Tornado 9

Tornado 9

image_pdfimage_print

Naczelny balowicz RP

No tak… sama chciałam… to mam. Ale skąd ja mogłam wiedzieć, że u zwierzaków imię ma wpływ na charakter? Dziś, z perspektywy czasu dostrzegam, że rzeczywiście tak jest. Tornado przecież nauczył się latać, a Frykas był jedynym kocim niejadkiem, jakiego znam. A Wy znacie kota, za którym trzeba biegać z surową polędwicą wołową i prosić gada, żeby łaskawie coś zżarł? Ja nie. Kiedyś, po grubszym remoncie przyszedł do nas do domu gość od alarmów. Tu chałupa czyściutka, wypicowana, nowe meble i na to wchodzi nasz wynędzniały kot Frykas. Zimą to jeszcze pół biedy, bo miał większe futro i jako tako się prezentował, ale latem wyglądał jak morzony głodem, zabiedzony pokurcz.

– No, fajnie. Chałupa jak nowa, ale co ten kot taki chudy? Jeść mu nie dajecie, czy co?- zapytał facet od alarmów, a ja, jak jakaś głupia zaczęłam się gęsto tłumaczyć, że to kot niejadek.

Ale wracając do pozostałych czworonogów to kot Behemot kochał wodę, jak na mitycznego potwora z głębin morskich przystało. Potrafił godzinami łazić po deszczu i taplać się w kałużach. Nie zliczę, ile razy wrócił do domu mokry jak chluszcz i trzeba go było wykręcać :)

Kapsel – to imię miało brzmieć niewinnie, ale też nam nie wyszło, bo przerośnięty, nieletni kocur tegoż imienia notorycznie zrzuca donice z parapetów, wywraca krzesła, biega po ścianach i przy okazji, kilka razy dziennie włącza światło w kuchni, bo klepie łapami w wyłącznik na wysokości półtora metra od podłogi. O Szajbie już nawet teraz nie wspominam, bo z nią jest urwania głowy na kolejne trzy felietony, ale sugerując się imieniem, możecie sobie wyobrazić, jaki ja z tą kicią mam krzyż pański. No i oczywiście latający Tornado do kompletu.

Niedawno przypomniał mi się jego pierwszy wakacyjny pobyt u moich rodziców. Normalni ludzie, jadąc na wakacje do ośrodka położonego w lesie, zazwyczaj zabierają psa ze sobą. U nas, niestety nie wchodziło to w rachubę, zatem zaangażowałam rodziców do pomocy. Lato na działce sprzyjało tymczasowej opiece nad psem, ale to też wymagało przemyślanych i daleko idących przygotowań. W końcu wykonać profesjonalne zasieki na kilkunastoarowej posesji rodziców wcale nie było rzeczą łatwą ani tanią, zatem wpadłam na pomysł stulecia. W przebłysku geniuszu kupiłam na allegro elektrycznego pastucha i całą sobotę spędziliśmy na rozstawianiu elektrycznego ustrojstwa.

W końcu zadziałało, ale tylko do czasu, kiedy po naszym odjeździe mój tata mi doniósł, że elektryczny pastuch nie działa, i że kupiłam jakieś badziewie.  A my właśnie w drodze na urlop…, a oni 100 kilometrów od nas. No to ja za telefon. Do dziś pamiętam, jak po całości zrugałam dostawcę pastucha, że sprzedaje jakieś wielkie gie i zażądałam nowego zasilacza. Musiałam brzmieć przekonywująco, bo sprzedawca niezwłocznie dosłał nowy i jeszcze przepraszał. Dopiero po latach przejrzałam podstęp mojego taty, który w obawie, żeby psa prąd nie połaskotał, rozłączył styki w tym pierwszym zasilaczu.  Ech, po powrocie sprzedałam pastucha właścicielowi hodowli danieli i pastuch działa do dziś, ale za to moja mama, na wyjazdach na działkę, całymi dniami towarzyszy psu i zapewnia mu warunki niczym w sanatorium. Razem chodzą na spacery, odwiedzają znajomych, czytają książki i oglądają seriale. Tornado jest przeszczęśliwy i jak tylko widzi moich rodziców, od razu jest gotowy do przeprowadzki na wieś. Choćby i w grudniu.

Heh, chyba nie daliście się zwieść tą wiejską, wakacyjną sielanką, prawda?  Tornado nawet pilnowany przez 24 godziny na dobę potrafi dać nogę i moich rodziców nie mogły ominąć żadne z tym związane atrakcje.  Proste. Jest Tornado, jest akcja :)

Pies, na okoliczność wyjazdów, oczywiście otrzymał tymczasowy identyfikator z wiejskim numerem telefonu oraz potrójną obrożę na kleszcze, bowiem mama jest osobą zapobiegliwą. W czasie pierwszego pobytu tylko raz zwiał i do dziś nie wiadomo którędy, więc pewnie wziął płot szturmem i po prostu przeskoczył, ale tydzień później centralnie dał czadu na odpuście…

Nie chcąc zostawić psa w domu, tata postanowił zabrać go na procesję z okazji Bożego Ciała. Zapakował kochanego Tornisia do samochodu i razem z mamą pojechali do oddalonego o dwa kilometry kościoła. Mama weszła do środka, tata natomiast zaparkował tuż przed kościołem i uchyliwszy w aucie szybę, stanął po drugiej stronie samochodu i podczas mszy pilnował psa. A przynajmniej tak mu się wtedy wydawało. Nie wiedział jeszcze, że Tornado doskonale, w kilka sekund, uchyla samochodowe szyby…

Mniej więcej w okolicy końca kazania tata profilaktycznie zerknął do środka, czy psu aby nie za ciepło, mimo że auto w cieniu.

– Kurde! Gdzie jest pies?!

Trzy razy sprawdził. Nawet w bagażniku. Nie ma. No, ale jak nie ma, to pewnie ktoś go znajdzie i będzie dzwonił a telefon w domu, a w domu nikogo nie ma. Komórka z psiego identyfikatora też w domu, więc tata od razu wskoczył za kółko i pognał do domu po komórkę. W nerwach prawie drogę pogubił i zapomniał, gdzie ma klucze, ale w końcu udało mu się wrócić, mniej więcej na ogłoszenia parafialne.

Widok jego oczom ukazał się przedni. W miejscu, gdzie wcześniej stał samochód taty, teraz siedział Tornado i grzecznie czekał. Jak widać, oddalił się tylko na małe zakupy na odpustowym straganie. Według relacji rodziców bosko się prezentował z różową wstążką na szyi i trzema balonikami przyczepionymi do obroży.

– Wiesz, on wyglądał jakby z imprezy wrócił!- relacjonował później tata, a ja myślałam, że żartuje. Niestety mama potwierdziła.

Istotnie, Tornado z balonami wyglądał jak Naczelny Balowicz RP! :)

Comments are closed.