Wiwat szkoła!

Wiwat szkoła!

image_pdfimage_print

Wakacje nieubłaganie zbliżają się do końca. Czas, jak wiadomo, jest względny a ja na swój użytek stworzyłam sobie takie twierdzenie matematyczne:

1L = 7W

Gdzie L to dzień listopadowej pluchy a W dzień słonecznych wakacji. Otóż w wakacje czas pędzi siedem razy szybciej, niż w szare, paskudne dni.

Zapytacie, co mnie tak na matematykę nagrało?

Szkoła, kochani! Szkoła już za pasem. Płaczą dzieci, płaczą nauczyciele i cieszą się rodzice 😀

Należę do tej ostatniej kategorii, więc w sumie początek szkoły powinien być dla mnie dniem radosnym (i po części jest), ale na tym dobrym nastroju kładą się cieniem wspomnienia moich własnych szkolnych dni. Czasy to były zamierzchłe i dzikie. Kto chodził do szkoły za PRL-u, ten doskonale o tym wie :)

Pamiętam, jak dziś, swój pierwszy dzień w szkole. Tornister sraczkowaty w kolorze i z naszytymi odblaskami. Ja, taka nieduża pod tym tornistrem idę koło mamy wielkim, szkolnym korytarzem z gigantycznymi drzwiami i jeszcze większymi oknami na końcu tego przerażającego tunelu. Mama wpycha mnie do sali i zostaje brutalnie wyproszona. A z nią pozostali rodzice, zdaniem nauczycielki, najwyraźniej niepotrzebnie zaaferowani pierwszym dniem w szkole ich dzieci.

Ubrana w zieloną garsonkę kobieta wpija spojrzenie w gromadkę maluchów a potem ustawia je karnie w dwuszeregu pod tylną ścianą i zaczyna PRZEMOWĘ, z której siedmiolatki kompletnie nic nie pojmują. Czas mija ale kobieta dalej coś gada. Oj, jak mi się chce pić! Marzę o tym, żeby wyjąć bidon z herbatą z tornistra, ale nic z tego nie będzie. Moje rzeczy stoją przy szkolnej ławce a ja stoję wraz z innymi dziećmi pod szafą i nerwowo łykam ślinę.

I nagle mdleje jeden z chłopców. Wpada w kosz na śmieci. Wszyscy odsuwają się z odrazą. Ja też. Patrzę nerwowo.

– Jakiś słaby ten kawaler! Albo się wygłupia! – komentuje nauczycielka.

Spoko. Już do końca podstawówki, czyli przez następne osiem lat chłopak nie będzie miał życia, ale wychowawczyni to kompletnie nie interesuje. Machnięciem ręki w końcu zezwala na zajęcie miejsc w ławkach.

Dopadam do drugiej w szeregu i z spode łba obserwuję nowe koleżanki. Jakoś tak się udało, że dzieci zajęły miejsca obok znanych sobie osób. Wszyscy mieszkamy w kwadracie tych samych ulic. Znamy się. Mamy swoje sympatie i antypatie. Ogólnie jest nieźle, choć rodziców brak. Dobieramy się w małe grupki i z wiarą w miłe życie w szkole spoglądamy nauczycielce ufnie w oczy. A ten smok wawelski nadyma nozdrza i przez kilka chwil wpatruje się w nas.

– W każdej ławce ma siedzieć jedna dziewczynka i jeden chłopiec! Proszę się natychmiast przesiąść!

Wszyscy się podnoszą a ja w panice zerkam na potencjalną parę. Potykam się o kolegę, który wcześniej zemdlał w koszu na śmieci i czuję, że przebywanie obok niego jest słabym pomysłem. Nauczycielka najwyraźniej jest innego zdania.

– Wy dwoje! Zapraszam do pierwszej ławki!

Tak zaczęła się moja walka o istnienie w szkole 😀

W tamtych zamierzchłych czasach dzieci były dla szkoły a nie szkoła dla dzieci. Powiem więcej, dla niektórych nauczycieli byliśmy kłopotliwym dodatkiem do ich pracy. I oczywiście nie raz dawali nam to odczuć.

Jedną z najbarwniejszych postaci mojej podstawówki była pani od polskiego. Niewielka, korpulentna z ogromnym pierścieniem na palcu prawej dłoni. Gdy po latach czytałam Harry’ego Pottera, to wypisz, wymaluj profesor Umbridge. W pierścieniu był duży kamień, ale raczej niezbyt szlachetny. Bardzo się zdziwiłam, gdy zobaczyłam, że nauczycielka nosi ów pierścień zwrócony oczkiem do wnętrza dłoni. Zastanawiałam się, po co nosić pierścionek, którego nie widać. Sprawa wyjaśniła się już na pierwszej lekcji. Gdy w klasie podniósł się delikatny szmer, polonistka zaczęła walić upierścienioną łapą w biurko z taką mocą, że szyby drżały.

