i uwierzcie mi, że nieomal odetchnęłam z ulgą, gdy nic się nie stało.

– Baterię wyjmij – poradziła znajoma.

Tak też zrobiłam, jednocześnie opowiadając jej, ileż razy czyniłam to wcześniej. Po chwili telefon mrugnął do mnie filuternie i pisnął informacyjnie, że jest w stanie pełnej gotowości do działania. Zamarłam a on w tym czasie zaczął raz za razem generować dziwne dźwięki.

– Aha! – powiedziałam triumfująco a po chwili się zamknęłam, gdy tylko dotarło do mnie, że to hurtowo spływają powiadomienia o setce nieodebranych połączeń :)

Aby przerwać tę ze wszech miar krępującą scenę zaczęłam wyciągać talerze.

– Upiekłam dla ciebie pyszną lasagne – powiedziałam chcąc zamazać w pamięci trudne początki tego spotkania.

Koleżanka się nie skarżyła, ale po godzinnym czekaniu przy stacji metra po prostu musiała być głodna. Rzuciłam się do piekarnika i włączyłam go.

A potem rozległ się huk wysadzonych korków 😀




Dobre maniery


 

Ktoś mądry kiedyś doszedł do wniosku, że to, co jest w życiu najlepsze, jest niezdrowe, niemoralne albo tuczące. Do tego dodawszy sobie to, co człowiek sam wymyślił, żeby w ramach jakiejś bliżej nieokreślonej idei uprzykrzyć i utrudnić sobie życie, to mamy przedsmak niezrozumiałej dla mnie pokuty. Od tysiącleci wiadomo, że od czasu do czasu post jest zdrowy i z tym polemizować nie zamierzam, ale niech mi ktoś łaskawie wytłumaczy- dlaczego mlaskanie przy stole jest niestosowne? Przecież jak komuś smakuje to usta mlaszczą same. Owszem, przy konsumpcji przydrożnych trocin o smaku kurczaka zmielonego wraz z kurnikiem za bardzo ze smakiem mlaskać się nie da, ale dlaczegoż by tak, z braku serwetki, elegancko nie wytrzeć sobie ust rękawem.

Rękaw rzecz ważna, bo jak sama nazwa wskazuje jest zawsze pod ręką, a jak się pobrudzi keczupem to zawsze go można podwinąć. Skoro już jesteśmy przy jedzeniu, bo na tym mam zamiar się skupić, to niby dlaczego przy stole nie wolno się podpierać na łokciu, skoro podparcie głowy na ręce jest ze wszech miar cudownym odciążeniem kręgosłupa szyjnego, który przez pół doby non stop dźwiga naszą głowę. O, proszę, mam następny nonsens. Jedz widelcem i nożem, i trzymaj łokcie przy sobie. Łokcie obowiązkowo poza stołem! Ja nie wiem skąd się to wzięło, bo przecież najwygodniej jest z łokciami na blacie, czyż nie?

Podejrzewam, że genezy należałoby upatrywać w jakimś pradawnym wymiarze szczególnie dotkliwej kary, bo przecież nie ma na świecie bardziej niewygodnego sposobu jedzenia niż jedzenie widelcem i nożem z opcją trzymania łokci wąsko, przy żebrach. Kto zafundował współczesnej ludzkości takie okropne tortury? Spójrzmy choćby na Onufrego Zagłobę. W końcu szlachcic pełną gębą, a kto jak nie szlachcic miał się znać na dobrych manierach?

Zamykam oczy i widzę jak zatapia zęby w rumianej cielęcej giczy… tłuszcz spływa mu spomiędzy palców, ślina kapie z wąsów. Pamiętacie? A jak już wspomnianą giczołę  imć ogołocił do kości, to na oślep ciskał tą kością gdzie popadło i nawet się niespecjalnie przejmował czy przypadkiem kogoś przy okazji nie zabił. Następnie ocierał usta rękawem kontusza czy innej ówczesnej garderoby i siorbiąc na całą karczmę zapijał jakimś trunkiem, który obowiązkowo wlewał mu się za dekolt! Już widzę jak dziś, w każdej jadłodajni, na takie zachowanie wszystkie smartfony idą w ruch, a za kwadrans robi się korek w dodawaniu tego samego sensacyjnego filmiku na YouTube. Może z knajpy od razu by nie wyrzucili, ale na przyszłość czarny bilet prawie murowany. Mądrale. Kilka dekad już mam nastukanych na licznik, ale niech się znajdzie ktoś mądry i mi wreszcie pokaże, jak widelcem i nożem elegancko, w skuteczny sposób zjeść ćwiartkę kurczaka(?). O! Albo mule?

Tu pomijam aspekt szkodliwej dla organizmu chemicznej reakcji będącej wynikiem zetknięcia potrawy z metalem oraz wrodzone wyluzowanie ludów nawykłych do ciepła. Nieraz widziałam, w tak zwanym eleganckim lokalu, jak sztywny konsument gonił widelcem muszlę po talerzu, co zwykle kończyło się plamą na spodniach lub ewentualnie niekontrolowanym odpryskiem w stronę równie sztywnych współbiesiadników.

No właśnie! Zapomniałam jeszcze o tym, żeby przy stole nie garbić się i siedzieć prosto. No, ale jak siedzieć prosto skoro najwygodniej jest na lekko zgarbionym luzaczku?

Kolejny kwiatek mam. Ostatnio czytałam o tym, że zakładanie nogi na nogę jest szkodliwe, bo od tego robią się żylaki. Ale jak? Tak normalnie rozpłaszczyć uda na siedzeniu i siedzieć tym rozpłaszczonym plackiem jak uczennica?! Plecy prosto. Pełny pion, serwetka i łokcie. Pamiętamy, żeby nie ciamkać ani nie siorbać. To już znamy.