– Kto mi tam partyzantkę sieje? – krzyczała z czerwoną ze złości twarzą.

Miewała też lepsze dni. Czasy były, jakie były, nikogo los nie rozpieszczał a oczkiem w głowie polonistki była córka. Roztaczała nam wizję dorosłej już panny, która była mądra, świetna i generalnie żadne z nas nie miało szans jej nawet do pięt dorosnąć.

– Jesteście bandą matołów! – mówiła z dobrodusznym uśmiechem. – O! A Nowacki to pewnie będzie jak jego ojciec ziemniaki na bazarze sprzedawał – dodawała wskazując upierścienioną dłonią na chłopaczka z odstającymi uszami. – A moja córka, nie chwaląc się, pracuje w Anglii… w pralni…

Autentyczna duma zawarta w jej głosie na jakiś czas wyrobiła we mnie przekonanie, że praca w pralni w Anglii jest największym z możliwych awansów w życiu człowieka i po cichu myślałam, że nauczycielka musi być prawdziwą szczęściarą :)

Barwnych postaci w szkole podstawowej było więcej. Ot choćby lubiana przez wszystkich pani od plastyki, która została panią od plastyki po tym, jak okazało się, że z różnych przyczyn alkoholowych nie ma siły być dłużej panią od WF-u. Pobieżnie i pospiesznie przygotowana do wskrzeszania w dzieciach talentów w dziedzinie sztuk pięknych, zapisała się w mojej pamięci wspaniałym powiedzonkiem, które po cichutku sobie powtarzałam smakując zakazane słowa na języku.

Pani łatwo się irytowała i często strofowała dzieciaki za co tylko się dało. Zawsze i tym samym tekstem.

Jak cię kopnę w dupę, to ci gówno oczy zachlapie!

Dzieciaki autentycznie ją uwielbiały 😀

Była też pani od ZPT, czyli zajęć technicznych. Światowa mistrzyni w motywowaniu dzieci, niepewnych swoich talentów w dziedzinie szycia poduszeczek na igły i dziergania siatek na zakupy z włóczki. Brała w dwa palce dzieło i patrzyła na nie z wyraźną odrazą.

– Jak tak patrzę Lewandowska, to mi się wydaje, że twoja matka to pewnie lata po jaskini z maczugą ubrana w skórę tygrysa! – mówiła.

Oj wesoło było w tej mojej szkole, bez dwóch zdań. Była na przykład chemiczka, która wyrzucała dzieciom zeszyty przez okno, jeśli uznała, że owe nie są prowadzone wystarczająco schludnie. Linijką po łapie też potrafiła przywalić. Znalazł się na nią jednak sposób, który moja klasa odkryła i uratowała zapewne kolejne roczniki dzieciaków przed jawną przemocą.

Chemiczkę można było wprowadzić w dobry nastrój nazywając ją „panią magister”. Magistrów w tamtych podstawówkach było jak na lekarstwo, większość kadry rekrutowała się z SN-ek, czyli studium nauczycielskich. Dzieci, jak świat światem, zawsze do wszystkich nauczycieli w podstawówce zwracają się zwykłym „proszę pani”, co najwyraźniej naszej magister chemii nie satysfakcjonowało. Kilka razy podkreślała, że jest magistrem, co sprytni chłopcy z naszej klasy bezlitośnie wykorzystali. Stawali przed wejściem do klasy i grzecznie czekali na nauczycielkę.

– Dzień dobry pani magister! – witali ją chóralnie i z teatralnym ukłonem.

– Dzień dobry – odpowiadała nauczycielka i rozpromieniała się w uśmiechu.

Po takim przedstawieniu mieliśmy pewność, że nie będzie linijki, wrzasków i być może latających zeszytów. Pewnego dnia, przy kolejnym rytuale powitania chemiczki, przeżyliśmy chwilę grozy.

– A co wy mnie tak tytułujecie? – zapytała nauczycielka, najwyraźniej węsząc podstęp.

Patrzyła, świdrując nas czujnym spojrzeniem zza opuszczonych do połowy nosa okularów.

– Bo my… – odważył się odezwać jeden z chłopców, ale po chwili umilkł.

– No słucham!

– Bo my tak panią bardzo lubimy! – dokończyła ociekającym obłudą głosem jedna z dziewczynek.