Uff, ależ się rozpisałam, ale pod koniec chciałam jeszcze przytoczyć kolejne kuriozum, czyli zakaz czytania przy jedzeniu. Ja rozumiem, że w towarzystwie nie wypada, ale samemu? Po co tracić osobno czas na dwie miłe czynności, skoro można je wykonać równocześnie. :)

Kto czyta przy jedzeniu? W szeregu zbiórka i do raportu!

P.s. Na potrzeby tego felietonu spróbowałam przed chwilą wyprostować plecy, podeprzeć brodę i jednocześnie czytając, co napisałam, z łokciami w okolicy żeber zjeść widelcem i nożem nóżkę z kurczaka… Polecam. :)




Tornado 6


Cóż, muszę przyznać, że skończyły mi się pomysły i na koniec dnia pies pokonał mnie swoją żelazną konsekwencją i sprytem. Definitywnie zrezygnowaliśmy z umieszczenia go przy budzie, a zresztą i tak pewnie po jednym dniu bym zmiękła, zatem jakoś przełknęłam tę sromotną porażkę.

Skoro plany z budą okazały się fikcją, trzeba było wdrożyć plan B. Czyli regularne spacery oraz docelowo, pobyty psa w ogrodzie. Jeszcze raz dokładnie sprawdziłam szczelność ogrodzenia, mąż przymocował obluzowaną sztachetę i nasze życie pomału zaczęło wracać do normy. Dzieci zaaklimatyzowały się w szkole i dumnie puszyły się przed całą klasą, że ze szkoły odbiera je mama z psem. Tornado swoim cielęcym spojrzeniem i poczciwym pyszczyskiem na wejściu obłaskawił srogą panią woźną, i jako jedyny czworonóg w historii owej szkolnej placówki mógł swobodnie wchodzić nawet do szatni, a pani dyrektor powitała nas słowami „Ojej, jaki śliczny piesek!” Obskoczony przez rzeszę dzieciaków, szczęśliwy wdzięczył się jak gwiazdor na scenie i z dnia na dzień zyskał sobie rzeszę popleczników, którzy za nic w świecie nie chcieli mi uwierzyć jaki z niego cwany numer.

Jako że, w końcu otrzymał identyfikator z numerem mojego telefonu, choć właściwie to nie wiem po co, bo większość mieszkańców dzielnicy, po ostatniej akcji zna mój numer na pamięć, poza spacerami, mógł wreszcie zaznać nieco swobody w ogrodzie. Ja również, ponieważ Tornado upatrzył sobie we mnie swoją opokę i zaczął chodzić ze mną nawet do toalety. Nie odstępował mnie na krok, a mnie pomału zaczęły dopadać pierwsze oznaki manii prześladowczej. Po kilku dniach moja psychika siadła. Poczułam się śledzona, osaczona i inwigilowana przez psa, który skutecznie wtargnął w moją życiową przestrzeń ograniczając mi tlen i swobodę funkcjonowania. Na szczęście wyzdrowiał, zaliczył już większość szczepień i można było pomyśleć o kastracji, ale cóż, musiało jeszcze minąć kilka tygodni kwarantanny.

Pewna, że Tornado już się do nas przyzwyczaił, wypuściłam psa do ogrodu a sama zasiadłam z komputerem na tarasie, żeby w końcu trochę popracować. Minęło może pięć minut, jak doszło mnie szczekanie psa. Tylko niech mi kto powie, jakim cudem ten gad znalazł się w ogrodzie sąsiada? No jasne. Kompostownik. Pies sobie wskoczył, później przez siatkę i sruu… do sąsiadów. No pięknie. I co dalej? No jak to, co? Zagnałam psa z powrotem do domu i przystąpiłam do akcji przeniesienia kompostownika w jakieś miejsce bardziej oddalone od ogrodzenia. Ale to nie takie proste, bo do tego potrzeba było przynajmniej Goliata, by ruszył toto z miejsca, więc zmobilizowałam męża do pomocy. Kompostownik ani drgnął, więc nie było innego wyjścia jak podwyższyć w tamtym miejscu ogrodzenie. Klasyka. Castorama i do dzieła. Do wieczora parkan został skutecznie podwyższony. Nie ma siły, żeby go przeskoczyć choćby i o tyczce, więc pies, po raz kolejny tego dnia, wylądował na próbę w ogrodzie. Tę próbę zaliczył pozytywnie.

W międzyczasie przyszli do nas znajomi, Tornado zaprezentował się jak urodzony showman, a oni na wieść o jego wyczynach spojrzeli na mnie jak na wariatkę. Że co? Niemożliwe, taki słodziutki, malutki piesio? Przesadzasz, kobieto, przesadzasz…

No tak. Nie sądziłam, że kiedyś dojdzie do tego, że ludzie przestaną wierzyć nam, tylko psu, ale Tornado właśnie wyraził chęć wyjścia na zewnątrz po raz kolejny. Oczywiście cały czas czujnie nadstawialiśmy ucha, czy aby nie szturmuje świeżo zamontowanych paneli przy kompoście, ale na szczęście nic takiego się nie stało. Nareszcie odetchnęliśmy z ulgą.

Tak, do chwili, gdy kolega nie wyszedł do ogrodu na papierosa.

– Słuchajcie? A dlaczego wasz pies biega u sąsiadów?

No tak, śmietnik. Tu na szczęście nie trzeba było już żadnych akcji specjalnych i dodatkowych wydatków. Wystarczyło tylko odsunąć kubeł na śmieci od płotu. Najpierw odsunęliśmy o metr. Po chwili namysłu, o dwa. Po czym spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo i na wszelki wypadek schowaliśmy trampolinę do garażu.

Znajomi chyba w końcu uwierzyli :)