Byłam pewna, że chemiczka zwęszy ten grubymi nićmi szyty podstęp, ale nie. Oczy jej się zaszkliły i łamiącym się ze wzruszenia głosem zaprosiła nas do klasy. Do końca szkoły mieliśmy z nią święty spokój 😀

W galerii szkolnych indywiduów zaszczytne miejsce miała pani od rosyjskiego. Język bratniego narodu był wówczas jednym z najważniejszych i obowiązkowych, rzecz jasna, przedmiotów. W dobrym tonie było nieokazywanie nadmiernego entuzjazmu do jego nauki a słabe oceny przynoszone do domu były kwitowane wzruszeniem ramion przez większość rodziców 😀

Pani od rosyjskiego chyba sobie z tego zdawała sprawę i tym pilniej przykładała się do wałkowania czytanek z rosyjskiego elementarza, który sam w sobie był fenomenem. Wszystkie książki szkolne w tych czasach były czarno-białe i pozbawione obrazków a książki od rosyjskiego – czysta sztuka! Nie dość, że w twardych okładkach, to nafaszerowane kolorowymi obrazkami, które przyciągały spojrzenia łaknącej jakichkolwiek kolorów szkolnej dziatwy :)

Pani do rosyjskiego wymagała, by dzieci stały na baczność, gdy wchodziła do klasy. Dyżurny musiał obowiązkowo wyskandować formułkę:

Klasa 5B gotowa do lekcji języka rosyjskiego!

Oczywiście po rosyjsku. Stalin byłby z nas dumny. Putin pewnie też, gdyby mu teraz pokazali efekty pionierskiej pracy u podstaw naszej pani od rosyjskiego 😀

Absolutną wisienką na torcie był jednak pan od muzyki. Okrąglutki facet z rzadkim wąsikiem a do tego łagodny jak baranek. Wchodziliśmy mu na głowę i rozrabialiśmy jak pijane trolle a on znosił to ze stoickim spokojem i na kolejnych lekcjach usiłował nam wyjaśnić czym się różni fagot od fletu. Bezskutecznie.

Oczkiem w głowie pana od muzyki był chór szkolny. Z uporem godnym lepszej sprawy przesłuchiwał nas kolejno i łowił rzekome talenty wokalne. Pech chciał, że złowił mnie i moją najlepszą przyjaciółkę. W sumie było całkiem śmiesznie, bo pan od muzyki, średnio zaangażowany w zalecany z Kremla repertuar, kazał nam śpiewać piosenki z Powstania Warszawskiego oraz przyśpiewki góralskie. Między innymi dlatego nasz chór nigdy nie wygrał żadnej znaczącej nagrody na konkursach międzyszkolnych. Tam zawsze wygrywała Międzynarodówka na dwa głosy a nasz pan od muzyki konsekwentnie „zapominał” nas jej nauczyć 😀

Większość dzieci była w chórze z łapanki i nie przejawiała nadmiernego entuzjazmu do szlifowania własnych możliwości wokalnych. Najbardziej znienawidzonym zajęciem było rozśpiewywanie się przed próbą właściwego repertuaru. Przy akompaniamencie pianina mieliśmy śpiewać aaaaaaa.

Nudy! Chłopcy ryczeli, jak lwy, dziewczynki złośliwie beczały jak owce a pan od muzyki pewnie rwałby włosy z głowy, gdyby tylko je miał. Nie raz się zdarzało, że z sąsiedniej sali lekcyjnej przychodziła jakaś udręczona nauczycielka prosić o ciszę.

Pan od muzyki pewnego dnia zapytał, o co nam chodzi. Już samo to było zdumiewające, bo w tamtych czasach opinia dziecka nie miała absolutnie żadnego znaczenia. Jedna z dziewczynek odważyła się i wyszła przed inne dzieci.

– Bo to jest nudne – powiedziała.

– No to co powinniśmy śpiewać? – zapytał nauczyciel.

– Nie wiem, ale pan jest niedobry, że każe nam się tak ciągle rozśpiewywać!

Pan od muzyki błysnął okiem i powiódł palcami po klawiaturze pianina.

– Pan Brylicki jest niedobry, każe nam się rozśpiewywać! – zaintonował.

Chór z łapanki ochoczo podchwycił i od tej pory, przez kilka lat po szkolnych korytarzach niosły się entuzjastycznie skandowane obelżywe słowa pod adresem pana od muzyki wyśpiewywane przez dwudziestkę młodocianych płuc 😀

Ech, łezka wzruszenia się w oku kręci, choć mam świadomość, że w dzisiejszych czasach większość z tych, pożal się Boże, pedagogów wyleciałaby ze szkoły z wielkim hukiem. Oprócz pana Brylickiego, rzecz jasna :)

Jakoś po latach wzięło mnie na wspomnienia i przy okazji, w rodzinnym gronie, rzuciłam temat szkolnych czasów. Absolutnie wszystkich przebił mój ojciec przywołując obraz ze swoich studiów. Mówimy o końcu lat 60’, gdy na uczelniach zdarzali się jeszcze prawdziwi przedwojenni profesorowie. Jeden z nich, zgarbiony botanik mijał pewnego dnia trawnik przed uczelnią, na którym racząc się piwkiem siedzieli studenci, zdecydowanie nie mając zamiaru udać się na wykład. Profesor botaniki przystanął, popatrzył na młodzież w dzwonach i ciężko westchnął.

– Ej wy studenty! – powiedział, machając z rezygnacją ręką. – Wam to tylko dupy na zielono pomalować i ASYMILOWAĆ!

Szczęśliwego nowego roku szkolnego 😀

Comments are closed.